Przejdź do treści

Patrzeć ludowi na gębę. Dlaczego coraz niższa frekwencja wyborcza jest problemem dla demokracji i co z nim zrobić?

Wśród krytyków filmowych i kinomanów krąży powiedzenie, że kto zaśnie w kinie, ten ufa filmowi. Ten piękny cytat przypisuje się szwajcarskiemu reżyserowi Jean-Lucowi Godardowi. Czy naprawdę tak powiedział, nie wiadomo. Ów bon mot w przeuroczy sposób wskazuje na podwójną okoliczność, a mianowicie, niemal na każdym seansie znajdzie się jakiś kinoman, którego przemoże drzemka, i że indywidualne powody zaśnięcia pozostaną tajemnicą dla osób postronnych. Czy to nie wspaniałe, że w drzemce upatrywać można cudownych motywów, czyli pełnego, wręcz dziecięcego zaufania, zamiast braku zainteresowania filmem?

To samo zachowanie można odnieść do demokracji. Prawie we wszystkich krajach na Zachodzie frekwencja wyborcza stale spada, również w Niemczech. Ale jakie jest przesłanie tych licznych ludzi, którzy w dzień wyborów zostają w domu? Czy ich zaufanie do demokracji jest na tyle duże, że przekonani są, iż wszystko ułoży się jak najlepiej bez ich zaangażowania? A może zawiedli się na wszystkich partiach politycznych i nie wierzą, że czynne prawo wyborcze poprawi sytuację? Czy z ich milczenia przemawia relaks i zadowolenie czy może oburzenie i fatalizm? Tak czy inaczej, demokracja ma rosnące problemy z legitymizacją, skoro coraz mniej obywateli udziela jej mandatu do kształtowania rzeczywistości.

W ostatnich wyborach w Nadrenii Północnej-Westfalii jedynie 55,5 proc. obywateli skorzystało z prawa do głosowania; pięć lat wcześniej było to o 10 punktów procentowych więcej. Podobnie sytuacja wygląda w Szlezwiku Holsztynie (minus 4 punkty) i w Kraju Saary (minus 7 punktów). Jeszcze mniejsze zainteresowanie wzbudzają wybory lokalne, gdzie frekwencja oscyluje zwykle między 30 proc. a 50 proc. W ostatnich wyborach do Bundestagu odnotowano wysoki udział – 76,6 proc. Jednakże nowy kanclerz Olaf Scholz mylił się, mówiąc w pierwszym oświadczeniu rządu, że „większość obywateli naszego kraju” opowiedziała się „za zmianą i postępem”, a tym samym za kierowanym przez niego rządem „koalicji sygnalizacji świetlnej”. Wprawdzie SPD, Zieloni i FDP otrzymali łącznie 52 proc. głosów, ale jednocześnie oznacza to tylko 37 proc. uprawnionych do głosowania. W Nadrenii Północnej-Westfalii rząd CDU i Zielonych uzyskał jedynie 30 proc. udokumentowanego poparcia wśród wszystkich obywateli uprawnionych do głosowania.

Dlatego prawnik Horst Dreier ma wszelkie podstawy do mówienia o „pozorze większości”, a niską frekwencję wyborczą postrzega jako sygnał alarmowy: „Ponieważ miejsca w parlamencie rozdzielane są niezależnie od frekwencji wyborczej i wyłącznie według ważnie oddanych głosów, może utworzyć się znacząca większość parlamentarna, którą popiera mniejszość uprawnionych do głosowania”. Przytoczmy przykład: w przypadku frekwencji wynoszącej 25 proc. partia, na którą głosowałoby 12 proc. wyborców, osiągnęłaby absolutną większość parlamentarną, a tym samym pełnię władzy. Najpóźniej w takim momencie demokracja straciłaby swoją treść za sprawą iście demokratycznej metody.

