„Ach! Musi umrzeć w życiu, co ma powstać w pieśni” – 100. rocznica urodzin Karla Dedeciusa.

„Ach! Musi umrzeć w życiu, co ma powstać w pieśni” [1] – 100. rocznica urodzin Karla Dedeciusa.

Na początku były dźwięki cichej muzyki klasycznej. Tak przynajmniej mogło być. Niech będzie to zatem Preludium Debussy’ego do „Popołudnia fauna”. Letnie słońce oświetla pokój, do którego ostrożnie się zbliżam. Przez otwarte okno wpada wiatr, powiewając zasłonami. A ja słyszę nie tylko muzykę, ale także dźwięczny głos, który wydaje się być inny niż te, które znam. Jednocześnie twardszy i łagodniejszy, inaczej akcentujący słowa. Jakby ktoś recytował wiersz. Ale to nie jest wiersz, tylko normalne zdania rozmowy na tematy techniczne. Mogłoby jednak równie dobrze chodzić o poezję Juliana Przybosia, czy przekład poematu jest adekwatny i czy nadaje się do zaplanowanego tomiku. Wchodzę do pomieszczenia na pierwszym piętrze, o którym wiem, że stanowi centrum władzy i mocy. Wchodzę ostrożnie, gdyż jestem tylko praktykantem, który ma się zaraz przedstawić Mistrzowi. Rozmowa  jest krótka, i już za chwilę wycofuję się z powrotem do zimnej piwnicy, w której porządkuję artykuły z gazet i załatwiam inne banalne sprawy.

Dawny Dom Olbricha przy Alexandraweg w Darmstadcie rzeczywiście był swego rodzaju intelektualnym Olimpem wszystkiego, co polskie, w Niemczech. Dopiero dużo później, kiedy obejrzałem film o zupełnie innym miejscu, z zupełnie innym lokatorem, którego dom stał w podparyskim Maisons-Laffitte, i w którym mieściła się redakcja legendarnej „Kultury”, w pewnym sensie rozpoznałem w nim aurę tego lekko poturbowanego, po II wojnie światowej częściowo zrekonstruowanego, secesyjnego budynku na Wzgórzu Matyldy – aurę, którą czuje się dzięki określonej osobie.

Karl Dedecius, który 20 maja obchodziłby setne urodzin, był właśnie taką postacią. Od tamtego czasu, wczesnych lat 90. XX wieku, nie spotkałem bodajże żadnego tak charyzmatycznego człowieka. Wtedy Dedecius oczywiście mnie nie dostrzegł, dopiero – paradoksalnie – wiele lat później, kiedy dla Polsko-Niemieckiego Magazynu DIALOG napisałem, bynajmniej nie całkiem negatywną, recenzję jego wspomnień. [2] Wówczas – jak mi doniesiono – uniósł się i oświadczył, że Krzoska to właściwie wróg i trzeba z nim uważać. Był to dla mnie zbyt wielki zaszczyt, ale Dedecius się przy tym mylił…

Dedecius sam ukształtował swoją sławę – sławę, która od lat 60. XX wieku słusznie uczyniła go wszędzie świętowanym budowniczym mostów pomiędzy Niemcami i Polakami. Był tłumaczem postrzegającym się jako poeta i humanista, któremu w rodzinnym mieście, w Muzeum Miasta Łodzi poświęcono osobny gabinet – podobnego zaszczytu doświadczyły tylko tak wielkie osobistości jak laureat Literackiej Nagrody Nobla Władysław Reymont, pianista Artur Rubinstein i poeta Julian Tuwim. Był pacyfistą i laureatem Pokojowej Nagrody Księgarzy Niemieckich, który z możnymi tego świata rozmawiał jak równy z równym. A wracając do sławy, to tylko rzadko przychodzi ona sama, powstaje bowiem z wysoce ulotnej kompozycji z ciężkiej pracy, sprzyjających okoliczności i zręcznej taktyki.

Dedecius był mistrzem przekładu. Właściwie tworzył wiersz na nowo, uchwytując jego esencję i dopasowując ją do języka niemieckiego. Prawdopodobnie wcześnie zrozumiał, że jego własnym wierszom czegoś brakuje. Ale kiedy miał do czynienia z wierszem gotowym, często osiągał bardzo dobrą formę. Sam zawsze żartował, że jest zbyt leniwy, by tłumaczyć prozę. Myślę, że tak naprawdę przy prozie nie mógłby wykorzystać swojego bogatego słownictwa, swojej precyzji i swojego wyczucia rytmu. Zatem to nie przypadek, że niektóre wiersze w jego niemieckim przekładzie brzmią lepiej niż w polskim oryginale.

Dedecius był jednak nie tylko oddany poezji, lecz także ekspertem i znawcą sztuki negocjacji i taktycznego przypochlebiania się, upartym komiwojażerem w kwestiach polskiej literatury. Deutsches Polen-Institut (Niemiecki Instytut Spraw Polskich) mimo wszystkich współdziałających osób był przede wszystkim jego dziełem – to on musiał ciągle przekonywać wydawnictwa do publikacji książek i namawiać urzędy państwowe do przyznania dotacji.

I koniec końców był coraz bardziej twórcą swojego własnego mitu, cieszącym się licznymi kontaktami na całym świecie. Jemu, któremu nie dane było rozpoczęcie wymarzonych studiów, który przez całe życie cierpiał na kompleks niższości wobec naukowców, nadano różne doktoraty honoris causa oraz honorową profesurę Kraju Związkowego Badenia-Wirtembergia.

Myślę, że mało komu udało się tak naprawdę do niego zbliżyć. Należał do pokolenia „Kolumbów”, którego nazwa pochodzi z powieści Romana Bratnego, cieszącej się wielką popularnością w PRL.[3] Największe piętno na jego życiu odcisnęła II wojna światowa. Tylko niewielu mężczyzn z jego rocznika ją przeżyło, a i ci nigdy się od niej nie uwolnili. Jeśli byli żołnierzami – obojętnie czy w Polsce, Niemczech czy gdzie indziej – widzieli, jak umierali ich towarzysze broni, sami często byli ranni i popadali w długą niewolę. Przybywali do innych krajów, jako zdobywcy lub podczas ucieczki, nierzadko nie wracali już do swoich ojczyzn i byli zmuszeni do zbudowania sobie kompletnie na nowo życia, w którym nie mogli w zasadzie mówić o swoich traumatycznych doświadczeniach. Gotowość do walki młodych Polaków, której najsilniejszą manifestacją było Powstanie Warszawskie, wielu uważało za jednocześnie pochopne i tragiczne, jak sformułował to Jarosław Iwaszkiewicz pod koniec lat 50. Milczało również wielu byłych żołnierzy Wehrmachtu, którzy często byli zarówno sprawcami, jak i ofiarami. Podobnie Karl Dedecius więcej o wojnie milczał, niż o niej mówił. Najczęściej wystarczyło wypowiedzieć słowa „Stalingrad” i „gułag” – niemieckie społeczeństwo powojenne więcej wiedzieć nie chciało. Dedecius przeżył, a w niewoli sowieckiej zachwycił się literaturą rosyjską, zwłaszcza liryką Lermontowa. Taką drogę obrał. Nie przyszłoby mu do głowy, żeby bezpośrednio opowiadać o swoich ówczesnych uczuciach. Dopiero w swoich wspomnieniach lekko uchylił kurtyny.

Inaczej niż można by oczekiwać, patrząc na późne podróże i tytuły honorowe – w tym tytuł Honorowego Obywatela Miasta Łodzi – stosunek Dedeciusa do jego rodzinnego miasta Łodzi nie był prosty. Wprawdzie wychował się tutaj, uczęszczał do polskiego gimnazjum (m.in. dlatego, gdyż rodziców nie stać było na niemieckie) i miał wielu przyjaciół wśród wszystkich mieszkających tu narodowości. Jako młodzieniec próbował pisać wiersze w językach polskim, niemieckim i łacińskim – jego fascynację łaciną zauważy każdy, kto przyjrzy się dokładniej późniejszym wystąpieniom publicznym Dedeciusa – również brał czynny udział w życiu społecznym miasta przed 1939 rokiem. Mimo to, istniał pewien cień.

Nie był to temat poruszany publicznie, ale w rozmowie z Gustawem Romanowskim w 1999 roku wspomniał jednak o tych problemach – pod warunkiem, że nie zostaną one ujawnione za jego życia.[4] Dotyczyły one przede wszystkim okoliczności śmierci ojca Dedeciusa po wyzwoleniu (i zajęciu) Łodzi przez Armię Czerwoną w styczniu 1945 roku. Gustav Dedecius, który przez dziesiątki lat pracował dla łódzkiej policji obyczajowej, zdecydował się nie uciekać z miasta, został zabity i obrabowany przez sąsiada (którego nazwisko najwyraźniej znano), a następnie pogrzebany w zbiorowym grobie. Może właśnie dlatego pierwsze wizyty w Łodzi, jeszcze w latach 60.,  nie przypominały sentymentalnych podróży do miejsc z dzieciństwa i młodości, a  Dedecius w zasadzie nie nawiązywał kontaktów z tamtejszymi literatami, których w większości uważał za niezbyt znaczących.

Być może w następnych latach krytyczni biografowie wstrząsną jeszcze niejednym mitem związanym z osobą Mistrza. Czy rzeczywiście był on w młodości dandysem-polonofilem, na którym triumfalny pochód narodowego socjalizmu, wywołujący zachwyt u większości członków mniejszości niemieckiej w jego rodzinnym mieście, nie zrobił większego wrażenia? Czy ciężkie lata spędzone w niewoli nie zaowocowały sympatią do socjalizmu, która zaprowadziła go do radzieckiej strefy okupacyjnej czy NRD? Czy faktycznie pracował jako „sponsorowany” tłumacz dla koncernu Allianz? Czy jako dyrektor Niemieckiego Instytutu Spraw Polskich rzeczywiście był świetlaną postacią, bezinteresowną i altruistyczną, czyli kimś w rodzaju Franza Beckenbauera polonistów? Te wszystkie pytania mają pewne znaczenie, lecz obojętnie jak wyglądałyby odpowiedzi, nie zmienią raczej nic w pozycji Dedeciusa jako tłumacza i mediatora kulturowego, jako homo litteratus – gdyż intelektualistą nigdy być nie chciał, a do polityki odnosił się z nieufnością. A jeśli ktoś w to wątpi, to niechże sam go posłucha, kiedy już pod koniec życia, w filmie dokumentalnym Chrys Hamer pt. „Ein Fährmann zwischen den Welten” (Przewoźnik pomiędzy światami) z 2011 roku, recytuje po niemiecku wiersz Kazimierza Przerwy-Tetmajera „Z dawnej przeszłości”: „Warst du ein Traum? Ein Stern, der kaum entzündet im Nebel blass mir auftaucht und verschwindet…”. [„Czyś ty snem była?… Czy jak gwiazda blada,/ Co pośród mgławic niknie i przepada,/ Znikłaś, przepadłaś? (…)”].[5]

 

Z niemieckiego przełożyła Monika Satizabal Niemeyer

[1] Jan Lechoń, „Poezja”.

[2] Markus Krzoska, „Europejczyk z Łodzi”, w: Magazyn Polsko-Niemiecki DIALOG, nr 74-75 (2006), S. 98–99.

[3] Roman Bratny, Kolumbowie rocznik 20. 3 tomy; Warszawa 1957.

[4] Gustaw Romanowski, Karl Dedecius (1921–2016) wspominał… Emisariusz lepszej Łodzi, w: Kronika miasta Łodzi (2016), nr 1 (73), s. 185–191.

[5] https://www.youtube.com/watch?v=YQfPXzxFbNQ (6.05.2021).

Tagi:
nv-author-image

Markus Krzoska

Historyk i tłumacz, specjalizuje się w historii Polski oraz badaniach nad historią miast, religii i historiografii.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

[give_form id="8322"]