Przejdź do treści

Górnicy kontra “Fridays For Future”

Las w pobliżu Kolonii stał się od jesieni zeszłego roku symbolem niemieckiej polityki energetycznej. Hambacher Forst, o powierzchni jedynie 200 hektarów, położony jest na obrzeżach największej kopalni odkrywkowej Nadreńskiego Zagłębia Węgla Brunatnego – a jego drzewa stały się symbolem walki o ochronę środowiska.

 

O lesie zrobiło się głośno w całych Niemczech, gdy aktywiści klimatyczni zażądali, aby znajdujące się pod lasem złoża węgla brunatnego pozostały nieruszone i „zostały pod ziemią”. Po spektakularnej okupacji lasu udało się im w październiku zatrzymać wycinkę dzięki wniesieniu do wyższego sądu administracyjnego w Münster pilnego wniosku o zaprzestanie karczowania.  Sukces ten uczczono w Hambacher Forst festynem, na który przyjechało 50 tysięcy osób z Niemiec i całej Europy. „Firma RWE może się wynosić” – tak aktywiści obchodzili częściowe zwycięstwo nad koncernem energetycznym.

 

Trzy tygodnie później w bliskim sąsiedztwie słynnego lasu można było oglądać zupełnie inny widok. W niewielkim Bergheim pod Kolonią, z gwizdkami i w kaskach górniczych, na rzecz zachowania miejsc pracy, demonstrowało tysiące górników. Do demonstracji wezwały związki zawodowe przemysłu górniczego, chemicznego i energetycznego (IG BCE) oraz związki zawodowe Verdi. „Zatrudnieni mają dość tego, że debata klimatyczna rozgrywana jest ich kosztem”, tak zacytowano wypowiedź przewodniczącego związku IG-BCE Michaela Vassiliadisa w wezwaniu do strajku. Jak twierdził, wciąż na nowo „ryzykuje się miejsca pracy przez lekkomyślne plany likwidacji kopalni“.

 

wydobywanie węgla © istock/mariusz_prusaczyk

Przy pomocy haseł takich jak “I love RWE i jej rodziny” lub “Za państwem prawa i bezpiecznym prądem” pracownicy wspierają swe przedsiębiorstwa, w pierwszym rzędzie koncerny węglowe RWE oraz Leag na Łużycach. Niektórzy demonstranci nie znajdywali wiele słów sympatii dla aktywistów z lasu Hambacher Forst: “Aktywiści w Hambacher Forst to obywatele rzeszy z dredami” albo “Zieloni = obłęd ideologiczny” – takie napisy widniały na transparentach.

 

Walka o zaprzestanie wydobycia węgla dzieli dziś Niemcy na: stare pokolenie przeciwko nowemu, wiek XX przeciwko wiekowi XXI. W międzyczasie ruch aktywistów klimatycznych otrzymał też wsparcie ze strony setek tysięcy uczniów i studentów, którzy na całym świecie wychodzą na ulicę podczas strajków uczniowskich „Fridays For Future” na rzecz ochrony klimatu. W Berlinie stają co tydzień przed Bramą Brandenburską lub przy Parku Inwalidów przed Ministerstwem Gospodarki, próbując wywrzeć nacisk na rząd niemiecki na rzecz wyjścia z energii kopalnych.  Polityka klimatyczna rządu jest ich zdaniem zbyt powolna, kompromisy z koncernami wydobywającymi węgiel zbyt słabe. Demonstranci „Fridays For Future” stanowią dokładne przeciwieństwo starszych zazwyczaj górników i związkowców, prawie samych mężczyzn, którzy całe życie wydobywali węgiel.  Młodzi uważają, że „kopalna gwardia” jest nieodpowiedzialna. A starzy uważają z kolei, że dzieci i aktywiści klimatyczni są naiwni i zbyt ideologiczni. Obie strony są nieprzejednane.

 

Oczywiście również obrońcy węgla doskonale wiedzą, że na dłuższą metę ich forma energii nie ma przyszłości. Kopalny model gospodarczy powoli się kończy. Nie jest to już zwariowany „pomysł ekologów“, lecz polityczny mainstream, zapisany w programie każdej partii – od skrajnej lewicy po prawicę.

 

Drogie zaniechania w polityce energetycznej: ni pies, ni wydra

Ale fronty są nieprzejednane. Chodzi o to, jak zorganizować przejście do ery zdekarbonizowanej. Chodzi o ustalenie harmonogramu osiągania celów międzynarodowego traktatu klimatycznego ONZ, który Niemcy wspierają wspólnie z 194 innymi państwami. Do 2050 roku Niemcy muszą zmniejszyć swój odcisk węglowy o 80 do 95 procent – i to na wszystkich obszarach. Nie wystarczy instalowanie kilku turbin wiatrowych i paneli słonecznych. Trzeba za to przebudować całą infrastrukturę od produkcji prądu przez transport aż po ogrzewanie budynków i rolnictwo. Chodzi o niedopuszczenie do ocieplenia się Ziemi o 1,5 lub maksymalnie 2 stopnie. Jednocześnie chodzi też o miliardy, o awarie zasilania i miejsca pracy, o strach przed ich utratą i trudnej sytuacji pozostawianych w tyle regionów.

 

Niemcy szczególnie boleśnie odczuwają teraz konsekwencje długoletnich wahań i bezczynności w sprawach ochrony klimatu. Od dziesięciu lat emisje CO2 praktycznie nie spadają. Kraj pozwala sobie w tej chwili na przesuwanie celów klimatycznych, które sam sobie postawił – to fatalny sygnał, którego po prostu nie można kontynuować. Ostateczny termin minie najpóźniej w 2030 roku – na gigantyczną przebudowę pozostaje więc tylko niewiele ponad 10 lat.  Jak wszystkie inne kraje, także i Niemcy muszą się wreszcie jasno zdeklarować. Transport należy zelektryfikować, ogrzewanie powinno bazować na energiach odnawialnych, a rolnictwo wytwarzać jak najmniej dwutlenku węgla. Na większości obszarów jak dotychczas nie wydarzyło się niemal nic, poza przygotowaniem całego szeregu mądrych dokumentów strategicznych.

 

Jedynie w sektorze elektrycznym Niemcy wyróżniają się udziałem ponad 30 procent energii odnawialnych. Wzrostu czystej energii nie wyrównuje się w tej chwili jednak wyłączaniem prądu kopalnego. W ten sposób dochodzi do ogromnych nadwyżek prądu, zapychających linie elektroenergetyczne i sprzedawanych za półdarmo sąsiadom. Ta patowa sytuacja jest wynikiem niemieckiego braku zdecydowania: niemiecki system energetyczny to ni pies, ni wydra.

 

Nawet Federalny Trybunał Obrachunkowy wystawia rządowi druzgocącą opinię: Ministerstwo Gospodarki powinno było wydać w minionych pięciu latach 160 miliardów euro na transformację systemu energetycznego – co nijak nie ma się do osiągniętych wyników, jak powiedział prezes Federalnego Trybunału Obrachunkowego Kay Scheller „W tej chwili nie ma żadnego innego osobnego przedsięwzięcia rządu federalnego, który osiągałoby ten finansowy rząd wielkości”.  Zdaniem Schellera istnieje zagrożenie „ryzyka utraty zaufania do zdolności działania rządu”.

 

Brakuje zdecydowanej realizacji programu – pokazują to również liczby Federalnej Agencji ds. Sieci. Na ich podstawie z 7700 kilometrów nowych sieci energetycznych na terenie całych Niemiec pozwolenie otrzymało na dzień dzisiejszy dopiero 1750 kilometrów. Z tego tak naprawdę zbudowano nieco ponad połowę. Bez rozbudowanych sieci transformacja systemu energetycznego nie może się jednak udać. Podczas gdy na północy, jak i w części Niemiec Wschodnich energie odnawialne przeżywają rozkwit i tamtejsi producenci nie są w stanie sprzedać swego prądu, na południu grożą niedobory prądu, gdy odłączy się tam od sieci ostatnie elektrownie jądrowe, a potem również i węglowe.

 

Fakt, że Niemcy już od lat nie są prekursorem w zakresie klimatu, odbija się też fatalnym echem we wspólnocie międzynarodowej: na podstawie indeksu ochrony klimatu Climate Action Networks kraj znajduje się tylko na 27 miejscu spośród 57 krajów przemysłowych i gospodarek wschodzących, daleko za krajami takimi jak Szwecja i Maroko.

 

Złocone wychodzenie z węgla

Kiedy rząd niemiecki w 2011 roku uchwalił wyjście z energii jądrowej, wywołało to ogromne wzburzenie. W końcu jednak kanclerz Angela Merkel udobruchała eksploatatorów miliardowymi odszkodowaniami, a sceptycznie nastawioną do energii atomowej opinię publiczną ambitnym harmonogramem, na podstawie którego do 2022 roku odłączy się od sieci wszystkie elektrownie jądrowe.

 

Osiem lat później Niemcy znalazły się w obliczu kolejnego wielkiego wyjścia w dziedzinie energii. Tym razem chodzi o rodzaj energii posiadającej 200-letnią tradycję: o węgiel. Ponad 30 procent niemieckiego prądu pochodzi z elektrowni węgla brunatnego i kamiennego. Jeżeli zliczyć oba wyjścia, to ponad połowę krajowej produkcji prądu należy w najbliższych dziesięcioleciach całkowicie wymienić, zastępując ją przez energie odnawialne lub import gazu. Jednocześnie trzeba oszczędzać energię – między innymi przy pomocy tzw. inteligentnych sieci oraz inteligentnych liczników, przyczyniających się do bardziej zrównoważonego zużycia prądu.

 

Ponieważ likwidacja szkodliwego dla klimatu węgla dzieli niemiecką opinię publiczną, a za węglem stoją nie tylko przedsiębiorstwa wydobywcze, lecz również związki zawodowe, ponadto dotyka to tradycji partyjnych – przede wszystkim socjaldemokratycznych –  a rząd był w tym temacie głęboko skłócony, zadanie to przeniesiono na gremium społeczeństwa obywatelskiego. W połowie 2018 roku powołano do życia komisję o nazwie „Wzrost, zmiany strukturalne i zatrudnienie”, złożoną z przedstawicieli polityki, gospodarki energetycznej, ruchów ekologicznych, nauki i związków zawodowych.

 

Pod koniec stycznia przedłożyła ona końcowy raport, zalecając rządowi federalnemu harmonogram wyjścia z węgla w sposób nieszkodliwy dla klimatu i kwestii socjalnych: według niego Niemcy mają około 20 lat na to, by w gospodarce energetycznej całkowicie pożegnać się z węglem. I tak nie należy wydawać zezwoleń na nowe elektrownie węglowe oraz rozbudowę kopalni odkrywkowych, i już do 2022 roku zredukować prawie 5000 megawatów węgla brunatnego i 7700 megawatów węgla kamiennego. Do 2030 roku aktywne moce węgla – bez rezerw – mają się zmniejszyć do maksymalnie 9000 megawatów węgla brunatnego i 8000 megawatów węgla kamiennego, a następnie do roku 2038 wyłączyć należy resztę elektrowni. Dla ekologów nie jest to wystarczająco ambitne, również młody ruch „Fridays For Future” domaga się przełożenia wyjścia z węgla na rok 2030.

 

Komisja, jak argumentuje rząd federalny, obradowała jednak demokratycznie i wynegocjowała jako kompromis rok 2038. Tego teraz będzie się trzymać. Aby zrealizować ten cel, rząd pracuje w tej chwili nad ustawą o wyjściu z węgla. Lecz temat węgla pozostaje skomplikowany: rządowi nie uda się prawdopodobnie dotrzymać już pierwszego terminu, ustalonego na koniec kwietnia. Kością niezgody pozostają też środki pomocowe na rzecz zmian strukturalnych. Gdyż państwo zobowiązało się do spłacenia regionów węglowych, których to dotyczy. Ale swój kawałek tortu chciałyby otrzymać nie tylko regiony węgla brunatnego, lecz również landy, w których wydobywa się węgiel kamienny – a na rzecz tego angażują się w szczególności socjaldemokraci.

 

Regiony węglowe skarżą się na migrację ludności ze wsi do miast i „dezindustrializację“. Dlatego w ciągu najbliższych dwudziestu lat na spowodowane przez wyjście z węgla zmiany strukturalne ma popłynąć 140 miliardów euro – z bieżącego budżetu. Przy pierwszym programie szybkiej pomocy, wynoszącym 260 milionów euro, z którym rząd już ruszył, chodzi o działania niemające jeszcze nic wspólnego ani z transformacją systemu energetycznego, ani z wyjściem z węgla, jak na przykład lepsze połączenia internetowe czy budowa dróg i tras kolejowych. Ekolodzy, jak również niektórzy członkowie komisji węglowej, chętnie widzieliby połączenie wsparcia finansowego dla landów węglowych bezpośrednio z sukcesami w zakresie ochrony klimatu.  Ale tak się nie stało. Ekolodzy i Zieloni w Bundestagu obawiają się ponadto, że do kas przedsiębiorstw RWE, Steag czy Leag mogą popłynąć w charakterze odszkodowania miliardy z podatków.

 

Małemu laskowi pod Kolonią, Hambacher Forst, udało się przy tym bądź, co bądź dostać do zaleceń komisji węgla: komisja uważa zachowanie go za „pożądane” i „prosi rządy krajów związkowych o nawiązanie dialogu na temat przesiedleń mieszkańców z osobami, których dotyczy ten problem na miejscu, w celu uniknięcia trudnych sytuacji socjalnych i ekonomicznych”. Mimo to wstrzymanie wycinki lasu obowiązuje jeszcze tylko do 2020 roku. Potem znów mogą ruszyć koparki, rozpoczynając konflikt od nowa.

 

 

nv-author-image

Susanne Götze

dr Susanne Götze, historyczka, dziennikarka, mieszka w Berlinie. O tematyce ochrony klimatu i środowiska pisze dla dzienników i tygodników, m.in. dla Der Spiegel Online, Frankfurter Rundschau, SZ, taz, Zeit, Cicero lub National Geographic. Nalezy do redakcji klimareporter°.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

[give_form id="8322"]

News Alert

Bądź na bieżąco!

Zamawiając bezpłatny newsletter akceptuje Pan/Pani naszą ochronę danych. Wypisanie się z prenumeraty newslettera jest w każdej chwili możliwe.