Powrót imperium

Pod koniec kadencji Donalda Trumpa praktycznie wszyscy komentatorzy oraz eksperci i zdecydowana większość mediów na świecie przewidywała, że po ewentualnym zwycięstwie Joe Bidena nastąpi zasadnicza zmiana w relacjach państw członkowskich UE ze Stanami Zjednoczonymi. W wypadku Polski zmiana ta nastąpiła nim jeszcze Joe Biden objął urząd, przy czym była to niestety zmiana na gorsze. Polskie władze postanowiły bowiem postawić wszystko na Donalda Trumpa, co do pewnego momentu się Polsce nawet opłacało. Problem polega na tym, że Polska na Trumpa stawiała nawet już po tym, gdy przegrał on wybory.

Prezydent RP Andrzej Duda ostentacyjnie nie składał gratulacji Joe Bidenowi, a prorządowe media do ostatniej chwili przekonywały swoich słuchaczy, że losy wyborów nie są przesądzone i być może Donald Trump zdoła jednak w sądach zmienić ich wyniki na swoją korzyść. Jeśli przyjrzeć się narracji rządzących Polską to okaże się, że w pewnym momencie gra na Trumpa obliczona na to, że w zamian za bezwarunkowe poparcie skieruje on do Polski więcej amerykańskich sił zbrojnych, których Polska potrzebuje z racji na zagrożenie ze strony Rosji zaczęła ustępować niechęci wobec Bidena, który w oczach polskiej prawicy uosabia wszystko to, czego obawia się polska prawica, czyli zagrożenie ze strony „ideologii LGBT” oraz „ideologii gender”. Relacje polsko – amerykańskie to pierwszy chyba przykład w historii, gdy państwo zależne od silniejszego partnera w tak kluczowej sferze jak bezpieczeństwo zaczyna się od niego dystansować z powodu obsesji, nerwic oraz natręctw seksualnych rządzących.

Witold Jurasz: Powrót imperium

Angela Merkel, Joe Biden, Mateusz Morawiecki

W relacjach niemiecko – amerykańskich sprawy seksualne na szczęście znaczenia nie mają, ale paradoksalnie poprawa relacji, która nastąpiła zaraz po zmianie na stanowisku prezydenta USA może okazać się mniej trwała od pogorszenia relacji polsko-amerykańskich. Co ciekawe jeśli tak się w istocie stanie, to też będzie miało to psychologiczne, a nie realne podstawy. Atmosfera na linii Berlin-Waszyngton jest obecnie dużo lepsza niż była kiedykolwiek pod rządami Donalda Trumpa. Atmosfera z całą pewnością ma ogromny wpływ na politykę i dlatego warto dbać o to, by nie obrażać partnera, by być twardym w treści, ale nigdy w formie i wreszcie, aby dać się lubić. Innymi słowy warto robić wszystko to, czego nigdy nie robił poprzedni prezydent Stanów Zjednoczonych. Atmosfera może bowiem wpływać na treść polityki. Wbrew temu jednak, co sądzą ludzie naiwni, w polityce międzynarodowej atmosfera nigdy nie jest jednak istotą rzeczy.

Przyjęło się, że czas na podsumowania przychodzi dopiero po pierwszych stu dniach urzędowania danego polityka. Wkrótce miną trzy miesiące od dnia zaprzysiężenia Joe Bidena, więc pierwsze przymiarki do podsumowania tego na ile relacje transatlantyckie się zmieniły mają już miejsce. Odnoszę wrażenie, że atmosfera entuzjazmu, która towarzyszyła powrotowi do normalności (prezydentura Trumpa z normalnością nic wspólnego nie miała) zaczyna ustępować jeśli nie rozczarowaniu, to w każdym razie konstatacji, że owa normalność została po obu stronach oceanu wyidealizowana. To trochę tak, jak oklaski w filharmonii po długo wyczekiwanym koncercie, który był poprawny, ale nie zachwycił. Wszyscy co prawda klaszczą i wszyscy się uśmiechają, ale melomani wyczuwają, że czegoś brakowało, a dyrygent i orkiestra kłaniają się publiczności, ale też czują, że jej nie zachwycili. Dzieje się tak zazwyczaj albo wówczas, gdy oczekiwania są za duże, albo wówczas, gdy dyrygent poprowadzi orkiestrę inaczej niż się tego spodziewała publiczność. W relacjach Europy, a już szczególnie Niemiec z USA mamy do czynienia z obydwoma przyczynami rozczarowania.

W ciągu nieco ponad dwóch miesięcy prezydentury Joe Bidena USA wróciły do Porozumienia Paryskiego w sprawie klimatu, zrezygnowały z wycofania się ze Światowej Organizacji Zdrowia oraz przedłużyły o pięć lat obowiązywanie amerykańsko-rosyjskiego traktatu rozbrojeniowego START. Stany Zjednoczone zmieniły też swoje podejście do wojny w Jemenie, co może też sygnalizować powrót do dialogu z Iranem. W każdym z tych punktów USA zrobiły to, czego oczekiwały od nich Niemcy. We wszystkich tych sprawach Joe Biden bardzo wyraźnie zerwał też z polityką Donalda Trumpa. Tak samo jednak jak Trump, wbrew temu co się nieraz sądzi, wcale nie zerwał ze wszystkim co robił Barack Obama, tak i Joe Biden – i tu ciekawostka – chyba ku zaskoczeniu europejskich partnerów Stanów Zjednoczonych, wcale nie zerwał ze wszystkim co robił Donald Trump.

Powrót do multilateralizmu w wykonaniu Joe Bidena nie wygląda tak jak tego oczekiwali europejscy partnerzy USA. W odniesieniu do Światowej Organizacji Handlu administracja Bidena w zasadzie kontynuuje politykę Donalda Trumpa. Polityka Stanów Zjednoczonych wobec Chin jest równie twarda, co polityka Trumpa. Dla wielu Europejczyków zaskoczeniem była również niezwykle twarda wypowiedź Joe Bidena, który w wywiadzie telewizyjnym określił Władimira Putina jako „zabójcę”. Teoretycznie wszyscy rozumieli, że Demokraci nie darują Rosji ingerencji w wybory i wspomagania Donalda Trumpa przeciwko Hillary Clinton, a następnie najprawdopodobniej również przeciw Joe Bidenowi, ale równocześnie zakładano, że Stany Zjednoczone idąc na zwarcie z Chinami nie pozwolą sobie na równoczesny konflikt z Rosją. Moskwa miałaby bowiem być potencjalnym partnerem Zachodu w konfrontacji, czy też – jeśli odwołać się do języka epoki Zimnej Wojny – powstrzymywania Pekinu.

Problem polega na tym, że Rosja takim partnerem nigdy nie będzie z dwóch podstawowych powodów, które doskonale rozumieją Stany Zjednoczone, ale których nie zawsze chyba rozumieją Europejczycy. Rosja, aby stać się otóż sojusznikiem Zachodu w konfrontacji z Chinami musiałaby bowiem po pierwsze, pójść na zwarcie z Chinami (a na to sobie nie pozwoli, bo bardziej – nie tylko skądinąd w Azji Centralnej – obawia się Chin niż Zachodu), a po drugie, musiałaby uznać swoją rolę młodszego („junior”) partnera Zachodu, a na to z kolei nie jest psychologicznie gotowa. Jedną z konsekwencji braku iluzji USA co do możliwości pozyskania Rosji jako sojusznika w relacjach z Chinami jest stanowisko administracji Bidena w sprawie Nord Stream 2.

Wszystko to razem powoduje, że czytając europejskie, a szczególnie niemieckie, komentarze coraz wyraźniej widać, że co prawda nadal panuje entuzjazm z powodu końca epoki Trumpa, ale równocześnie owacja bardzo już wyraźnie ustępuje coraz słabszym oklaskom. Można odnieść wrażenie, że w Niemczech spodziewano się, że Biden ustąpi nie tylko tam gdzie już ustąpił, ale również we wszystkich innych sprawach. Ze strony amerykańskiej z kolei – jeżeli ją w tym porównaniu odnieść raczej do dyrygenta – wyczuć można z kolei nie tyle zrozumienie, że koncert nie porwał publiczności, co raczej zniecierpliwienie publicznością. Co gorsze, jest to zniecierpliwienie, które łatwo zrozumieć. Jeśli bowiem można wymienić całą listę spraw, w których Stany Zjednoczone ustąpiły Niemcom, a równocześnie bardzo trudno jest znaleźć jakąkolwiek, w której z kolei Niemcy ustąpiły Stanom Zjednoczonym to – ujmując rzecz najprościej jak się tylko da – albo mamy do czynienia z partnerstwem, w którym silniejszą stroną są Niemcy, albo z nieco wygórowanymi oczekiwaniami Niemiec.

Joe Biden podczas swojego wystąpienia w Departamencie Stanu jak i nieco później – podczas przemówienia w trakcie wirtualnej Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa, mówił o powrocie do dyplomacji i „transatlantyckiego sojuszu”. Powyższe w Europie przywitano z nadzieją. Problem polega na tym, że Joe Biden równie mocno, a zarazem znacznie częściej, używał wyrażenia „America is back”. Europejscy partnerzy Stanów Zjednoczonych zrozumieli słowa o powrocie Stanów Zjednoczonych, tak jakby nie były one oddzielone przecinkiem od tych, gdy mówił o powrocie do dyplomacji, do sojuszy i do multilateralizmu. Ów przecinek tam jednak był i Stany Zjednoczone – owszem – wracają do współpracy, ale wracają nie jako jeden z równych partnerów, ale jako imperium i lider świata Zachodu. Wracają nie do czasów Obamy, ale do czasów Zimnej Wojny, gdy dla każdego było jasne, który kraj Zachodu co prawda szanuje inne, ale też jest tym najważniejszym.

Biznesowy pseudoimperializm Donalda Trumpa, który polegał na tym, że prezydent USA każdego obrażał, ale z USA można było przehandlować w zasadzie wszystko, w pewnym sensie wyrównywał wagę partnerów w ramach Zachodu. Paradoksalnie to Trump, a nie Biden lewarował pozycję partnerów, choć równocześnie w warstwie werbalnej nimi co i rusz pomiatał. Za czasów Trumpa  można było jednak będąc mniejszym, ważyć więcej niż się realnie ważyło, bo oddawać coś w zamian za status. Wraz z Joe Bidenem powróciły Stany Zjednoczone, które są supermocarstwem. Polska nie przehandluje już niczego w zamian za oklaski dla Bidena, tak jak mogła to robić oferując owacje Trumpowi, ale i Niemcy nie będą z Ameryką Bidena rozmawiać jak równy z równym. Problem polega na tym, że świadomość powyższego chyba nie dotarła jeszcze ani do Warszawy, ani do Berlina.

Rządząca Polską prawica używa sformułowania o tym, że Polska pod jej rządami „wstała z kolan”. Gdyby powyższe oznaczało organiczną pracę u podstaw i większą, ale biorącą pod uwagę realia, asertywność mogłoby to oznaczać pozytywną zmianę. W istocie bowiem Polska przez lata grała w polityce zagranicznej nieco poniżej swoich realnych możliwości. Polityka zagraniczna jest jednak, tak jak skądinąd każda inna polityka, sztuką tego, co realne i co możliwe, a co wynika z realnego potencjału, a nie sztuką tego, co dyktują emocje i ambicje. Tym samym wzrost znaczenia państwa w polityce zagranicznej mierzy się raczej dziesięcioleciami, a nie latami. Polska tego najwyraźniej nie rozumie i już teraz gra tak jakby miała siły, których jeszcze nie ma oraz sojusze, które ledwie zaczęła budować. W rzeczywistości potencjał państwa polskiego w ostatnich latach faktycznie się nie zmienił. Utrzymuje się dysproporcja PKB oraz PKB per capita w stosunku do wszystkich ważniejszych partnerów. Polskie Siły Zbrojne są niezmiennie niedoinwestowane, a motorem gospodarki nadal w dużym stopniu pozostaje tańsza niż gdzie indziej w Europie siła robocza.

Jeśli coś się zmieniło to postrzeganie Polski, ale nie przez partnerów zagranicznych tylko przez polskich polityków, którzy uwierzyli we własną propagandę i zaczęli grać (czy też raczej udawać, że grają) znacznie powyżej realnego potencjału Polski. Powyższe zawsze prowadzi do osłabienia, a nie wzmocnienia państwa na arenie międzynarodowej. O ile bowiem granie odrobinę ponad realny potencjał czasem przynosi pozytywne efekty, to już granie znacznie powyżej realnego potencjału dla odmiany osłabia państwo (przykład Rosji temu nie przeczy, bowiem Rosja co prawda ugrywa w polityce zagranicznej wiele więcej niż powinna biorąc pod uwagę jej potencjał, ale dzieje się to kosztem braku modernizacji państwa), ale też destabilizuje sytuację międzynarodową wokół danego państwa. Stabilność systemu w znacznym stopniu bowiem opiera się na nudnej przewidywalności, powolnych zmianach i korektach, zamiast zmian.

Niemcy są dzisiaj z całą pewnością najsilniejszym państwem Unii Europejskiej. Niemiecka gospodarka oraz innowacyjność na pewno budzą podziw i zazdrość. Zrozumiałe jest, że Niemcy czując swoją pozycję w UE będą z czasem bardziej asertywne również w stosunku do USA. Tyle, że żadna zasadnicza zmiana potencjałów, która fundamentalnie zmieniałyby relacje siły (gospodarczej, militarnej etc.) Niemiec i USA również nie miała miejsca. Przyglądając się niemieckiemu stosunkowi do Stanów Zjednoczonych można dojść do zaskakującego wniosku, że oto inaczej niż przez większość ostatnich 30 lat gdy to Polska upodabniała się do Niemiec, w tej sprawie stało się coś nieoczekiwanego i to Niemcy upodobniły się do Polski i też – rzadziej to jedynie ogłaszając – „wstały z kolan” (czytaj: straciły kontakt z rzeczywistością). Trudno inaczej bowiem wytłumaczyć oczekiwanie, że tylko Stany Zjednoczone będą szły na ustępstwa, a Niemcy będą je za to ewentualnie, co najwyżej chwalić. Powyższe, przez sam fakt różnicy potencjałów, nie jest możliwe.

Jeśli zaś w istocie Joe Biden nieprzypadkowo częściej mówił “America is back” niż “diplomacy is back” to takie wygórowane ambicje mogą utrudnić powrót do stabilnych relacji transatlantyckich. Ich istotą był i pozostanie wzajemny szacunek i ucieranie się interesów, ale zarazem też i to, że Stany Zjednoczone były i pozostaną zawsze tym najważniejszym partnerem. Warto przypomnieć, że cały Zachód (w tym również i Niemcy) przez ponad pół wieku były beneficjentem takiego stanu rzeczy. Twierdzę, że nie ma żadnego powodu, by „America is back” rozumiane jako powrót do amerykańskiego imperializmu nie miało być i dalej korzystne dla Europy.

Teoretycznie można oczywiście poszukiwać alternatywy i majstrować przy konstrukcji Zachodu, tyle że alternatyw jak nikt od lat nie znalazł, tak i dalej nikt ich nie znajdzie, a jedyne, co można znaleźć szukając cudownych recept, to znaleźć recepty szarlatanów (albo rosyjskiego wywiadu). Nie w Chinach i nie w Rosji (niemiecki eksport do Polski jest trzykrotnie wyższy od eksportu do Rosji, a eksport do Polski i Czech przekracza wartość eksportu do Chin) i nie w odwracaniu się od Stanów Zjednoczonych, znaleźć można recepty na bolączki Zachodu. Te bolączki to słabość unijnych mechanizmów podejmowania decyzji (ale już nie rzekomy „kryzys Unii Europejskiej”, bo to, co nazywane jest kryzysem to tyle, co wynik demokracji wewnątrz Unii), rosnące nierówności społeczne (ale to wynik zamiany kapitalizmu na turbo kapitalizm, a nie tego, że istnieje coś takiego jak Zachód), czy też wreszcie rosnąca siła ruchów populistycznych (ale to z kolei wynik słabości elit).

Zachód jako taki, to nadal najwspanialszy twór w historii, a dowodzą tego miliony ludzi w Afryce, którzy właśnie o owym miejscu marzą i są gotowi ryzykować życiem, by dostać się na Zachód. Sam szacunek dla ich poświęcenia, determinacji i ryzyka, każe z szacunkiem podchodzić do tego, co zbudowały poprzednie pokolenia. Nie majstrujmy nadmiernie przy konstrukcji Zachodu, bo dostaliśmy w spadku coś wspaniałego. Amerykę zaś zmieniajmy, po to choćby, by była bardziej wewnętrznie sprawiedliwa (amerykańskie więzienia to przecież jawna obraza demokracji), ale przyjmijmy też, że jest jednym supermocarstwem w naszym gronie. Stańmy się znów nudni i przewidywalni. Nudni i przewidywalni są bowiem ci, którym się udało.

nv-author-image

Witold Jurasz

Witold Jurasz, dziennikarz Onetu i Dziennika Gazety Prawnej, Prezes Ośrodka Analiz Strategicznych. Były pracownik Zakładu Inwestycji NATO, dyplomata w Moskwie oraz chargé d’affaires RP na Białorusi. W przeszłości był też gospodarzem talk-show w Polsat News, gdzie przeprowadził ponad 700 wywiadów. Pracował też w spółce zajmującej się międzynarodowym handlem bronią.

2 myśli na “Powrót imperium”

  1. Bardzo dobry tekst. Co mógłbym dodać, to decyzję Niemiec, która jest dla mnie niezrozumiała, może to wymienieni szarlatanowie, o wyłączeniu wszystkich elektrowni atomowych po katastrofie w Fukushimie. Wszak sąsiednia Francja się do tego nie posunęła. Póki nie ma alternatyw w rodzaju fuzji jądrowej Niemcom został tylko wegiel i gaz właśnie. To może choć nie musi tłumaczyć determinację Niemców do ukończenia Nord Stream 2 i stania się jako pierwsi hubem gazowym Europy i państw sąsiednich. Bez elektrowni atomowych ale bez i gazociągu, patrząc na ciągle drożejące limity CO 2, Niemcy znajdą się w sytuacji nie do pozazdroszczenia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *