Polska nie jest samotną wyspą. Jeszcze

Są ludzie, którzy z łatwością nawiązują kontakty, znajomości i przyjaźnie – i potrafią je utrzymywać i pielęgnować. Są kraje, których przywódcy do rangi sztuki podnieśli dyplomatyczne rozwiązywanie sytuacji trudnych, trudniejszych i wydawałoby się – beznadziejnie trudnych. I jest Polska, która w ostatnich miesiącach zdaje się rywalizować o pozycję samodzielnego lidera w rankingu najbardziej osamotnionych krajów Europy. Kto wie, może i całej wspólnoty państw wysokorozwiniętych.

To nie jest pytanie:  co było pierwsze, jajko czy kura? To nie jest logiczna łamigłówka, a jednak – jest coś fascynującego i nie do końca realnego w tropieniu początków tego stanu rzeczy. Co było pierwsze: konflikt z Unią Europejską o niezawisłość sądów, konflikt z Izraelem i USA o ustawę reprywatyzacyjną, konflikt z Czechami o Turów… Ten ostatni wybuchł Polsce jak granat w ręku, ale przecież tlił się od lat. Podobnie jak od lat (kilku) Polska – a ściślej rzecz biorąc polski rząd, Prawo i Sprawiedliwość, by być jeszcze bardziej precyzyjnym, brzydko się zabawia wolnością mediów, co doprowadziło w ostatnich tygodniach do kuriozalnej inicjatywy Marka Suskiego zwanej LEX TVN. W dużym uproszczeniu, sprowadzającej się do próby wywłaszczenia potężnego, niezależnego nadawcy telewizyjnego i „odzyskania” go z rąk amerykańskiego koncernu.

Patrząc na to chłodnym okiem – rzecz wprost nie do uwierzenia, jeśli weźmie się pod uwagę, że Polska – jako społeczeństwo, ale też państwo – to najbardziej proamerykański kraj w Unii Europejskiej a Stany Zjednoczone, choć geograficznie odległe, są  w świadomości Polaków  gwarantem stabilności i pokoju w naszym kraju. To, można powiedzieć, polska przywara: szukać przyjaciół daleko, zamiast tak blisko, jak to możliwe. Teraz nastały jednak czasy, w których przyjaźnić się nie umiemy nawet z tymi, od których dzieli nas bezpieczny – wydawałoby się – dystans tysięcy mil morskich.

Jesień 2021 roku Polska wita z konfliktami na wielu frontach: Niemcom mamy za złe rurociąg NS2, Stanom Zjednoczonym – zwycięstwo Joe Bidena. Czechom – Turów, Hiszpanii – sędzię, która w TSUE orzekła o gigantycznej (choć wielokrotnie niższej niż wnosiły Czechy) karze dla Polski. Komisji Europejskiej, że wtrąca się w nasze sprawy, a przecież nie powinna, bo prezydent Andrzej Duda grzmiał już dobrych kilka lat temu na wiecu, że „nie będą nam tu w obcych językach narzucali, jaki ustrój mamy mieć w Polsce i jak mają być prowadzone polskie sprawy”. Jakże karykaturalnie podobnie zabrzmiały w ostatnich tygodniach słowa afgańskiego mułły, komentującego powrót do drastycznych kar: – Nikt nie będzie nam mówił, jak ma wyglądać nasze prawo.

Podobna logika, podobne samo wykluczające się podejście, choć oczywiście kontekst inny.

Zakrawa jednak na paradoks, że polskie władze potrafią wejść w konflikt ze wspólnotą również wtedy, gdy zdają się działać w jej interesie i w imieniu. Nie ma żadnej wątpliwości, że wschodnia granica Polski jest równocześnie wschodnią granicą Unii Europejskiej, polskim zadaniem i powinnością jest jej ochrona. Nie ma też żadnej wątpliwości, że rząd Mateusza Morawieckiego, podobnie jak rządy państw nadbałtyckich, mają rację oskarżając reżim Łukaszenki o prowadzenie wojny hybrydowej, ściąganie migrantów i przerzucanie ich na granicę UE.

Rada Ministrów wystąpiła do Prezydenta RP o wprowadzenie stanu wyjątkowego na obszarze części województwa podlaskiego oraz części województwa lubelskiego. © Wikipedia

Nie ma też wątpliwości – i chyba Unia Europejska zaczyna to dostrzegać – że Polska z kryzysem migracyjnym (tak, na razie sztucznie wywołanym przez białoruskiego satrapę) radzi sobie w specyficzny sposób. Strategia odpychania migrantów na stronę białoruską ma bowiem tylko częściowo uzasadnienie w konieczności ochrony granic przed działaniami Mińska (a być może również Moskwy). Należy zakładać, że dokładnie w ten sam sposób Polska radziłaby sobie, gdyby na granicy znaleźli się „prawdziwi” uchodźcy. Być może – a nawet całkiem możliwe, że na pewno – przy aprobacie Brukseli, która nie raz dawała odczuć zwłaszcza Grecji (lądowa granica z Turcją), że nie robi wszystkiego, co w jej mocy, by zahamować pochód uchodźców. Bo co innego nie dopuszczać do brzegu łodzi – zwłaszcza uszkodzonych, nie podejmować rozbitków z morza, a co innego patrzeć, jak przez Evros przeprawiają się setki, tysiące migrantów.

Unia Europejska nie ma za złe odpychania Irakijczyków, Kongijczyków czy Afgańczyków na Białoruś – nie chce jednak, by na jej granicach dochodziło do zgonów. Hipokryzja? Oczywiście. Salomonowy wyrok Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, który przyznał, że Polska i inne kraje mają prawo do ochrony swoich granic, ale muszą zabezpieczyć podstawowe potrzeby koczujących na granicy migrantów to chyba najlepszy przykład. Gdy zaczęli umierać – po polskiej stronie czy białoruskiej, rzecz jest sporna – europejski sąd nakazał jednak Polsce dopuścić do migrantów prawników. Po to, by mogli skutecznie poprosić o międzynarodową ochronę – choć zrobili to już przecież kilkadziesiąt dni wcześniej. Europa będzie jednak udawać, że nic na ten temat nie wie. Że po raz pierwszy słyszy. A tymczasem w bagnach Podlasia topią się ludzie. Zamarzają. Umierają.

I będą dalej topić się, zamarzać, umierać, czy się to UE podoba, czy nie. Bo Polska zalecenia ETPCz wykonywać nie zamierza. Nie zamierza też w jakikolwiek sposób zmieniać sytuacji w Usnarzu – i wszędzie tam, gdzie dochodzi do prób przekroczenia granicy. Co więcej, kluczowi w obszarze bezpieczeństwa państwa ministrowie – minister spraw wewnętrznych i minister obrony narodowej – położyli na szali autorytet państwa i przy otwartej kurtynie zaprezentowali mediom (a za nimi – w głównych wydaniach programów informacyjnych – opinii publicznej) rzekomo odzyskane z telefonów kilkudziesięciu migrantów wiadomości, świadczące o ich powiązaniach z organizacjami terrorystycznymi lub wypaczonych skłonnościach seksualnych. Warto także odnotować, że w konferencji tej nie wziął udziału wicepremier ds. bezpieczeństwa, prezes PiS Jarosław Kaczyński. Najważniejszy polski polityk, który w 2015 roku zasłynął wypowiedzią o konieczności ochrony Polski przed uchodźcami roznoszącymi choroby i pasożyty, w ogóle dość rzadko zabiera głos w oficjalnych sytuacjach, zostawiając sobie przestrzeń do przedstawiania swoich opinii w wywiadach udzielanych wybranym dziennikarzom.

Odpychanie migrantów (zgoda, trudno nazywać ich uchodźcami, skoro na granicę trafili dzięki operatywności prezydenta Białorusi i białoruskich służb specjalnych) prawdopodobnie – prędzej czy później – stanie się dla rządu PiS kolejnym polem konfliktu z Brukselą, która chciałaby chronić granice bez dopuszczania do tak dalekich od elegancji ekscesów jak śmierć szesnastolatka. Jednak na potrzeby krajowe jest to okoliczność z rodzaju tych, które spadają wprost z nieba: większość Polaków, jak pokazują sondaże, dobrze ocenia działania rządu, wojska i Straży Granicznej. I tylko częściowo można to wyjaśnić jednostronnym zmasowanym przekazem mediów publicznych, które od tygodni straszą opinię publiczną niebezpieczeństwami związanymi z napływem uchodźców.

Polacy nie chcą „obcych”. Albo raczej: większość Polaków nie chce „obcych”. W Polsce ani w 2015 roku ani dziś nie byłyby możliwe – nie na taką skalę w każdym razie – obrazy, jakie pokazywały telewizje w Niemczech czy Austrii, zwykłych ludzi podających tysiącom migrantów kanapki, ciepłe napoje. Witających ich na dworcach kolejowych. Nie – Polsce i wtedy i dziś znacznie bliżej do Węgier wznoszących płoty z drutu kolczastego. Polak Węgier dwa bratanki, nie tylko – jak głosi przysłowie – do szabli i do szklanki, ale też budowy takich anty imigranckich zasieków.

Opozycja ma kłopot. Niczego nie wygra, atakując rząd za łamanie – gwałcenie, po prostu – praw człowieka. Jeszcze pod koniec sierpnia Donald Tusk – staro-nowy lider Koalicji Obywatelskiej – pisał, że ochrona polskich granic nie polega na antyhumanitarnej propagandzie, by w połowie września łajać polityków KO, którzy zaangażowali się w bezpośrednią pomoc na rzecz migrantów (słynny rajd posła Franciszka Sterczewskiego, który próbował się przedrzeć przez kordon mundurowych, by dostarczyć koczującym podstawowe produkty zapisze się w historii, choć – zdaniem Tuska – zaszkodził opozycji). To dylemat godny starożytnej tragedii: jak pozostać wiernym głoszonym przez siebie ideałom (prawa człowieka, solidarność) i nie zanotować tąpnięcia w sondażach?

Donald Tusk i kluczowi politycy opozycji będą więc próbować solidarnie z Unią Europejską nie dostrzegać dramatu, który rozgrywa się w strefie objętej stanem wyjątkowym. Zarzucać PiS autorytarne zapędy i jednocześnie abstrahować od meritum, czyli polskiej samotności w perspektywie nieubłaganego – prędzej czy później – realnego kryzysu migracyjnego.

Ludzie, których na granicę ściąga Łukaszenka, gros swojej drogi do lepszego (?) świata przebyli wygodnie, samolotami. Jednak Europa doskonale wie, że wkrótce – a tę przyszłość wyznaczają raczej lata niż dekady – u jej bram, od południa i od wschodu – stanąć mogą nie setki i tysiące, a setki tysięcy, jeśli nie miliony ludzi, uciekających przed biedą i konfliktami zbrojnymi. W bliższej perspektywie – i tu również w grę wchodzą i południowa i wschodnia flanka UE – do drzwi Europy zapukają liczniej niż jesteśmy gotowi to przyznać choćby obywatele Afganistanu, osamotnieni i opuszczeni przez tych, którzy dwadzieścia lat budowali im państwo, które rozsypało się jak domek z kart.

Nas to również dotyczy. Polska nie jest samotną wyspą. W ogóle nie jest wyspą, choć słuchając niektórych polityków można odnieść wrażenie, że najchętniej zmieniliby oni ten stan rzeczy. Bałtyk to idealny sąsiad. W każdym razie – jeszcze nas o nic nie pozwał.

nv-author-image

Małgorzata Solecka

Małgorzata Solecka, dziennikarka portalu Medycyna Praktyczna i miesięcznika Służba Zdrowia, w latach 1998-2007 dziennikarka i redaktor w dzienniku Rzeczpospolita, pracowała również w Życiu, Polskiej Agencji Prasowej oraz tygodniku Newsweek Polska.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

[give_form id="8322"]