Co należy zatem uczynić, aby opanować siły odśrodkowe w liberalnym państwie prawa? Najszybciej dałoby się rozwiązać ten problem za pomocą drastycznego środka – głosowania obowiązkowego. Dreier wskazuje na taki system w demokratycznie rządzonych krajach – Belgii, Australii i Indiach. Oczywiście demokracja gwarantuje prawo do odrzucenia przysługujących praw. Nikt, jak sądzę, nie musi w demokracji angażować się demokratycznie; prawo do zachowania apolitycznej postawy jest jedną z naszych centralnych zdobyczy. Socjolog Wolfgang Sofsky pisze: „Obrona prywatności jest najskuteczniejszym sprzeciwem jednostki wobec fałszywego uniwersalizmu władzy”. Tym bardziej nikt nie powinien być zmuszany wbrew własnej woli do wpływania na przebieg polityki.

Wydaje się, że takiej apatii zaradzić może większa dawka demokracji bezpośredniej. Szwajcaria ma dobre doświadczenia w tym zakresie. Myśl jest kusząca, ponieważ metoda ta w ograniczonej społeczności – Rousseau postulował takie ograniczenie dla całej demokracji – wzmacnia poczucie wspólnoty i identyfikację, jeśli w konkretnych kwestiach spornych o bezpośrednich skutkach parlament nie jest angażowany jako pośrednik. W Niemczech przydałoby się mniej bojaźliwości w obchodzeniu się z takim instrumentem, przynajmniej na poziomie federalnym. Republika Niemiec pilnie potrzebuje więcej demokracji bezpośredniej. Kto ją kategorycznie odrzuca, nie ufa jedynemu suwerenowi, którego zna konstytucja – ludowi.

Ograniczenia tej metody są oczywiste. Demokracja bezpośrednia oznacza sprowadzenie problemów politycznych do odpowiedzi „tak” lub „nie”, do tego lub innego kandydata. Nie każda kontrowersja toleruje taką polaryzację. Trybun ludu może triumfować, gdy nastroje dyktują tempo głosowania. Przede wszystkim jednak  złudzeniem jest, że w referendum wola ludu objawia się niejako w naturalny sposób. Referendum nie obywa się bowiem bez warunków wstępnych. Mówiąc słowami politologa Herfrieda Münklera: „Demokracja bezpośrednia ma znacznie wyższe wymagania kompetencyjne niż demokracja przedstawicielska, co można rozumieć jako zinstytucjonalizowany rabat na poświęcony czas i utracone dochody obywateli uczestniczących w polityce”. Jeśli głosowanie nie ma być loterią lub kaprysem chwili, wyborca musi zapoznać się z tematem.

W modelowym przypadku demokracja reprezentatywna również zakłada staranny namysł przed oddaniem głosu. Poinformowany, świadomy wyborca stanowi tutaj ideał. W rzeczywistości niewielu obywateli znajduje czas na szczegółowe zapoznanie się z programami wyborczymi lub życiorysami polityków. Sedno demokracji polega na tym, że motywy wyborcze nie wzmacniają ani nie osłabiają głosu. Głos jest głosem, motywy i okoliczności decyzji wyborczej nie są sprawą państwa. Jednakże w krajach anglosaskich prowadzi się rozważania i eksperymenty z tzw. egzaminami dopuszczającymi do udziału w wyborach. „Jeśli niewiedza jest wystarczającym powodem do wykluczenia dzieci z prawa do głosowania, to powinna być również wystarczającym powodem do pozbawienia prawa do głosowania dużych kręgów elektoratu”. Tak przynajmniej pisze filozof i politolog Jason Brennan i wzywa do wprowadzenia na czas próbny tzw. epistokracji, czyli rządów wiedzących. Jego zdaniem, los narodu nie może już dłużej spoczywać w rękach „ignorantów, źle poinformowanych, irracjonalnych, uprzedzonych, a czasem niemoralnych decydentów”. Wszyscy wyborcy powinni udowodnić swoje kompetencje wyborcze w czasie egzaminu.

Pomijając problem przeprowadzenia takiego egzaminu – kto miałby go stworzyć, nie dając pierwszeństwa swoim własnym poglądom, kto i w jaki sposób będzie wystawiał oceny? – taka selekcja przeczy ponadto najpiękniejszej obietnicy demokracji, jej najszlachetniejszemu rdzeniowi: mądrość ludu wyraża się w demokracji dzięki temu, że uczestniczy w niej jak najwięcej ludzi i prawie wszyscy mają do tego uczestnictwa prawo. Ograniczenie do dorosłych obywateli ma sens, ponieważ dzieci w stanie niedojrzałości zwykle nie mają odpowiedniej oceny sytuacji. Dorośli ją mają, jak i czy robią z niej użytek – to już inna sprawa. Ale kto osiągnął wiek odpowiedzialności karnej, temu przysługuje też prawo do głosowania.

Być może oprócz wrażenia, że przez głosowanie nie można nic zmienić, do rezygnacji z udziału w wyborach przyczyniają się nieobliczalne skutki głosowania. Czy głosując na Zielonych w ostatnich wyborach do Bundestagu, ktokolwiek chciał ewentualnie pomóc FDP w dojściu do władzy? Tymczasem tak się później stało. Prawdziwą władzę przekazuje się w rozmowach koalicyjnych, nie w lokalach wyborczych. Dlatego politolog Eckhard Jesse opowiada się za „premiowym systemem wyborczym, jaki istniał do niedawna we Włoszech i o jakiej dyskutują obecnie politolodzy”. W tej wersji partie polityczne muszą zawiązywać sojusze jeszcze przed wyborami, a najsilniejszemu sojuszowi przypadnie i tak najwięcej mandatów. Jesse oblicza, że stosunkowo najsilniejszy sojusz uzyskuje w ten sposób „sztuczną większość w wymiarze 52,5 proc.”. Tego rodzaju „zrozumiały system wyborczy” odzwierciedlałby „strukturę konfliktów społecznych” we właściwy sposób i w zasadzie uniemożliwiałby powstanie nielubianej wielkiej koalicji.

Poza urokiem egzotyki premiowy system głosowania nie oferuje jednak zbyt wiele. Względna większość, która wyniesiona jest tutaj do rangi absolutnego zwycięzcy, musiałaby się ciągle z tego powodu usprawiedliwiać. A jak zachowaliby się współrządzący partnerzy pod koniec kadencji, gdyby sondaże kazały im szukać ratunku w nowych sojuszach? Jak na to nie spojrzeć, to każdy, kto chce wzmocnić demokrację, nie może zadowalać się stale spadającą frekwencją wyborczą i nie może tak szybko przechodzić do porządku dziennego, jak zrobili to zwycięzcy wyborów w Nadrenii Północnej-Westfalii, Szlezwiku-Holsztynie i Kraju Saary.

Demokracja oznacza władzę ludu. Lud i tylko lud jest podmiotem demokracji. Jak sformułował to kiedyś Trybunał Konstytucyjny: „idea wolnego samostanowienia wszystkich obywateli” jest zasadniczo uzależniona od ich udziału w wyborach. Tylko ten będzie się udzielał, komu pozwala się mówić. Obywatele muszą mówić. Dlatego też Trybunał Konstytucyjny nazywa wolność poglądów „absolutnie konstytutywną” dla demokratycznego porządku państwa.

Tymczasem bez patrzenia ludowi na gębę, jak to niewybrednie ujął Luter, demokracja nie wie, o czym mówić. Najwyraźniejszym sygnałem alarmowym dla demokracji jest więc rosnąca liczba obywateli w Niemczech, którzy według licznych badań uważają, że wolność słowa jest zagrożona lub nawet ograniczona. W ubiegłym roku tylko 45 proc. ankietowanych stwierdziło, że opinie polityczne mogą być swobodnie wyrażane; od 1953 r. liczba ta nigdy nie była tak niska. Inne wyniki badań demoskopowych wskazują na podobną tendencję.

Kto chce rozbudzić pasję do demokracji, nie może stawiać warunków dla otwartej wymiany poglądów i argumentów. Kto chce suwerennych wyborców, nie może zastraszać obywateli regułami językowymi, potępiać ich moralnie, gdy zbaczają z drogi politycznej poprawności; nie można ich obrażać, kiedy protestują przeciwko władzy państwowej. Niepodzielna jest bowiem godność demokracji i demokratów.

nv-author-image

Alexander Kissler

Literaturoznawca i historyk. Pracuje w berlińskim biurze Neue Züricher Zeitung i jest autorem licznych publikacji.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

[give_form id="8322"]

News Alert

Bądź na bieżąco!

Zamawiając bezpłatny newsletter akceptuje Pan/Pani naszą ochronę danych. Wypisanie się z prenumeraty newslettera jest w każdej chwili możliwe.