Po pierwszej turze. Wybory Prezydenckie 2020

Zwolennicy jak i przeciwnicy urzędującego prezydenta określili tegoroczne wybory prezydenckie w Polsce mianem przełomowych. To nic nowego, gdyż od lat walka polityczna zdominowana jest przez dwa ugrupowania, które niemalże we wszystkich zasadniczych kwestiach politycznych i ideologicznych idą w dwóch różnych kierunkach. W każdych wyborach czy to do parlamentu krajowego, europejskiego, czy też sejmików samorządowych, dochodzi do starcia pomiędzy PiS i jego politycznymi przeciwnikami. Dychotomii tej, która na polskiej scenie politycznej na dobre zadomowiła się najpóźniej od pierwszych rządów PiS (2005–2007), po raz kolejny nie udało się powstrzymać także w pierwszym głosowaniu tegorocznych wyborów na urząd prezydenta. I tak, w drugiej turze 12 lipca zmierzą się pełniący ten urząd Andrzej Duda i kandydat największej partii opozycyjnej – Rafał Trzaskowski, który gra o najwyższą stawkę. Wynik Trzaskowskiego w pierwszej turze dał mu przepustkę do drugiej rundy i szansę na zwycięstwo, ponieważ 25 procent wyborców głosowało na innych kandydatów, o których względy starają się teraz obaj rywale.

Debaty i wystąpienia podczas kampanii wyborczej przypominały polityczną walkę o parlament, a nie o urząd prezydenta. Ze wszystkich stron padały obietnice, których raczej nie udałoby się zrealizować ze względu na ograniczone kompetencje prezydenta RP oraz idealistyczne wizje przyszłości kraju. Nihil novi – wybory właśnie tak wyglądają. Nie zaskakuje też fakt, że urzędujący prezydent broni w pierwszym rzędzie drogi, którą Polska obrała za jego kadencji we współpracy z rządem, wskazując przede wszystkim na osiągnięcia związane z programami socjalnymi, które zamierza dalej rozszerzyć. Od lat, niemal przy każdym wystąpieniu polityków PiS, w komentarzach bliskich partii publicystów i samego prezydenta niczym mantrę wymienia się wprowadzenie 500+ i 13. emerytury. Z kolei nie wspomina się już o pierwotnie deklarowanym celu, by świadczenie na dzieci stanowiło zachętę do odwrócenia negatywnych tendencji demograficznych. W obliczu złośliwej statystyki, która w latach 2018 i 2019 wykazała negatywny bilans urodzeń (-26.000 i -35.200), amnezja w tej kwestii jest jak najbardziej zrozumiała. To jednak nie szkodzi, ponieważ wielu dawnych krytyków, którzy początkowo zdecydowanie wypowiadali się przeciwko świadczeniom socjalnym ze strony państwa (czyli podatników), nie zaprzecza, iż kroki te przyczyniły się do polepszenia sytuacji materialnej przeciętnej polskiej rodziny.

Polityka socjalna pozostaje zatem wizytówką partii rządzącej, na czym zyskuje także Andrzej Duda. Wyniki ostatnich wyborów wyraźnie pokazały, że rząd i prezydent na płaszczyźnie gospodarczo-politycznej w minionych pięciu latach stali się wiodącym socjalnym oferentem na rynku politycznym. Mimo licznych skandali obozu rządzącego, mimo nepotyzmu, niweczących państwo “reform”, sporu z Unią Europejską, katastrofy zapowiedzianych na maj wyborów, które się jednak nie odbyły – dzięki transferom socjalnym najwyraźniej całe obszary, w których kiedyś wygrywała Platforma Obywatelska, zostały zdobyte przez PiS i Andrzeja Dudę. Z wyjątkiem województw zachodniopomorskiego, pomorskiego i lubuskiego, w których Rafał Trzaskowski zdobył (minimalną) większość głosów, w pozostałych 13 województwach wygrał urzędujący prezydent. W pięciu zdobył nawet ponad 50 proc. głosów. Ale widać też nową tendencję – zapotrzebowanie na trzecią drogę, która złamałaby duopol Prawa i Sprawiedliwości i Platformy Obywatelskiej, staje się coraz bardziej popularne, o czym świadczą względnie dobre wyniki wyborów dla politycznych nowicjuszy Szymona Hołowni (14 proc., trzecie miejsce) i Krzysztofa Bosaka (prawie 7 proc.). Zarówno Trzaskowski jak i Duda powinni głęboko zastanowić się nad tym sygnałem, zwłaszcza kiedy jeden z nich wygra wybory.

Dotychczasowa strategia opozycji, by prezentować się jako front przeciwdziałający PiS, w minionych latach nie odniosła sukcesu. Teraz mogliśmy zaobserwować dwa mądre posunięcia ze strony Koalicji Obywatelskiej (KO) i Rafała Trzaskowskiego: KO w dużej mierze wycofała się z agresywnej kampanii, pozostawiając swojemu kandydatowi w zasadzie całe pole gry, żeby mógł iść nową drogą. Trzaskowski sam kreuje wizerunek kandydata spoza polsko-polskiego konfliktu. Wyborcy oczywiście wiedzą, z jakiego polityczno-ideologicznego obozu pochodzi Trzaskowski, który w 2018 roku jako kandydat KO został wybrany na prezydenta Warszawy. Dlatego w następnych dniach wszystko będzie zależało od tego, czy będzie on w stanie sprzedać się jako wiarygodna alternatywa dla politycznego status quo, co jest podstawowym warunkiem, by zdobyć głosy przegranych kandydatów, zwłaszcza wyborców Szymona Hołowni. Trzaskowski zdobył wprawdzie tylko 30 proc. głosów, ale z uwagi na fakt, że zajął miejsce kandydatki KO na urząd prezydenta, Małgorzaty Kidawy-Błońskiej, która wycofała się po przesunięciu głosowania, wynik ten jest bardzo solidny. Macierzysty elektorat udało mu się już zmobilizować.

W swojej strategii komunikacyjnej Trzaskowski stawia na pojednawczy ton. Jego list do wyborców PiS, opublikowany w połowie czerwca, równał się wyciągniętej ręce. Nie chodziło o zdobycie ich głosów – to wręcz niemożliwe – czy o zdyskredytowanie urzędującego prezydenta. Był to raczej apel o sprowadzenie brutalnej walki politycznej na zdrowszy poziom, aby normalna polityczna rywalizacja mogła zastąpić obecną wrogość, przezwyciężyć werbalny stan wojenny w polityce. Również w swoich wystąpieniach, z małymi wyjątkami, Trzaskowski stara się znaleźć pojednawcze słowa. Mądrym posunięciem zaraz na początku kampanii było usunięcie się spod ostrzału zwolenników Dudy i jasna deklaracja, iż uznaje pisowski program 500+ za sukces. To droga, na której końcu czeka być może nagroda. W swoich wystąpieniach Trzaskowski stawia na przezwyciężenie podziałów, podczas gdy Andrzej Duda rozdaje ciosy na wszystkie strony, szukając obrazów wroga, nadających jego kampanii silny kontrapunkt – najpierw wrogiem tym było lobby LGBT, a od niedawna są nim niemieckie media w Polsce, mające rzekomo sabotować jego kampanię wyborczą.

Żaden z dotychczasowych prezydentów III RP podczas swojej kadencji nie mógł pochwalić się wyjątkowymi osiągnięciami, które przeszłyby do historii. Z wyjątkiem podjętej w 2008 roku przez Lecha Kaczyńskiego inicjatywy, kiedy wspólnie z prezydentami Ukrainy, Litwy i Łotwy oraz premierem Estonii ruszył z wizytą do Tbilisi, aby zademonstrować europejską solidarność z Gruzją przeciwko agresji ze strony Rosji, kadencje wypadały raczej blado – abstrahując od kilku publicznych gaf prezydentów. I żadnemu nie udało się skutecznie zadziałać przeciwko rosnącemu podziałowi społeczeństwa. A właśnie to byłoby najważniejszym zadaniem pierwszej osoby w państwie – zrobić, co tylko możliwe, by choć trochę zjednoczyć naród. Może to jednak zainicjować tylko ktoś, kto posiada odpowiedni autorytet.

Pierwsza kadencja Andrzeja Dudy pokazała zupełnie nową jakość prezydentury. To tajemnica poliszynela, że Duda nie gra tej roli, która przewidziana jest dla jego stanowiska – ponadpartyjnej instancji. Odkąd PiS i pochodzący z szeregów partii Duda przejęli władzę, nieoficjalnie ustanowili system, w którym najważniejsze urzędy państwowe wprawdzie formalnie istnieją, ale każde dziecko wie, że w rzeczywistości to prezes partii Jarosław Kaczyński jest w Polsce decydentem. Nawet jeśli czasami dochodziło do napięć pomiędzy Andrzejem Dudą i jego dawną partią, to i tak prezydent pozostał wiernym poplecznikiem PiS, który nigdy nie zapomina, komu zawdzięcza swoją prezydenturę. Dlatego, obojętnie czy obejmie urząd na następną kadencję czy nie, pozostanie w pamięci jako “Adrian” (postać z satyrycznego serialu “Ucho prezesa”), który pod drzwiami prezesa partii i “szeregowego posła” Jarosława Kaczyńskiego cierpliwie czeka na audiencję.

Brak suwerenności Andrzeja Dudy pozostaje zatem największym słabym punktem, który może atakować jego konkurent. Jako uległy pomocnik rządu przyłożył rękę do wielu kontrowersyjnych reform, które naruszyły fundamenty państwa prawa, przyczyniając się do tego, że lansowana przez wiele lat – zwłaszcza konserwatywnych – środowisk w kraju idea silnego państwa została wypaczona. Od swojego powstania PiS było partią, która głośno opowiadała się za gruntowną modernizacją rzekomo źle skonstruowanej III RP. W pamięci pozostało też hasło utworzenia IV RP, która w latach pierwszych rządów PiS 2005–2007 poniosła druzgocącą klęskę.

Teraz, po pięciu latach przebudowy państwa według wersji Duda–PiS, Polska w 2020 roku jest jeszcze bardziej oddalona od państwa dla wszystkich obywateli, opierającego się na efektywnych, neutralnych i niezależnych instytucjach. Przede wszystkim jednak nie ma gwarancji, że Polska po zmianie politycznej uchroni się przed nową ekipą, która ponownie zagarnie wszystkie instytucje, by poszerzyć swoją władzę.

Czy w tej sytuacji coś się zmieni, jeśli Rafał Trzaskowski wygra wybory prezydenckie? Należy w to wątpić. Nie tylko dlatego, że jeszcze w 2018 r. podczas swojej kampanii wyborczej o urząd prezydenta Warszawy używał zupełnie innej retoryki, co poddaje w wątpliwość nadzieję, że będzie prezydentem wszystkich Polaków. Jeśli uda mu się wygrać – najnowsze sondaże nie wskazują na zdecydowanego zwycięzcę – musiałby w kilku niewygodnych, lecz możliwych do zaakceptowania kwestiach, wyjść naprzeciw swoim ideologicznym kontrahentom i ich wyborcom. Byłoby to nowością w polskiej polityce, lecz jednocześnie też historyczną szansą, aby załagodzić wreszcie ugrzęzłą w martwym punkcie polityczną walkę. Ponowne zwycięstwo Andrzeja Duda na pewno tego procesu nie zainicjuje.

Zmiana głowy państwa złamałaby niezdrowy dla każdej demokracji monopol władzy jednej jedynej opcji politycznej. Być może polska polityka musiałaby wtedy postawić na demokratyczne kompromisy, co dotychczas stanowiło raczej wyjątek. Koncentracja władzy w rękach jednego obozu politycznego nie sprzyja demokracji. Dlatego słowa kandydata na prezydenta w 2010 roku, który poniósł wtedy klęskę, są dziś bardziej aktualne, niż kiedykolwiek dotąd: “Jeśli jakaś władza ma wszystkie stanowiska w państwie, […] jeżeli do tego ma prezydenta, jeśli do tego ma jeszcze poparcie potężnych mediów, które nie zauważają jej błędów, […] to wtedy z naszą demokracją może być naprawdę bardzo niedobrze”. (Jarosław Kaczyński, 2010).

 

nv-author-image

Arkadiusz Szczepański

Slawista, kulturoznawca i tłumacz, redaktor naczelny FORUM DIALOGU

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *