Przed głosowaniem

Prawo i Sprawiedliwość wygra wybory w Polsce. Jedyne pytanie na które nie ma jeszcze odpowiedzi brzmi, czy będzie to zwycięstwo miażdżące. Średnia z trzech dotychczas przeprowadzonych w październiku sondaży przedwyborczych daje rządzącej partii 48,5 proc. poparcia, liberalnej Platformie Obywatelskiej (występującej chwilowo pod nazwą Koalicja Obywatelska) 27proc., lewicy 13,5 proc., partii chłopskiej – Polskiemu Stronnictwu Ludowemu 6,5 proc., a skrajnie prawicowej Konfederacji 4 proc. Sondaże mogą się zmienić, gdyby w ostatnich dniach przed wyborami wybuchł jakiś gigantyczny skandal lub pojawiły się informacje o nieznanej do tej pory aferze korupcyjnej. O ile nic takiego się nie stanie, Prawo i Sprawiedliwość będzie rządzić Polską przez kolejne 4 lata.

 

Na ostateczny wynik – zarówno w sensie uzyskanej ilości głosów, jak i mandatów, które zostaną zdobyte w Sejmie i Senacie – poza ewentualną aferą, która mogłaby wywrócić preferencje wyborców do góry nogami, wpłyną jeszcze tylko 2 czynniki.

 

Po pierwsze stopień mobilizacji elektoratu. W wypadku zwolenników Prawa i Sprawiedliwości fakt, iż kolejne sondaże wskazują jednoznacznie na zwycięstwo PiS, może skutkować tym, iż pewna część zwolenników partii rządzącej nie pójdzie do wyborów. Co ciekawe, badania wskazują, że również zwolennicy głównej siły opozycji – Platformy Obywatelskiej – nie są nadmiernie zmobilizowani. Najwyższy stopień mobilizacji badania wykazują wśród zwolenników lewicy (niemieckiemu czytelnikowi należy w tym miejscu wytłumaczyć, że podział na osi lewica – prawica w Polsce dotyczy w zasadzie wyłącznie spraw światopoglądowych, gdyż w sprawach gospodarczych lewica jest liberalna, a prawica socjalna). Najprawdopodobniej więc rezultat uzyskany przez lewicę, w której dominującą rolę odgrywają spadkobiercy rządzącej do 1989 roku partii komunistycznej będzie nieco lepszy od prognozowanego.

 

Drugim czynnikiem, który może wpłynąć w mniejszy lub większy sposób na wynik wyborów jest, ile głosów padnie na partie, które nie przekroczą 5 proc. progu wyborczego. Z cytowanych powyżej wyników sondaży wynika, że głosy 95 proc. wyborców nie będą głosami zmarnowanymi – tym samym premia wynikająca z ordynacji wyborczej, która nagradza największe ugrupowania będzie nieznaczna.

 

Teoretycznie możliwe jest, że Prawo i Sprawiedliwość, jeśli poparcie w dniu wyborów byłoby bliższe 40 proc., a wspomniana premia byłaby bardzo mała, może nie uzyskać ponad połowy mandatów i przejść do opozycji. Taki scenariusz jest jednak mało prawdopodobny, a ponadto oznaczałby, że ewentualna koalicja obecnej opozycji nie miałaby możliwości obalania weta prezydenta, który tylko teoretycznie nie jest już częścią obozu prawicy.

 

Bardziej prawdopodobne jest, iż Prawo i Sprawiedliwość będzie nadal rządzić. W takim scenariuszu kluczową rozgrywką będą wybory prezydenckie w przyszłym roku. Andrzej Duda teoretycznie ma silną pozycję, ale jako że nie ma charyzmy, a jego otoczenie znane jest z braku energii, wszystko jest możliwe. Kluczowe byłoby także, czy do wyborów stanąłby przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk. Opozycja przez 4 lata rządów PiS nie wpadła bowiem na pomysł, by wylansować jakiegokolwiek innego lidera.

 

Niezależnie od tego, że teoretycznie możliwe są jeszcze wszystkie scenariusze wyniki sondaży wskazują na absolutną dominację Prawa i Sprawiedliwości na polskiej scenie politycznej. Powyższe jest pochodną kilku czynników, które poniżej – w pewnym oczywiście skrócie – omówię.

 

Zwolennicy opozycji zazwyczaj przypisują sukcesy PiS programom socjalnym, twierdząc, że PiS rozdaje pieniądze (500+). Problem polega na tym, że zwolennicy opozycji obietnicy wprowadzenia 500+ przypisują również zwycięstwo Prawa i Sprawiedliwości w 2015 roku. Badania socjologiczne tymczasem pokazują bardzo wyraźnie, że obietnica ta nie odegrała żadnej roli w ówczesnych wyborach. Polacy nie wierzyli w żadne obietnice bowiem do tej pory partie zapominały o nich dzień po wyborach. PiS wygrało bazując na obawie Polaków przed utratą tożsamości (religijnej i narodowej) oraz przeświadczeniu, że rządy Platformy Obywatelskiej sprowadzają się do (kiepskiego skądinąd) administrowania, a nie realnego rządzenia państwem. W wyborach w 2019 roku programy socjalne zapewne odegrają już znaczną rolę, gdyż PiS dotrzymał obietnic wyborczych. Jeśli jednak wrócić do pierwotnych przyczyn zwycięstwa wyborczego prawicy z 2015 roku, to można stwierdzić, że wyborcy obawiający się utraty tożsamości są twardym elektoratem prawicy, zaś ci, którzy mieli przeświadczenie o bylejakości rządów PO to typowi „swing voters”. Problem polega na tym, że liberalna opozycja przez ostatnie 4 lata nie zrobiła absolutnie nic, by pokazać fachową twarz i w ten sposób odzyskać tę grupę elektoratu. Co gorsza, liberalne elity, a już szczególnie wspierający je celebryci wielokrotnie pozwalali sobie na pogardliwe i obraźliwe wypowiedzi na temat Polaków, których programy socjalne PiS wydobywały z biedy. Wielokrotnie pojawiały się politycznie wyjątkowo szkodliwe dla opozycji, a w sensie moralnym oburzające wypowiedzi, że PiS finansuje alkoholików i margines społeczny.

 

Polska prawica jest podobna do prawicy w państwach Europy Zachodniej w tym sensie, że gra nacjonalizmem, homofobią i wrogością wobec obcych. Strona przeciwna (liberalna) tym się natomiast różni od swoich odpowiedników z państw Europy Zachodniej, że niemal w ogóle nie kryje się z pogardą wobec biedniejszych i mniej wykształconych. Prezydent Macron raz powiedział o „ludziach, którzy są niczym” i wywołało to burzę. W Polsce biedniejszym daje się odczuć, że są niczym niemal codziennie. Ostatnio pojawiły się politycznie samobójcze wypowiedzi sugerujące choroby psychiczne zwolenników PiS. Zjawisko to jest na tyle głębokie, że nawet badania socjologiczne wskazują, że zwolennicy opozycji częściej pogardzają zwolennikami PiS niż na odwrót. Nienawiść jest oczywiście uczuciem godnym potępienia, zaskakujące przy tym jest jednak, że zostawia mniej trwały ślad w psychice będącego jej obiektem człowieka niż pogarda.

 

Słabością liberalnej opozycji jest również oderwanie od rzeczywistości „Polski B”. Polskie liberalne elity nie biorą pod uwagę w kampanii wyborczej bardzo głębokich dysproporcji zarobkowych w Polsce najprawdopodobniej dlatego że nie zdają sobie sprawy, iż one mają miejsce. Osobiście doświadczyłem tego, gdy byłem charge d’affaires RP i wpadłem w polityczną „niełaskę”, a następnie byłem przez pewien czas bezrobotny. Otrzymywałem wówczas wynoszący nieco ponad 150 Euro zasiłek dla bezrobotnych, którego wysokość nie pozwalała w ogóle przeżyć.  Pamiętam szok, gdy podczas lunchu z jednym z byłych szefów polskiej dyplomacji w 2013 roku usłyszałem pytanie, czy zasiłek dla bezrobotnych wynosi 1000 czy może nieco ponad 1000 Euro. Zrozumiałem wówczas, że jeśli polityk myli się nie o 50%, nie o 100%, czy nawet 200%, ale o ponad 500%, to znaczy, że jego formacja jest politycznie skończona.

 

Cytowany przez prestiżowy, zajmujący się mediami i PR, polski portal wirtualnemedia Zbigniew Lazar, właściciel agencji PR ModernCorp stwierdza: „Spotkania i rozmowy polityków KO (PO – przypis autora) ze zwykłymi ludźmi w regionach – oraz towarzyszące im ciągłe zdziwienie, że rzeczywistość wygląda inaczej niż oni myśleli – przypominają natomiast wizyty turystów w egzotycznych, nieznanych im wcześniej zakątkach. Krytyczne oko kamery oczywiście natychmiast to wychwytuje”.

 

Co gorsza, jak podkreślają coraz liczniejsi obserwatorzy, wielu kandydatów na posłów ze strony liberalnej opozycji nawet nie prowadzi kampanii wyborczej. Skądinąd już w czasie ostatnich wyborów do Parlamentu Europejskiego niektórzy z przywódców opozycji spotykali się z wyborcami raz na kilka dni (sic!).

 

Problemem jest też, że o ile w przypadku Prawa i Sprawiedliwości łatwo zdefiniować motyw przewodni kampanii wyborczej (z którym – dodam w tym miejscu – głęboko się nie zgadzam), to nie jestem w stanie nazwać jakiegokolwiek hasła opozycji poza tym, że należy odsunąć PiS od władzy. Można oczywiście argumentować, że opozycji trudniej jest dotrzeć do wyborców ze swoim przekazem. Rządząca prawica dokonała tak daleko posuniętego zamachu na media, że państwowe zaczynają przypominać media z czasów komunizmu, a i prywatne bardzo ostrożnie krytykują władze. Problem polega jednak na tym, że opozycja przegrywa również kampanię w Internecie.

 

Hasła o zagrożeniu demokracji nie trafiają do większości społeczeństwa. Dla przeciętnego Polaka obrona niezależności Trybunału Konstytucyjnego albo znanych z buty wobec zwykłych ludzi sądów jest czymś abstrakcyjnym. Po pierwsze dlatego, że wiarygodność tak obrońców demokracji, jak i sądów – niezależnie od tego czy jest to uzasadnione, czy nie – nie jest wysoka, po drugie dlatego, że niemal natychmiast po objęciu władzy przez Prawo i Sprawiedliwość zaczęto używać histerycznej i przesadnej retoryki, mówiąc wręcz np. o „faszyzacji życia publicznego”. W efekcie znieczulono społeczeństwo, które widząc przesadę nie reaguje na apele w chwili, gdy są one uzasadnione. Przypomina to nieco sytuację, gdy na basenie lub nad morzem ktoś udaje, że się topi i robi to tak często, że ratownik przestaje reagować na wezwania o pomoc, gdy naprawdę zaczyna się topić.

 

Słabością opozycji jest też programowe kunktatorstwo. Na przykład w odniesieniu do aborcji, która w Polsce jest niemal całkowicie zakazana. Za liberalizacją jest lewica, za utrzymaniem zakazu, lub wręcz za całkowitym zakazem (nawet w wypadku zagrożenia życia matki) prawica, natomiast naprawdę nie wiem jakie jest stanowisko tak zwanych liberałów, którzy z jednej strony chcą zdobywać głosy wielkomiejskiej liberalnej inteligencji, a z drugiej nie znaleźć się na kursie kolizyjnym z Kościołem Katolickim, który skądinąd i tak mniej lub bardziej jawnie wspiera PiS więc znalezienie się z nim na kursie kolizyjnym i tak niczego by nie zmieniło.

 

Przez ostatnie 4 lata słabością wykazały się również liberalne elity, stanowiące zaplecze Platformy Obywatelskiej. Mimo podwójnej klęski w wyborach zarówno prezydenckich jak i parlamentarnych w 2015 roku po stronie liberalnej nie nastąpił żaden ferment intelektualny, ani głęboka dyskusja na temat przyczyn porażki. Polską prawicę i opozycję łączy jedno – panele dyskusyjne, debaty i dyskusja polegają w głównej mierze na dyskutowaniu w swoim gronie, eliminowaniu osób niewygodnych i byciu „miłym”. To bezpieczne dla liderów, ale nie da się z takiej postawy wykrzesać energii.

 

Nie bez znaczenia jest przy tym również oderwanie – w tym wypadku nie tylko środowisk liberalnych, ale również lewicy – od faktu, że Polacy są w większości umiarkowanymi konserwatystami. Jako zwolennik legalizacji małżeństw homoseksualnych, zdołałem przekonać do tego kilku znajomych konserwatystów, ale było to możliwe zapewne dlatego, że odwoływałem się do argumentów o tolerancji i przykładów prześladowania gejów, a nie prowokowałem, co zawsze powoduje jedynie okopanie się rozmówcy na jego wyjściowych pozycjach.

 

Z tego zapewne między innymi powodu (choć znaczenie miało też zapewne brak pieniędzy) tzw. nowa lewica została de facto zmarginalizowana, a pierwsze skrzypce na lewicy znów gra Sojusz Lewicy Demokratycznej. Może i dobrze, bo dziś to ugrupowanie rozumiejące idee samoograniczenia, kompromisu oraz twardo proeuropejskie i proatlantyckie. Skądinąd nie wykluczałbym, że słupki poparcia dla SLD mogą pewnego dnia przeciąć się z tymi Platformy Obywatelskiej, a Polska w takim scenariuszu powróciłaby do tradycyjnego podziału na lewicę, prawicę i będące języczkiem u wagi liberalne centrum (z tym oczywiście zastrzeżeniem, że w Polsce lewica jest prawicą, prawica lewicą, a liberałowie nie wiadomo czym).

nv-author-image

Witold Jurasz

Witold Jurasz, dziennikarz Onetu i Dziennika Gazety Prawnej, Prezes Ośrodka Analiz Strategicznych. Były pracownik Zakładu Inwestycji NATO, dyplomata w Moskwie oraz chargé d’affaires RP na Białorusi. W przeszłości był też gospodarzem talk-show w Polsat News, gdzie przeprowadził ponad 700 wywiadów. Pracował też w spółce zajmującej się międzynarodowym handlem bronią.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *