Białoruska kampania prezydencka 2020

9 sierpnia w Białorusi miały odbyć się takie wybory jak zazwyczaj – sfałszowany plebiscyt poparcia dla autokraty, w którym nie byłoby ani silnych alternatywnych kandydatów, ani wygórowanych oczekiwań społecznych. Ot, przedłużenie obowiązkowej subskrypcji dyktatury. Tymczasem wszystko potoczyło się nie po myśli rządzącego od 26 lat Alaksandra Łukaszenki.

Tym razem w czasie zbiegło się kilka kwestii.

Białorusini zmęczyli się Łukaszenką, który szósty raz zamierza objąć najwyższy urząd, a w przyszłości przekazać swoją władzę nastoletniemu synowi Mikałajowi. Ustanowienie „dziedzicznej prezydentury” na wzór Azerbejdżanu czy Syrii to dla Białorusinów zbyt wiele.

Inną istotną przyczyną niezadowolenia jest poczucie bycia pogardzanymi, a sprawy godnościowe potrafią być ważnym motorem protestów – tak jak miało to miejsce na przykład w Ukrainie. Kraj toczony jest epidemią koronawirusa, a Łukaszenka okazał się największym wśród europejskich przywódców covidowym-negacjonistą. Narażając naród, nie wprowadził adekwatnych restrykcji mających chronić obywateli. Zamiast tego raczy ich grubiańskimi żartami: twierdzi, że w ramach profilaktyki wystarczy pójść do sauny czy napić się wódki. 9 maja zorganizował bodaj największe zgromadzenie publiczne w ogarniętej pandemią Europie – pochód z okazji 75. rocznicy zakończenia wojny, Białoruś jako jedyny kraj kontynentu nigdy nie zawiesiła rozgrywek piłkarskich itd. Dziś naród płaci za błędy władz – Białoruś notuje blisko siedmiokrotnie więcej zachorowań w przeliczeniu na milion mieszkańców niż Polska.

Reżimowi nie pomaga też sytuacja gospodarcza, a ta jest trudna. Łukaszenka legitymizował swoje rządy od ich zarania gwarancją stabilności. Rzeczywiście, przez długie lata sytuacja w Białorusi pod kątem dochodów czy bezpieczeństwa w porównaniu do tej w Ukrainie czy Rosji była stabilna i względnie dobra. W ramach umowy „wy nie wtrącacie się w politykę, a ja daję wam znośne gwarancje socjalne” kraj trwał, a większość społeczeństwa jako tako znosiła nisko zawieszony i trudny do przebicia sufit. Miraż stabilności prysnął jednak już jakiś czas temu. Zarobki są niskie, Rosjanie zakręcają kurek z subsydiami, spadają ceny ropy, od których uzależniona jest białoruska gospodarka, na to wszystko nakłada się kryzys koronawirusowy.

Wreszcie pojawili się też kandydaci, z którymi można przegrać. Dotychczas Łukaszenka na wyborach musiał walczyć głównie z tradycyjną białoruską opozycją. Ta jednak jest zmarginalizowana, podzielona, często dla wyborców zbyt radykalna (niekoniecznie w kierunku demokracji liberalnej; często jest zbyt nacjonalistyczna czy konserwatywna), a przede wszystkim – słabo rozpoznawalna. Ta kanapowa opozycja niemal zupełnie zbojkotowała ostatnie wybory prezydenckie, w 2015 r., a jest to jedyna dla nich okazja, aby się szerzej zaprezentować.

Białoruska kampania prezydencja 2020Tym razem pojawiła się alternatywa dla „Baćki”. Na początku wydawało się, że jego głównym adwersarzem będzie Siarhiej Tichanouski. To twórca popularnego wideobloga o nazwie „Kraj do życia”. Na You Tube ma ćwierć miliona subskrybentów, a najpopularniejszy film obejrzano 1,1 miliona razy – w 9 milionowym kraju to sporo. Tichanouski jeździ po prowincji i rozmawia ze „zwykłymi ludźmi”, a ci chętnie skarżą się na trudy życia w łukaszenkowskim państwie. To nie do przecenienia w kraju, w którym tradycyjne media zostały niemal zupełnie zduszone. Bloger sprawnie rozpoczął kampanię, m.in. wymyślając slogan: „Łukaszenka to wąsaty karaluch”. Na protestach wielu Białorusinów zjawia się z kapciami, mającymi pomóc im w „ubiciu” karalucha (po rosyjsku karaluch to tarakan, skandują także no pasaran – stop tarakan).

Kolejnych dwoje groźnych kontrkandydatów prezydenta to ludzie establiszmentu (ale nie dajmy się temu zwieść – podobnie było choćby z Petrem Poroszenką w Ukrainie, który zanim zajął miejsce Janukowycza, był jego ministrem). Pierwszy to dzisiejszy wróg numer jeden Łukaszenki, Wiktar Babaryka. Przez 20 lat (do maja br.) kierował należącym w 99 proc. do Moskwy Belgazprombankiem. To znany filantrop i finansista. Nieco mniej radykalny jest Waleryj Cepkało – twóca Białoruskiego Parku Wysokich Technologii (miejscowej Doliny Krzemowej), były ambasador w USA.

Łukaszenka już dobrze wie, jak radzić sobie z kanapową opozycją demokratyczną (ta w obecnej kampanii odgrywa zresztą marginalną rolę). Wystąpienie jednak przeciwko części reżimowej elity to prawdziwy koszmar prezydenta.

Zbieranie podpisów na rzecz rejestracji kandydatów zmieniło się w masowe protesty. Zaczęto mówić o „podpisowej rewolucji”. Ludzie potrafili stać w kolejkach kilka godzin, a władze mogły jedynie z zaciśniętymi zębami na to patrzeć. Skandowano opozycyjne hasła. Protesty przetoczyły się nie tylko przez Mińsk, ale też przez średnie miasta, a nawet przez prowincje. Strach powoli puszczał, widać było, że ludzie mają potrzebę wykrzyczeć swoją złość. Zbieranie podpisów stało się wotum nieufności dla prezydenta i wentylem dla latami nagromadzonych emocji. Niezadowoleni Białorusini mogli na własne oczy zobaczyć, ilu ich jest.

Reżim odpowiedział siłą. Aresztowano najpierw blogera Tichanouskiego. Zastąpiła go jego żona, zebrała podpisy i zarejestrowano jej kandydaturę. Później przyszedł czas na Walerego Cepkałę. Zakwestionowano mu większość podpisów i przy progu wymaganych 100 tysięcy autografów – i odpadł z wyścigu. Jednocześnie wygodnym dla reżimu sparing-partnerom uznano więcej podpisów niż sami twierdzili, że udało im się zebrać.

Na placu boju najdłużej pozostawał Wiktar Babaryka. Najpierw zakwestionowano mu ponad połowę z 367 tysięcy podpisów. Aresztowano go wraz z synem, postawiono szereg zarzutów kryminalnych – od uchylania się od płacenia podatków po pranie brudnych pieniędzy. Grozi mu 15 lat więzienia, siedzi w areszcie. Rosjanie póki co z dystansu przyglądają się losom długoletniego dyrektora ich gazpromowskiego banku.

Babaryka i Tichanouski nie są jednak jedynymi zatrzymanymi. Monitorujący przestrzeganie praw człowieka ośrodek Wiesna 96 oraz Białoruski Komitet Helsiński w 13 lipca podali, że od początku kampanii zatrzymano 703 osób (129 skazano na areszt, a 252 na karę grzywny, często bardzo dotkliwe), pojawiło się też 24 więźniów politycznych (w poprzednim raporcie, gdy ich liczba wynosiła 22, Wiesna podawała, że „liczbowo jest [to] porównywalne z sytuacją najcięższego kryzysu prawnoczłowieczego w Białorusi w latach 2010-2011”).

Liczby te najpewniej szybko będą rosły, bo sytuacja na ulicach eskaluje. Kolejne przeszło 200 osób zatrzymano 15 lipca, po tym jak ludzie protestowali przeciwko odmowie zarejestrowania kandydatury Babaryki. Centralna Komisja Wyborcza ogłaszając swoją decyzję 14 lipca zasłoniła się wspomnianymi zarzutami karnymi. Oznacza to, że ostatecznie nie zarejestrowano żadnego z trójki Białorusinów, którzy rzucili prezydentowi rękawicę.

W odpowiedzi protestujący wysypali się na ulice nie tylko Mińska, ale również Homla czy Grodna. Zdjęcia są przejmujące. Na ulice wychodzą „zwykli ludzie” – w różnym wieku, z różnych grup społecznych. Władze odpowiadają brutalnie. Po sieci krążą liczne filmiki pokazujące użycie siły, choć co ciekawe – czasem protestujący stawiają czynny opór. Np. na materiale Euroradio widać jak tłum złożony z dziesiątków Białorusinów rzuca się na znęcających się nad protestującym OMONowców.

Łukaszenka robi się coraz bardziej nerwowy, bo zazwyczaj umiejętnie balansował między Zachodem i Rosją: gdy miał na pieńku z Putinem, zaczynała się odwilż i umizgi do Zachodu – i odwrotnie. Teraz jednak z jednej strony trwa kryzys relacji białorusko-rosyjskich (m.in. w związku z wetem Łukaszenki wobec dalszej integracji obu krajów na rosyjskich zasadach), a z drugiej Zachód strofuje Mińsk za represje. Presję wywierają na Łukaszenkę wszyscy: Zachód, Rosja, własne społeczeństwo.

A jakim poparciem cieszą się kandydaci? Wiele wskazuje na to, że Łukaszenka jest najsłabszy w historii, ale dokładnymi danymi nie dysponujemy. Odkąd kilka lat temu wykurzono z kraju ostatni niezależny ośrodek badania opinii publicznej, w Białorusi nie ma jawnych badań tego typu (według ostatniego profesjonalnego badania z 2016 roku Łukaszenkę popierało 29,5 proc. Białorusinów). Prowadzi się za to nieprofesjonalne i na pewno nie do końca reprezentatywne sondaże na portalach. Na Tut.by (ponad 70 tysięcy respondentów) Babarykę popiera 55 proc., Capkałę 15, Tichanouską 13, a Łukaszenkę 6 proc.. Inne sondy dają prezydentowi jeszcze niższe poparcie.

Według jednej z nich tylko 3 proc. Białorusinów wspiera Łukaszenkę. Tak narodziło się hasło „Sasza 3%”. To nieoficjalny społeczny slogan oponentów reżimu. Można go zobaczyć wymalowany na mostach, w windach, na kioskach, na autach. Wszędzie. Gros dotąd apolitycznych Białorusinów angażuje się w politykę, tak w mieście, jak i na prowincji. Po internecie krąży masa materiałów. Np. na filmiku „Kierowcy witają kolumnę Saszy 3 proc.” widać jak zablokowani przez prezydencką kawalkadę mińszczanie „wytrąbili” Łukaszenkę.

Czy Łukaszenka sam zdaje sobie sprawę z tego, jakie nastroje panują w narodzie? Niezależny portal Naviny.by napisał o ponoć tajnej notatce, która miała szacować poparcie dla Alaksandra Łukaszenki na 76 proc. z tendencją wzrostową. Autor artykułu Alaksandr Kłaskouski stawia pytanie: „Jeśli prezydent dostaje takie dane i wnioski, których obiektywność jest wątpliwa, to okazuje się, że prezentuje mu się nieadekwatny obraz rzeczywistości”.

Jeszcze niedawno wydawało się, że Swietłana Tichanouska, której brakuje charyzmy i rozpoznawalności męża, nie będzie zagrożeniem dla reżimu. Tymczasem opozycja wykonała niespodziewany ruch: koordynatorka sztabu Wiktara Babaryki Maryja Kalesnikawa i małżonka Walera Capkały – Weranika, zapowiedziały w połowie lipca, że będą działać ramię w ramię. To coś nowego – białoruska opozycja ma tradycyjny problem z wystawianiem jednego kandydata i łączeniem szeregów.

Paniom już udaje się mobilizować naród. Na ich niedzielny wiec w Mińsku przyszło (szacunki ControlBY) ponad 7 tysięcy osób. Sporo osób schodzi się także na prowincji – na przykład w 20-tysięcznym Dzierżyńsku zjawiło się kilkaset osób. To dużo jak na białoruskie relaia.

Zawsze mówiono, że buntować mogą się Ukraińcy jako ludzie południa, ale nie zdystansowani północni Białorusini. Tym razem dzieje się jednak coś niespotykanego od ćwierćwiecza. Pięć lat temu Łukaszenka oparł kampanię na przekazie: „Spójrzcie co osiągnęli Ukraińcy zmieniając władzę: kryzys, wojna, chaos. Ja jestem gwarancją stabilności”. Dziś Białorusini w swojej masie chcą zaryzykować.

Istnieje kilka scenariuszy rozwoju sytuacji: od dalszego trwania skostniałego reżimu przez rewolucję uliczną po wariant siłowy. Łukaszenka się bowiem wystraszył i może zagrać va banque. On rozumie, że nie może przegrać wyborów i założyć swojej fundacji czy zamieszkać na daczy pod Szkłowem. Utrata władzy to dla niego i jego bliskich utrata bezpieczeństwa. Nie wiadomo, czy ma gwarancje azylu od Władimira Putina i czy zamieszka w miłej willi w sąsiedztwie Wiktora Janukowycza. Janukowycz trwał tak długo jak długo stała za nim siła. Nie można wykluczyć, że również Łukaszenka będzie bronił łukaszenkizmu nawet za cenę przelewu krwi. Niedawno zagroził społeczeństwu: „Zapomnieliście jak Karimow [pierwszy prezydent Uzbekistanu] w Andiżanie zdusił pucz rozstrzeliwując tysiące ludzi? My o tym pamiętamy”.

Nie można wykluczyć też rosyjskiej interwencji, choć to scenariusz na dzień dzisiejszy mało prawdopodobny. Rosjanie z uwagą obserwują to, co dzieje się na Białorusi. Utrata Ukrainy i Białorusi na przestrzeni kilku lat oznaczałaby dla Moskwy dziejową klęskę, a wraz z np. umiarkowaną rewolucją 2018 roku w Armenii byłaby sygnałem wymykających się spod kontroli zmian w regionie.

 

nv-author-image

Zbigniew Rokita

Zbigniew Rokita jest reporterem i dziennikarzem, specjalizuje się w problematyce Europy Wschodniej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *