Unia Europejska powinna traktować Białoruś poważniej

Wywiad z Balázsem Jarábikiem, analitykiem i badaczem Europy Środkowo-Wschodniej

 

Niedawno wziął pan udział w konferencji  Mińskie Forum Dialogu. Na spotkaniu wystąpił między innymi Aleksandr Łukaszenka. Jak pan odczytuje jego udział w wydarzeniu skupiającym międzynarodowych ekspertów i przedstawicieli trzeciego sektora? Jaką wiadomość chciał w ten sposób wysłać zagranicy?

Balázs Jarábik

Balázs Jarábik: Najważniejsze dla mnie to, że wziął udział w konferencji poświęconej społeczeństwu obywatelskiemu. O ile mi wiadomo, nigdy wcześniej czegoś podobnego nie zrobił. Z pewnością wydarzenie to pokazało, jak białoruski reżim zmienia swój stosunek do społeczeństwa. Dzisiaj na Białorusi istnieje kilka ciekawych obszarów, na których rozwija się współpraca, a władza zaczyna rozumieć wartość społeczeństwa obywatelskiego. Z drugiej strony społeczeństwo to postrzega rząd jako interesariusza i zaczyna go wykorzystywać. To diametralna zmiana w stosunku do stanu rzeczy panującego w ciągu ostatnich dwudziestu lat, kiedy to władze uchodziły wyłącznie za wroga. Sądzę, że to dobra zmiana. Kolejny cenny aspekt tej konferencji jest taki, że odbyła się w ojczyźnie Łukaszenki. Z tego powodu wydarzenie to było niemal wszechobecne. Organizatorzy powiedzieli mi, że administracja sfinansowała nawet branding i promocję konferencji, ponieważ wziął w niej udział Łukaszenka. To była oddolna inicjatywa obywatelska, a zatem odsłania się tu wiele interesujących kontekstów.

 

Czy uważa pan, że sytuacja na Ukrainie wpłynęła na zmianę nastawienia białoruskiego reżimu?

 

Z perspektywy bezpieczeństwa w regionie Białoruś w gruncie rzeczy wykorzystuje kryzys ukraiński do zmiany swojego wizerunku w stosunkach z Zachodem. Ma to jednak swoje ograniczenia. Ta zmiana wizerunku, mimo iż doceniana na Zachodzie, jest dość ostrożna, i nie obejmuje systemu sprawowania rządów, który zachowuje swój anachroniczny i represyjny charakter. Najwyraźniej do reform na tym obszarze potrzeba czasu. Władze białoruskie zdają sobie sprawę, że sytuacja na Ukrainie jest szansą na podreperowanie własnego wizerunku. Nie twierdzę, że w tym rebrandingu chodzi tylko o wizerunek, ponieważ kiedy partner handlowy Białorusi numer jeden – Rosja i partner handlowy numer trzy – Ukraina, znajdują się w stanie wojny, taka sytuacja pociąga za sobą bardzo negatywne skutki dla gospodarki. A reżim białoruski zawsze stawiał gospodarkę na pierwszym miejscu. Umowa społeczna opiera się na czynnikach społecznym i gospodarczym oraz na sprawnym sterowaniu gospodarki przez państwo. Dlatego też poprawa bezpieczeństwa w regionie ma realne przełożenie na bezpieczeństwo narodowe.

 

Z Białorusi dochodzi coraz więcej sygnałów, że bezpieczeństwo nie jest już postrzegane w kategoriach zagrożenia ze strony NATO. Jaka jest obecna polityka Białorusi w zakresie bezpieczeństwa i jak się on sytuuje w układzie Zachód-Rosja?

 

Jeśli chodzi o Zachód, to przebieg konferencji był bardzo wymowny. Łukaszenka uczestniczył w dyskusji panelowej z udziałem byłego sekretarza generalnego działającej pod auspicjami Rosji Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym, zastępcą sekretarza generalnego NATO oraz sekretarzem generalnym OBWE. Po wydarzeniach na Ukrainie Białoruś skorygowała swoją doktrynę wojskową, by przygotować się na wypadek wojny hybrydowej. Białoruska konstytucja zakazuje udziału armii w zagranicznych misjach – wyjątek stanowią misje pokojowe pod auspicjami ONZ, w których wojsko białoruskie istotnie uczestniczy. A białoruska doktryna wojskowa została uaktualniona i poszerzona o klauzule uwzględniające groźbę wojny hybrydowej. Nie oznacza to, że doktryna ta wskazuje wyłącznie na Rosję – bądź co bądź państwa te wciąż są sojusznikami i członkami Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym. Z punktu widzenia Białorusi jest równie prawdopodobne, że wojna hybrydowa nadejdzie z Zachodu. Władza uznała rewolucję na Ukrainie jako część trwającego od piętnastu lat spisku Zachodu.

 

Od jakiegoś czasu obecny jest również czynnik rosyjski. Być może pamiętacie kampanię 2009 roku, podczas której ówczesny prezydent Rosji Dmitrij Miedwiediew opublikował nieprzychylne Łukaszence nagranie wideo, albo pierwszą wojnę gazową, jaką w 2014 roku Rosja wytoczyła Białorusi. Tak więc Mińsk podtrzymuje swoje relacje z Rosją, jednocześnie jednak od lat dokonuje się cicha i miękka białorusyfikacja zarówno pod względem języka, jak i tożsamości. Rosja przygląda się temu z niepokojem. Białoruskie służby specjalne prowadzą ćwiczenia nie tylko przy zachodniej granicy, ale także blisko granicy z Rosją. Podczas ćwiczeń wojskowych Zapad 2017 rzucały się w oczy wymowne różnice w zachowaniu Rosji i Białorusi. Strona białoruska była bardziej transparentna i trzymała się standardów międzynarodowych, zupełnie odmiennie od strony rosyjskiej. To kolejna oznaka zmieniającej się postawy Mińska. Białoruś w miarę swoich możliwości stara się być jak najbardziej neutralna.

 

Mówił pan o zmianie stosunku Białorusi do Rosji, ale czy powiedziałby pan, że Europa także wyczuwa zmianę w relacjach z Białorusią? Jednym z prelegentów podczas konferencji był Andrew Wilson, autor książki „Belarus. The Last European Dictatorship” (Białoruś. Ostatnia europejska dyktatura). Czy zgodziłby się pan z opinią, że Zachód wciąż opisuje Białoruś za pomocą starych klisz, pomimo dokonujących się w tym kraju przemian?

 

© istock/200mm

Białoruś to ostatnia dyktatura w Europie, ponieważ jej władze są nieograniczone czasowo, ale od paru lat nie słyszymy za często tego określenia. Niewątpliwie to silny reżim autorytarny i to się nie zmieniło. W kraju tym nie ma wolnych, ani tym bardziej sprawiedliwych, wyborów. Nacisk na społeczeństwo obywatelskie i wszelkie formy opozycji nie ustaje, aczkolwiek stracił nieco na sile. Częściej stosuje się grzywny niż kary więzienia i w chwili obecnej nie ma tu żadnych więźniów politycznych uznanych za takich przez wspólnotę międzynarodową. Arbitralne procesy decyzyjne organów ścigania oraz taktyka więzienia biznesmenów to kolejna forma presji, o której powszechnie mówi się na Białorusi. Mimo iż miejscowi obrońcy praw człowieka twierdzą, że istnieją uznani lokalnie więźniowie polityczni, to nie ma więźniów politycznych uznanych przez wspólnotę międzynarodową, a na Zachodzie stanowi to punkt krytyczny. Summa summarum, podtrzymywanie ostrożnego dialogu pozwala Zachodowi i Białorusi lepiej się poznawać, a to sprzyja ograniczaniu retoryki i rozwijaniu współpracy.

 

Czy to nowe otwarcie w relacjach dwustronnych?

 

Dialog trwa od dłuższego czasu, ale do przełomu wciąż daleko. Przełom w tych relacjach wymagałby od Białorusi uregulowania takich kwestii, jak wolne wybory i prawa człowieka, zmniejszenia szczególnie silnego nadzoru władzy wykonawczej nad sądownictwem jak również decentralizacji władzy. Kilka miesięcy temu prezydent Białorusi otwarcie przyznał, że działania te istotnie należy podjąć, ale pod koniec transformacji, a nie na jej początku. To scenariusz podobny do transformacji hiszpańskiej. Innymi słowy nie sądzę, by Łukaszenka przekazał władzę któremuś ze swoich synów – to raczej naród zadecyduje o przebiegu transformacji w stylu hiszpańskim. Wówczas Łukaszenka odejdzie na polityczną emeryturę, obsadzając się w roli kogoś na kształt „monarchy”. Może dokonać się demokratyzacja, być może będzie jej towarzyszyć decentralizacja. A zatem choć w nastawieniu do Zachodu i stosunkach z nim dokonują się zmiany, to brak zmian systemowych sprawia, że nie ma przełomu.

 

Nie powinno to jednak zniechęcać Unii Europejskiej do większego zaangażowania się w te relacje. Zwłaszcza, że Białoruś jest jedynym krajem sąsiednim na wschodzie, którego stosunki z Unią nie są prawnie uregulowane i który zachowuje integralność terytorialną. Porozumienie o partnerstwie i współpracy między Białorusią i Unią zawieszono w 1996 roku. Pomimo toczącego się od dłuższego czasu dialogu obie strony nie mogą porozumieć się co do nowego modelu relacji, a nawet tak drobnych kwestii technicznych jak uznanie białoruskich paszportów dyplomatycznych. Myślę, że następny ruch należy do Unii Europejskiej, gdyż Białoruś stosuje się do wstępnych porozumień, ale w zamian oczekuje pewnych kroków. Moim zdaniem Unia Europejska powinna traktować Białoruś nieco poważniej. Gdy spoglądamy na poziom finansowania – Białoruś otrzymuje 28 milionów euro rocznie – najlepszym słowem, jakie się nasuwa na opisanie tej kwoty jest określenie „grosze”.

 

Można więc robić znacznie więcej, ale Unia wydaje się zbyt zaabsorbowana Ukrainą i nie za bardzo ma ochotę na intensywne zajmowanie się z Białorusią. Podejrzewam, że po części wynika to z faktu, że Białoruś nie wybrała ścieżki integracji europejskiej, a reżim Łukaszenki ma się całkiem dobrze. W efekcie ani Unia, ani Białoruś nie widzą natychmiastowych politycznych pożytków zacieśniania relacji i to stanowi zapewne największą przeszkodę. Dialog jest podtrzymywany, lecz trudno o porozumienie i konsensus. Białorusini myślą: „tak wiele dla was zrobiliśmy”, a w tym czasie kraje europejskie, jak Niemcy, wciąż blokują oficjalne białoruskie paszporty. W krajach Partnerstwa Wschodniego taki stan rzeczy nie jest normą, toteż Białoruś może twierdzić, że Unia stosuje podwójne standardy.

 

Przeszło rok temu wszedł w życie dekret o swobodnym kilkudniowym bezwizowym wjeździe obywateli Unii Europejskiej na teren Białorusi. Czy pana zdaniem polityka ta przyniosła jakieś realne zmiany czy też stanowi kolejny element w grze toczonej przez Łukaszenkę?

 

To był pewien przełom. Białorusini zrobili coś, co nie zostało odwzajemnione przez Unię Europejską. I zrobili to nie tylko w stosunku do Unii. Decyzje te miały pomóc branży turystycznej. Były dla Białorusi ważnym krokiem na rzecz przerwania izolacji. Pierwsze tego oznaki były widoczne w 2012 roku, kiedy gościli mistrzostwa świata w hokeju, które okazały się sukcesem całego kraju. Kolejnym sygnałem było uświadomienie sobie przez Mińsk, że na Zachodzie nie istnieje strategia obalenia reżimu. Choć Unia porzuciła ją w 2006 roku, to w Mińsku przekonanie o jej istnieniu pozostało silne, przede wszystkim za sprawą retoryki i wpływów siłowików (przedstawiciele siłowych resortów). Po doświadczeniach pomarańczowej rewolucji na Ukrainie Unia zrozumiała, że lepiej rozmawiać z władzami niż wspierać coś, co niekoniecznie przyniesie zmiany, w które chcieliśmy wierzyć. Po Euromajdanie i kryzysie ukraińskim wszystko to ukazało się w zupełnie innym kontekście, gdyż Rosja postanowiła uciec się do użycia broni.

 

Czy Białoruś wychodzi z samoizolacji i otwiera się na świat?

 

Zmiana wizerunku, w parze z kwestią bezpieczeństwa w regionie i wysiłkami na rzecz rozwiązania kryzysu ukraińskiego, to czynniki sprzyjające takim działaniom. Dostrzegam również, że rzecznikiem otwarcia jest zreformowane ministerstwo spraw zagranicznych, choć widać gołym okiem, że nie jest to priorytet resortów siłowych. Poza tym władze przyzwyczaiły się do tego, że w kraju natychmiast otrzymują to, czego sobie życzą, tymczasem przyciąganie inwestorów i turystów może okazać się niełatwe. Mogą sfrustrować się tym, że potrzeba sporo czasu, by zmienić wizerunek, by napłynęli turyści, by poprawiły się warunki prowadzenia biznesu. Władza wciąż jest tu wszechobecna, aczkolwiek widoczne są oznaki liberalizacji. Pytanie jednak, jak długo będzie w stanie trwać przy takiej postawie?

 

Unia Europejska ma do czynienia partnerem z autorytarnym, lecz sprawnie zarządzającym swoim krajem, zwłaszcza w porównaniu z Ukrainą i Mołdawią. Z rządem białoruskim trudno się porozumieć w jakiejkolwiek kwestii, ale kiedy już dochodzi do porozumienia, państwo wywiązuje się ze swoich zobowiązań. Porównajmy to z Ukrainą, gdzie pada wiele obietnic, ale mniej konkretów. Głównym celem Partnerstwa Wschodniego jest tworzenie stabilności w regionie. Mamy więc stabilną autorytarną Białoruś i demokratyczną, ale niestabilną Ukrainę. Unia Europejska postanawia wspierać Ukrainę pieniędzmi, narzędziami i zaangażowaniem. Nikt w Unii Europejskiej, w tym ja sam, nie powinien łudzić się, że rząd białoruski rezygnuje z pełnej kontroli. Ale władzy trudniej będzie uzasadniać represjonowanie własnych obywateli, zwłaszcza jeśli podejmuje reformy, których koszt częściowo przerzuca na obywateli. Powodem podejmowanych w ostatnim czasie przemian jest to, że umowa społeczna, która niewątpliwie istnieje na Białorusi, gwarantuje obywatelom pożądane przez nich usługi, nawet jeśli nie ma demokracji. Zwykle obywatele nad demokrację przedkładają bezpieczeństwo socjalne, służbę zdrowia i edukację. Upadek rosyjskiej gospodarki wywarł także wpływ na Białoruś, której rynki od niej zależą, a Rosja nie dostarcza już tylu subsydiów jak dawniej. Rząd przestał dawać większą wolność w zamian za mniejsze korzyści ekonomiczne i stał się bardzo czuły na punkcie opinii publicznej.  Myślę, że czeka nas powolne, stopniowe przechodzenie w kierunku myślenia, reguł i rządzenia opartych na rynku. Długa terapia bez szoku.

 

Z Balázsem Jarábikiem rozmawiali Iwona Reichardt i Daniel Gleichgewicht (New Eastern Europe).

Przetłumaczył Justyn Hunia

 

Balázs Jarábik, analityk i badacz Europy Środkowej i Wschodniej, ze szczególnym uwzględnieniem Ukrainy. Współpracuje z  Carnegie Endowment for International Peace.

 

nv-author-image

Rozmowa New Eastern Europe

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

[give_form id="8322"]