Przejdź do treści

Filmowa rewolucja?

Ustawa o finansowym wspieraniu produkcji audiowizualnej, która weszła w życie w połowie lutego bieżącego roku, może na długie lata zmienić zarówno krajobraz polskiego kina, jak i całego lokalnego rynku filmowego. Pytanie tylko – czy zrobi to zgodnie z założeniami ustawodawcy?

 

Polacy w natarciu

Polska kinematografia dawno nie była w tak doskonałej kondycji – być może aż od czasów szkoły polskiej, czyli nurtu z przełomu lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, który przyniósł nam największe arcydzieła Andrzeja Wajdy, Andrzeja Munka i Jerzego Kawalerowicza. W chwili, w której piszę te słowa, czekam na premiery dwóch głośnych tytułów pokazywanych niedawno na renomowanych światowych festiwalach – „Obywatela Jonesa” Agnieszki Holland, nominowanego do Złotego Niedźwiedzia w Berlinie, i „Słodkiego końca dnia” Jacka Borcucha, za który Krystyna Janda dostała nagrodę na festiwalu Sundance. Jakby tego było mało, media społecznościowe huczą o angażu Joanny Kulig do nowego serialu w reżyserii Damiena Chazelle’a, twórcy Oskarowego „La La Landu”.

 

Nie są to odosobnione przypadki. Polskie filmy od kilku lat regularnie trafiają do konkursów najważniejszych światowych festiwali i do międzynarodowej dystrybucji. Selekcjonerzy Sundance docenili wcześniej niezwykłe „Córki Dancingu” Agnieszki Smoczyńskiej i „Wszystkie nieprzespane noce” Michała Marczaka; oba te tytuły trafiły później do amerykańskich kin, a „Córki Dancingu” okazały się niezwykle popularne w odległej Japonii. Z kolei berliński konkurs co roku prezentuje przynajmniej jeden polski film – „Zjednoczone stany miłości” Tomasza Wasilewskiego (Srebrny Niedźwiedź za scenariusz 2016), „Pokot” Agnieszki Holland (Nagroda im. Alfreda Bauera 2017) i „Twarz” Małgorzaty Szumowskiej (Srebrny Niedźwiedź 2018 za najlepszy film).

 

W programach dużych światowych festiwali znajdziemy także filmy innych polskich twórców, takich jak Jagoda Szelc („Wieża. Jasny dzień”, „Monument”), Adrian Panek (nagrodzony na Black Night w Tallinie „Wilkołak”) czy Bartosz M. Kowalski („Plac zabaw”). Polską kinematografię doskonale promuje na świecie Paweł Pawlikowski, który zdobył Złotą Palmę dla najlepszego reżysera w Cannes za „Zimną wojnę” i – oczywiście – Oscara za „Idę”, jedyną w historii rodzimej kinematografii statuetkę dla najlepszego filmu nieanglojęzycznego. Nasze kino już dziś ma renomę porównywalną z niemieckim, mimo że zachodni sąsiedzi wydają na produkcję filmową blisko trzydzieści razy więcej od nas. W obliczu kolejnych sukcesów wydawałoby się więc, że najlepszym rozwiązaniem będzie zwiększenie dotacji i promowanie rozwijających się talentów. Między innymi to ma zapewnić nowa ustawa.

 

Hollywood kontra Europa

Zanim jednak przejdziemy do szczegółów jej projektu, warto przypomnieć, jak funkcjonuje polska (i, szerzej, europejska) kinematografia. W przeciwieństwie do Hollywood, zdominowanego przez pięć wielkich studiów (jeszcze do niedawna było ich sześć, Fox został jednak kupiony przez Disneya), w Europie produkcja stricte komercyjna jest zjawiskiem marginalnym, a większość filmów powstaje dzięki systemowi państwowych i instytucjonalnych subsydiów. Fabryka Snów przez ostatnie stulecie wypracowywała metody rozwijania produkcji i sprzedaży filmów, a także minimalizacji ryzyka, które się z nimi wiąże – dzięki rozpoznawalnym pod każdą szerokością geograficzną gwiazdom filmowym, głośnym kampaniom marketingowym i wysokim budżetom, a także kontroli poszczególnych aspektów działań (produkcji, dystrybucji i wyświetlania) Hollywood czerpie ogromne zyski nie tylko z lukratywnego rynku amerykańskiego, ale także z rynków zagranicznych.

 

Kinematografie europejskie zawsze były zbyt rozproszone, by wprowadzić podobny mechanizm. Większość tytułów powstających we Francji, Niemczech, w Czechach czy we Włoszech nie trafia do wielu innych państw, a nawet, gdy to się uda, nie znajduje szerokiej publiczności. W efekcie europejski przemysł filmowy nie byłyby w stanie funkcjonować w warunkach wolnego rynku. Niemal każdy kraj Unii oferuje filmowcom system dotacji przyznawanych projektom o dużych walorach artystycznych lub znacznym potencjale frekwencyjnym. Nie inaczej jest w Polsce.

 

Nie licząc komercyjnych komedii romantycznych i filmów Patryka Vegi („Botoks”, „Kobiety mafii”), niemal wszystkie powstające w Polsce tytuły bazują na subsydiach. Ich głównym dysponentem jest założony w 2005 roku Polski Instytut Sztuki Filmowej, który przeznacza na produkcję filmową sto kilkadziesiąt milionów złotych rocznie. Poboczną rolę odgrywają także fundusze regionalne, które dofinansowują tytuły kręcone w granicach danych województw. Nowa ustawa ma dorzucić do tej puli między 100 a 250 milionów rocznie, co pozwoliłoby na podwojenie kwot wydawanych przez polskie instytucje na produkcję filmową.

 

Zasady gry

W artykule 1. ustawy wyróżniono 9 celów przyznawania wsparcia finansowego. Można wśród nich znaleźć zarówno określenia bardzo ogólne („poprawa warunków funkcjonowania rynku produkcji audiowizualnej”), jak i nieco bardziej konkretne i zdradzające część zamysłów ustawodawcy („stworzenie warunków do inwestowania zagranicznego kapitału w produkcje audiowizualne realizowane na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej”). Szczególnie istotne wydają się cele drugiej z wymienionych kategorii, zdradzają bowiem, że zamysłem ustawy jest nie tylko promocja polskiej sztuki i dziedzictwa kulturowego, ale także zachęcenie producentów zagranicznych do filmowania na terenie naszego kraju. Polska mogłaby dzięki temu konkurować z Czechami czy Węgrami jako państwo, które zagranicznym filmowcom zaoferuje nie tylko gościnność, ale też realne korzyści finansowe. W jednym z wywiadów wiceminister kultury Paweł Lewandowski jako główny cel nowej ustawy określa właśnie przyciągnięcie zagranicznej produkcji filmowej nad Wisłę.

 

Przyznawanie dotacji ma odbywać się na podstawie testu kwalifikacyjnego – w przypadku uzyskania co najmniej 51% punktów podmiot produkujący film otrzymuje certyfikat uprawniający do otrzymania dotacji. Kryteria oceny dotyczą treści samego utworu (czy „wykorzystuje polski lub europejski dorobek kulturowy”), miejsca jego akcji („lokalizuje akcję na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej”), lokalizacji produkcji („jest produkowany na terytorium RP”), pochodzenia ekipy filmowej („zapewnia udział […] polskich pracowników, współpracowników lub podmiotów świadczących usługi na rzecz produkcji audiowizualnej”) i kwestii związanych z infrastrukturą („zapewnia udział polskiej infrastruktury filmowej”).

 

Całkowita kwota dofinansowania może wynosić do 50% kosztów w większości przypadków, do 60% w przypadku koprodukcji i do aż 70% w odniesieniu do filmów określanych w ustawie jako „trudne”, a więc o ograniczonych walorach komercyjnych. Ponieważ o dofinansowanie może starać się każdy, kto wcześniej produkował lub koprodukował przynajmniej jeden utwór audiowizualny dystrybuowany w kinach, wyświetlany w telewizji lub prezentowany na jednym z najważniejszych światowych festiwali, poprzeczka wisi naprawdę nisko – wymogi spełnia właściwie każdy polski producent. W świetle nowej ustawy każdy z nich będzie mógł wnioskować o kwotę do 15 milionów złotych na jeden projekt.

 

Efekty nowej ustawy będzie można ocenić dopiero za kilka lat, ale trudno oprzeć się pokusom rozpatrywania, jak na polskie kino (i rodzime środowisko filmowe) wpłynie rozpoczynająca się właśnie rewolucja. W obszernym uzasadnieniu autorzy kładą nacisk przede wszystkim na zarysowane wyżej zachęty dla zagranicznych podmiotów, które mają przyciągnąć wielkie światowe produkcje i – co za tym idzie – wypromować Polskę na arenie międzynarodowej, a także pozytywnie wpłynąć na umiejętności polskich pracowników i zachęcić turystów, by przyjeżdżali nad Wisłę (wzorem Nowej Zelandii wybieranej na cel wakacyjnych wypraw przez dziesiątki tysięcy fanów „Władcy pierścieni”).

 

Cztery wątpliwości

Problem w tym, że branża filmowa od zawsze cechuje się ogromną nieprzewidywalnością, porównywalną niemal z grami hazardowymi. Nie bez powodu najsłynniejszym powiedzeniem wśród producentów filmowych jest legendarne „Nikt nic nie wie”, wypowiedziane przez scenarzystę Williama Goldmana właśnie w odniesieniu do możliwości związanych ze zwrotem inwestycji w przemyśle audiowizualnym. Zanim więc zaczniemy cieszyć się, że polska kinematografia zacznie niebawem rozkwitać w szaleńczym tempie, warto poświęcić trochę czasu mnożącym się wątpliwościom.

 

Po pierwsze, chłonność rynku filmowego jest ograniczona, a konkurencja nie maleje. Gdyby Polska była pierwszym krajem Unii Europejskiej oferującym zachęty dla producentów zagranicznych, przeżylibyśmy zapewne prawdziwy najazd ekip filmowych ze wszystkich stron świata. Do gry wchodzimy jednak względnie późno, bo aż 24 z 28 krajów Unii wprowadziły podobne programy u siebie. Z jednej strony – daje nam to szansę uczyć się błędach innych, z drugiej – zmusza do walki z pozostałymi krajami regionu. Warto przytoczyć tutaj przykład Czechów; u naszych sąsiadów poziom inwestycji zagranicznych obniżył się skokowo o 70% między 2003 a 2004 rokiem, gry konkurencyjny program zachęt wprowadziły Węgry.

 

Po drugie, ze zdrowym sceptycyzmem należy odnieść się do projektowanego przez ustawodawcę „wzmocnienia potencjału kreatywnego i zwiększenia poziomu profesjonalizmu przedstawicieli polskiego rynku produkcji audiowizualnej”. Choć podobny przepływ wiedzy i umiejętności rzeczywiście miał miejsce chociażby w przypadku włoskiej branży filmowej, która w latach pięćdziesiątych XX wieku aktywnie współpracowała z Hollywood, trudno o takie efekty w dzisiejszych realiach. Warto ponownie przyjrzeć się doświadczeniom Czechów – zachęty doprowadziły u naszych sąsiadów do powstania czegoś na kształt kinematograficznego rozłamu. Z jednej strony, powstają tam czeskie filmy nakręcone przez Czechów w czeskim języku; z drugiej – kręci się wielkie zagraniczne produkcje, przy których Czesi pełnią zaledwie funkcje podwykonawców.

 

Po trzecie, nie warto pokładać dużej wiary w promocyjny potencjał koprodukcji mniejszościowych (a więc takich, w przypadku których polskie podmioty są „pomocnikami” zagranicznych producentów). Podobne filmy nieczęsto wpływają na rozwój kultury i promocję dziedzictwa kulturowego producenta mniejszościowego, bo po prostu nie ma w nich na to miejsca, a udział danego podmiotu ogranicza się zazwyczaj do możliwości obsadzenia kilku polskich aktorów na drugim planie i kolejnych kilkunastu osób w ekipie filmowej. Dobrym przykładem będzie tu film science fiction „High Life” z Robertem Pattinsonem, Juliette Binoche i Agatą Buzek, finansowany przez Stany Zjednoczone, Wielką Brytanię, Francję, Niemcy i Polskę. Mimo zaangażowania znanej polskiej aktorki, która na ekranie pojawia się w obecności międzynarodowych sław, w polskich kinach film obejrzało zaledwie nieco ponad trzy tysiące widzów.

 

Po czwarte wreszcie, turystyka filmowa (zwana też set jettingiem) rozwija się tylko w szczególnych przypadkach i dotyczy nielicznych tytułów, w przypadku których miejsce akcji odgrywa znaczącą rolę fabularną. Nie chciałbym zabrzmieć jak skrajny pesymista, ale szczerze wątpię, by twórcy hipotetycznej wielkiej zagranicznej produkcji pod wpływem nowej ustawy wprowadzili w scenariuszu zmiany, które przeniosą jego akcję na przykład do Bydgoszczy – o wiele bardziej prawdopodobne, że po prostu poszukają w Polsce plenerów, które z powodzeniem „wcielą się” w role miejsc opisanych w scenariuszu. A widzowie nawet nie zorientują się, że dana scena była kręcona nad Wisłą.

 

***

 

Powyższe wątpliwości nie oznaczają jednak, że powinniśmy wycofać się z projektu i zrezygnować z dotowania produkcji filmowej. Wręcz przeciwnie, stymulowanie dodatkowego ruchu w biznesie filmowym niemal na pewno wyjdzie wszystkim na dobre – nawet jeśli nie przyciągniemy do kraju tylu ekip, co Czechy i Węgry, nawet kilka dużych projektów rocznie powinno przełożyć się na większe zainteresowanie filmowaniem w Polsce; choć polscy specjaliści będą zapewne podwykonawcami na planach zagranicznych filmów, większe zapotrzebowanie na profesjonalistów powinno poprawić poziom ich płac; powstające w kraju koprodukcje być może nie będą promowały dziedzictwa kulturowego i nie przyciągną tysięcy zagranicznych turystów, ale wśród dofinansowanych filmów na pewno znajdą się tytuły, które dołączą do „Zimnej wojny”, „Pokotu” czy „Córek Dancingu” i pomogą budować markę polskiej kinematografii. Warto więc inwestować w film. Ale warto też pamiętać, że efekty będą na pewno odmienne od planowanych. W końcu w tym biznesie „nikt nic nie wie”.

 

nv-author-image

Grzegorz Fortuna Jr.

Doktorant na wydziale filologicznym Uniwersytetu Gdańskiego, laureat nagrody imienia Krzysztofa Mętraka dla młodych krytyków filmowych (2016) i stypendium doktoranckiego PISF (2017); publikuje w „Ekranach” i „Kinie”, a także na stronach film.org.pl i Kinomisja.pl. Przygotowuje doktorat o rynku i kulturze wideo w Polsce czasów transformacji ustrojowej.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

[give_form id="8322"]

News Alert

Bądź na bieżąco!

Zamawiając bezpłatny newsletter akceptuje Pan/Pani naszą ochronę danych. Wypisanie się z prenumeraty newslettera jest w każdej chwili możliwe.