Lekcja Nord Stream 2

Jakie wnioski płyną z amerykańsko-niemieckiego porozumienia w sprawie gazociągu północnego?

Wiele emocji wzbudziło lipcowe porozumienie Stanów Zjednoczonych i Niemiec w sprawie gazociągu Nord Stream 2. Amerykanie ogłosili, że zaprzestaną nakładania sankcji na podmioty zaangażowane w jego budowę, zaś Niemcy zobowiązali się do inwestycji w ukraińskie projekty energetyczne i do pomocy Ukraińcom w zachowaniu tranzytu rosyjskiego gazu przez ich terytorium. Natomiast w szerszym planie amerykańsko-niemiecka ugoda ma stanowić odświeżoną platformę dwustronnej współpracy w formacie zapoczątkowanym jeszcze pod koniec zimnej wojny – tzw. partnerstwa w przywództwie. A więc mamy do czynienia z powrotem do koncepcji, w której USA zajmują miejsce przywódcy świata zachodniego, a Niemcy występują w pomocniczej, lecz jakże ważnej roli ich najważniejszego partnera w Europie.

W Polsce porozumienie w sprawie gazociągu wywołało jednoznacznie negatywne komentarze. W najbardziej skrajnej formie przybierały one postać oskarżeń o powtarzanie błędów z Jałty i o kolejną zdradę Zachodu. To zresztą stały motyw, ilekroć Rosja rozmawia z Niemcami albo USA próbują nawiązać dialog z Kremlem. Tym razem zdradzona miała zostać Ukraina, której przez lata obiecywano spełnienie snu o zachodniej przyszłości, a także Polska i kraje bałtyckie, które długo wodzono za nos i którym obiecywano, że budowa gazociągu zostanie zablokowana.

Nic jednak nie przyjdzie z wyrzekania na rzeczywistość. Ameryka i Niemcy zachowały się tak, jak na co dzień zachowują się wszystkie państwa, nie tylko mocarstwa: dobiły targu w ważnej dla siebie sprawie. Oczywiście można dawać wyraz swojemu oburzeniu, ale czy nie lepiej poświęcić czas, aby zrozumieć, dlaczego tak się stało i co należy zrobić, żeby podobne sytuacje w przyszłości wykorzystywać z pożytkiem dla siebie?

Foto © Harald Hoyer/Wikipedia

Państwo bezalternatywne

Od lat największym problemem polskiej polityki zagranicznej w przypadku Nord Streamu była pozbawiona refleksji bezalternatywność. Jeszcze w czasach, gdy powstawała pierwsza nitka gazociągu północnego, polskie władze przyjęły jako jedyną taktykę zablokowanie jego budowy. Założyliśmy po prostu, że to się musi udać, bo nikt w Europie nie będzie chciał „nowego paktu Ribbentrop-Mołotow”. Nie mieliśmy jednak żadnego planu w razie, gdyby gazociągu zablokować się nie udało. W przestrzeni publicznej nie były też rozważane scenariusze na wypadek, gdyby Rosja i Niemcy ukończyły budowę gazociągu. Co gorsza, obecnie polskie władze nadal nie wiedzą, co z tym fantem zrobić. Wobec niechęci do wszystkich zaangażowanych stron, a więc Niemiec Merkel, Rosji Putina i Ameryki Bidena, pozostaje nam jedynie rzucać oskarżenia pod adresem Zachodu. Zachodu, który – jak to ma w zwyczaju – po raz kolejny nas zdradził.

A przecież wystarczyło na samym początku odpowiedzieć sobie na pytanie: czy biorąc pod uwagę nasze możliwości i potencjał, można było realistycznie oczekiwać, że uda nam się zablokować budowę Nord Streamu? Wszak projekt współtworzyły dwa najpotężniejsze państwa europejskie – Niemcy i Rosja – którym niezwykle zależało na jego finalizacji i które w dodatku zaprosiły nas do udziału w nim. Jakby tego było mało, w całe przedsięwzięcie zaangażowane były spółki również z Holandii i Francji. Niektórzy polscy politycy – jak prezydent Aleksander Kwaśniewski – już ponad dekadę temu wprost twierdzili więc, że jeżeli budowy nie uda się zablokować, to do projektu należy się przyłączyć. W tym samym duchu – odnosząc się już do dzisiejszej sytuacji – Jan Truszczyński i Wojciech Warski napisali ostatnio na łamach Rzeczpospolitej rzecz równie oczywistą: rządy PiS nie uznawały złotej zasady: „jak nie możesz kogoś pokonać, przyłącz się do niego”. Polska nie odpowiedziała na zaproszenie do projektu, trwała w obronie interesu głównie Ukrainy. Dziś ponosi konsekwencje tego błędu.

A nawet jeżeli na potrzeby dyskusji założymy, że przez pewien czas istniały szanse na zahamowanie Nord Streamu z pomocą Amerykanów, to wraz z wygraną Joe Bidena w wyborach prezydenckich pod koniec ubiegłego roku, te nadzieje powinny były się rozpłynąć. Biden przez ponad rok szedł do wyborów pod hasłem odbudowy relacji z Europą (a więc głównie z Niemcami i Francją), co oznaczało, że będzie gotowy poświęcić kwestie mniej ważne dla swojego kraju w zamian za pomoc Europejczyków w rywalizacji z Chinami. Jeżeli obietnice wyborcze nie były wystarczająco przekonujące, można było sięgnąć do historii. Wpływowy człowiek w otoczeniu Bidena, a obecnie sekretarz stanu w jego administracji, Antony Blinken, już w latach 80. opowiadał się za większym zrozumieniem dla potrzeb europejskich sojuszników. Wówczas też chodziło o gazociąg prowadzony z ZSRR do Europy Zachodniej, którego budowę Amerykanie usilnie starali się storpedować. W swojej książce na ten temat Blinken twierdził, że nakładanie sankcji na Europejczyków przyniosło efekt odwrotny od zamierzonego: gazociąg i tak powstał, a Niemcy i Francja oddaliły się politycznie od USA. Dzisiaj, w analogicznej sytuacji, łatwo można było przewidzieć, że Blinken nie będzie chciał popełnić błędów, które popełniła administracja Reagana.

Więcej nawet: wszystkie te kwestie – a więc determinacja Rosji i Niemiec, cele Amerykanów oraz doświadczenie Bidena i Blinkena – od dawna były dobrze znane. A jednak polskie władze konsekwentnie stawiały wszystkie pieniądze na konia, który nie tylko kulał po drodze, ale na koniec jeszcze się przewrócił i nie ukończył rywalizacji.

Problemem jest więc nie tylko to, że starania o zablokowanie gazociągu były błędem. O to można się spierać. Chodzi o to, że nie należało do końca stawiać wszystkiego na jedną kartę. Polskie władze powinny były mieć wobec tych działań alternatywę, ponieważ reprezentują średnie państwo, które musi się liczyć ze swoimi ograniczeniami. To jednak wymagałoby umiejętności przestawienia w odpowiednim momencie zwrotnicy na tory bardziej pragmatyczne, odrzucenia historycznie motywowanych fobii i wynegocjowania jak największych korzyści z udziału w tym projekcie. Inne kraje w podobnych sytuacjach właśnie w ten sposób zabezpieczają swoje interesy. Daleko zresztą nie trzeba szukać – dokładnie tak zachowali się Niemcy w przypadku Trójmorza. Nie byli (i nadal nie są) entuzjastami tego projektu. Ale kiedy nie mogli go powstrzymać, postanowili się do niego przyłączyć w roli obserwatora, aby z czasem móc na niego wpływać. Niestety polska polityka zagraniczna nieprzerwanie cierpi na syndrom oblężonej twierdzy i karmi się historycznym cierpiętnictwem, które nie pozwala jej do spraw najwyższej wagi podejść tak jak czynią to inne państwa, a więc pragmatycznie.

Co dalej?

Mleko się już rozlało. Gazociąg zostanie dokończony, USA i Niemcy odnowiły swoje partnerstwo, a Rosja uzyskała potwierdzenie, że jest traktowana jak ważne państwo europejskie, z którym inne kraje są gotowe robić interesy. Nie do pozazdroszczenia jest więc sytuacja Polski, która odsuwa się od Niemiec i Unii Europejskiej, ostentacyjnie wybrzydza na administrację Bidena, nie utrzymuje relacji z Rosją i nie ma najmniejszego wpływu na to, co dzieje się za jej wschodnią granicą.

Żadne państwo nie może jednak abdykować ze swojej naczelnej roli, a więc zapewnienia sobie bezpieczeństwa oraz uzyskania jak najlepszej pozycji w hierarchii międzynarodowej. Dlatego polskie władze powinny jak najszybciej wyciągnąć wnioski z niemiecko-amerykańskiego porozumienia.

Po pierwsze, jego analiza pozwoli dostrzec, że sojusz amerykańsko-niemiecki jest trwały i że opiera się przede wszystkim na wspólnocie interesów, a nie tylko wartości. Ponadto, sojusz z Niemcami ma dla Amerykanów dużo większe znaczenie niż sojusz z Polską. Jest tak od lat i to niezależnie od tego, kto akurat rządzi w Białym Domu. Nawet za kadencji Donalda Trumpa amerykańska polityka wobec Europy ogniskowała się wokół sporów z Niemcami. Teraz, gdy rządzą Demokraci, relacjom z Berlinem nadano w Waszyngtonie jeszcze większy priorytet.

Wynika z tego, że nasze relacje z USA w dużej mierze będą zależały od stosunków z naszym zachodnim sąsiadem. Mądra polityka wobec Niemiec i dobre wzajemne relacje wydają się kluczem do właściwego miejsca Polski w transatlantyckiej układance. Skoro USA po raz kolejny „delegowały” większą odpowiedzialność za Europę na Niemców, to trudno sobie wyobrazić, abyśmy mogli skutecznie realizować własne interesy, pozostając niemal we wszystkich kwestiach w kontrze do Berlina. Zmiana nastawienia polskich władz mogłaby obejmować większe zaangażowanie w wojskowe projekty realizowane w ramach UE, zakończenie sporu z Brukselą ws. praworządności, czy aktywny wkład w reformę unijnej polityki zagranicznej. A także – co spotkałoby się również z zainteresowaniem Waszyngtonu – wyjście z konstruktywnymi propozycjami na temat relacji z Białorusią bądź zakończenia wojny na wschodniej Ukrainie. Dzięki temu nie tylko zyskalibyśmy większe możliwości bardziej partnerskiej współpracy z Niemcami oraz USA, ale i sami dalibyśmy sobie głos w sprawach ważnych dla naszej przyszłości. Warto to podkreślić: w tym wszystkim nie chodzi o zadowalanie naszych zachodnich partnerów, tylko o wzmacnianie pozycji Polski w Europie.

Po drugie, porozumienie niemiecko-amerykańskie z Rosją w tle pokazuje, że podczas gdy cały świat załatwia interesy w Europie Środkowej, państwo polskie jest nieobecne przy stole. USA i Niemcy (a także wiele innych państw europejskich) nie mają problemu, żeby rozmawiać z Rosją, nawet jeżeli Putin nie jest ich ulubionym rozmówcą. Regularnie rozmawiają też ze strategicznie ważną Ukrainą. Tymczasem pryncypialne podejście polskich władz uniemożliwia im racjonalną dyskusję o sprawach wschodnich. Mamy raczej do czynienia z poruszaniem się w świecie własnych wyobrażeń i fobii, gdzie z jednej strony jesteśmy rzecznikiem europejskich aspiracji Ukrainy (choć nikt na Ukrainie tego nie chce i od nas nie oczekuje), a z drugiej wykluczamy jakikolwiek dialog z Rosją (co szkodzi bardziej nam niż Moskwie).

Porozumienie w sprawie Nord Streamu powinno być dla Polski przypomnieniem, jak ważna jest sprawna i pragmatyczna dyplomacja. Jest to dzwonek alarmowy, że nie jesteśmy przygotowani do walki o swoje interesy w świecie, w którym nieustannie trzeba mieć coś do zaoferowania innym państwom: mogą to być konkretne dobra lub usługi albo np. pośrednictwo w rozwiązywaniu konfliktów. Wszak dopóki średniej wielkości państwo położone w środku Europy posiada niewielkie zdolności obronne – a to prędko się nie zmieni – musi polegać przede wszystkim na zręczności oraz inteligencji swojej dyplomacji. Zresztą od Polski, która sama jest na bakier z zasadami demokracji i praworządności, nikt w Europie nie oczekuje moralizatorstwa, tylko właśnie konstruktywnego wkładu w rozwiązywanie palących problemów.

Amerykański profesor John R. Deni napisał na łamach Politico, że dokończenie Nord Streamu 2 jest korzystne dla krajów Europy Środkowej. Jego zdaniem porozumienie amerykańsko-niemieckie stanowi zachętę dla polityków w Berlinie, aby kontynuowali dotychczasowy kurs w polityce europejskiej i nie mieli powodu prowadzić bardziej niezależnej polityki zagranicznej – potencjalnie mniej korzystnej dla państw Europy Środkowej. W pewnej mierze jest to prawda. Trzeba jednak pamiętać, że również my sami musimy nieustannie podejmować wysiłki na rzecz poprawy swojego bezpieczeństwa. Dlatego lekcja dyplomacji wokół gazociągu północnego jest pierwszą z wielu, które powinniśmy uczciwie odrobić.

nv-author-image

Łukasz Gadzała

Łukasz Gadzała, absolwent Uniwersytetu Warszawskiego i University of Birmingham. Zajmuje się analizą polityki wielkomocarstwowej oraz teoriami stosunków międzynarodowych.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

[give_form id="8322"]