Niezależność energetyczna powinna być priorytetem

Od uzyskania niepodległości Białoruś nie zdołała przezwyciężyć całkowitego uzależnienia od rosyjskich dostaw energii. Budowa białoruskiej elektrowni atomowej zależność tę pogłębi.

 

Powszechnie wiadomo, że Białoruś kupuje ropę naftową od Rosji i że jak dotąd nieźle na tym zarabia. Rosyjską ropę importuje bez jakichkolwiek ceł, a eksportując wyprodukowane przez siebie produkty ropopochodne, generuje wpływy z ceł eksportowych, które zasilają budżet państwa. Przed 2015 rokiem Białoruś przekazywała dochody z tych ceł do budżetu rosyjskiego, jednak po ogłoszeniu przez Federację Rosyjską „manewru podatkowego” w 2015 roku Mińsk zażądał rekompensaty za jego koszty, głównie wynikające z ratyfikowania traktatu o utworzeniu Euroazjatyckiej Unii Gospodarczej (EUG). W rezultacie Moskwa zgodziła się na przekazywanie ceł eksportowych uzyskiwanych z produktów ropopochodnych bezpośrednio do białoruskiego budżetu do 2024 roku.

 

W ten sposób Rosja pośrednio subsydiuje Białoruś. Według Banku Światowego w 2016 roku rosyjskie subsydia energetyczne na rzecz Białorusi stanowiły pięć procent jej produktu krajowego brutto. W 2015 roku dotacje te sięgnęły 7,6 %. Dochody czerpane przez Białoruś z rosyjskiej ropy zmalały z powodu spadku cen ropy, lecz w 2017 roku udział rosyjskich subwencji energetycznych znów wzrósł do 4,5 %.

 

Pierietamożka

Dwie białoruskie rafinerie są zdolne przetworzyć dwadzieścia cztery miliony ton ropy, tymczasem zgodnie z dwustronnymi porozumieniami w 2017 i 2018 roku państwowe rafinerie Naftan i Mozyr Oil przetworzą jedynie osiemnaście milionów ton. Rosja zgodziła się dostarczyć Białorusi pozostałe sześć milionów ton w ramach reeksportu (pierietamożka) – innymi słowy, białoruski budżet zainkasuje wpływy z ceł eksportowych na produkty ropopochodne. To efekt wspomnianych porozumień między Białorusią i Rosją.

 

Pierietamożka to dla Białorusi dobry interes. Ponieważ cła z tytułu eksportu ropy są wyższe niż cła z eksportu produktów ropopochodnych, mechanizm ten przyniesie białoruskiemu budżetowi  dodatkowe wpływy. Szacuje się, że w 2017 roku przychody z reeksportu ropy w planie finansowym dla Białorusi sięgnęły 585,2 milionów dolarów (przy średniej cenie ropy naftowej Urals  wynoszącej 53,03 dolarów za baryłkę). Ponadto Białoruś zasila swój budżet wszystkimi cłami z eksportu produktów ropopochodnych: w 2015 roku uzyskana w ten sposób kwota wyniosła 1,27 miliarda dolarów; w 2016 roku – 550 milionów, a w rok później przeszło 600 milionów dolarów

 

W 2017 roku białoruski budżet po stronie przychodów odnotował 486,5 miliona dolarów z ceł na produkty ropopochodne. Te wyliczenia rządu białoruskiego opierały się na cenie 43 dolarów za baryłkę ropy. Eksperci przewidują, że średnia roczna cena ropy w 2018 roku będzie kształtować się w przedziale 65-70 dolarów za baryłkę. W takim układzie w 2018 roku reeksport rosyjskiej ropy oraz cła eksportowe na produkty  ropopochodne zasilą budżet Białorusi kwotą 1,5 miliarda dolarów. Należy też zauważyć, że Białoruś eksportuje do Niemiec własną ropę (1,64 miliona ton rocznie) i odprowadza cła do własnego budżetu (co także jest przedmiotem porozumienia z Rosją). Dzięki cłom na ropę naftową w tym roku Białoruś spłaci połowę swojego zadłużenia zagranicznego (w 2018 roku dług państwowy Białorusi obliczano na 3,7 miliarda dolarów), przy czym pierwotnie zakładano, że z tego źródła państwo to spłaci jedynie około dwudziestu pięciu procent swojego zagranicznego długu publicznego.

 

„Manewr podatkowy” jest jednak poważnym wyzwaniem dla białoruskiego budżetu i rodzimej branży rafineryjnej. Bądź co bądź różnica między cłami eksportowymi na ropę i produkty ropopochodne była i pozostaje motorem rozwoju białoruskiej branży przetwórstwa ropy naftowej i ważnym źródłem dochodów budżetu. Pod koniec kwietnia bieżącego roku prezydent Rosji Władimir Putin zatwierdził mechanizm manewru podatkowego w przemyśle naftowym do 2024 roku. Zakłada on, że w Rosji stawka podatkowa od eksportu ropy i produktów ropopochodnych osiągnie poziom zerowy, jednocześnie jednak wzrośnie podatek od wydobycia kopalin (MET), co wywoła wzrost cen ropy naftowej w skali globalnej. Rosjanie chcą obniżać podatek eksportowy o pięć punktów procentowych rocznie w ciągu najbliższych sześciu lat, tak by w 2024 roku osiągnął poziom zerowy, jednocześnie proporcjonalnie podnosząc podatek od wydobycia surowców mineralnych. W tym przypadku oferowana Białorusi cena ropy naftowej będzie maksymalnie zbliżona do ceny rynkowej (W chwili obecnej Białoruś kupuje ropę od Rosji po cenie stanowiącej osiemdziesiąt procent ceny rynkowej). W efekcie Białoruś utraci rosyjskie subsydia naftowe, co według szacunków białoruskiego ministerstwa finansów może wywołać spadek przychodów budżetowych nawet o 3,8 % produktu krajowego brutto.

 

Walcząc z zależnością

By uniknąć bankructwa w tych nowych realiach, białoruskie rafinerie do 2024 roku muszą przyspieszyć modernizację i zwiększyć wydajność przerobu ropy. W chwili obecnej rząd planuje zakończenie modernizacji rafinerii naftowych w 2019 roku, dzięki czemu już w 2020 roku osiągną one swoją pełną zdolność przetwórczą kształtującą się na poziomie 24 milionów ton. Koszt projektu modernizacji rafinerii w Mozyrzu szacuje się na 1,75 miliarda dolarów, z kolei unowocześnienie rafinerii Naftan pochłonie 1,64 miliarda. W chwili obecnej ich zdolności przetwórcze wykorzystywane są w 85 procentach i aby dokończyć modernizację, każda z nich musi zainwestować dodatkowe 400 milionów dolarów.  Zakończenie wdrażanego programu zbliży białoruskie rafinerie do zakładów europejskich pod względem poziomu zaawansowania technologicznego. Co oznacza, że będą mogły przetwarzać więcej drogiej ropy i potencjalnie zachowywać konkurencyjność na rynku światowym.

 

Władze białoruskie wielokrotnie próbowały uwolnić się od rosyjskiego monopolu na dostawy ropy. Próby takie podejmowano za każdym razem, kiedy między obu krajami dochodziło do konfliktów. W 2006 roku w obliczu pogarszających się stosunków dwustronnych prezydent Białorusi Aleksandr Łukaszenka zaproponował prezydentowi Azerbejdżanu Ilhamowi Alijewowi możliwość dostarczania na Białoruś ropy. Eksperci zauważyli że wysyłanie ropy naftowej z Azerbejdżanu jest technicznie możliwe pod warunkiem skonstruowania kilku „mostów” między białoruskimi odcinkami rurociągu „Przyjaźń” i ukraińskiego rurociągu Odessa-Brody. Zainteresowanie projektem wyraziła również Litwa, w ten sposób bowiem surowiec z pól naftowych Morza Kaspijskiego i Czarnego mógłby trafiać do odbiorców w państwach bałtyckich.

 

W 2007 roku trudności w negocjacjach z Rosją na temat dostaw ropy zmusiły władze białoruskie do wznowienia poszukiwań alternatywnych źródeł zaopatrzenia w ropę. Białoruś omawiała tego typu koncepcje z Wenezuelą, Iranem i ponownie z Azerbejdżanem. W owym czasie rozważano możliwość sprowadzania ropy z Iranu przez port w Jużnem (Ukraina) oraz dostarczania wenezuelskiej ropy przez łotewski port Ventspils do rafinerii Naftan. Strona białoruska nie podjęła jednak żadnych konkretnych działań na rzecz realizacji tych projektów.

 

Kiedy w 2010 roku rozgorzał kolejny konflikt z Rosją, władze białoruskie dzięki nadzwyczajnym stosunkom z Hugo Chavezem zdołały szybko zorganizować alternatywne dostawy ropy – najpierw z Wenezueli, a następnie, ze względów logistycznych, z Azerbejdżanu (w drodze transakcji swap). I choć Białoruś ogłosiła plan pozyskiwania czterech milionów ton ropy rocznie ze źródeł alternatywnych, do miejscowych rafinerii trafiło niewiele ponad milion ton surowca. A kiedy konflikt z Rosją zażegnano, inne źródła dostaw stały się zbyteczne.

 

W 2016 roku, w chwili, gdy spór z Rosją osiągnął największe natężenie, Łukaszenka znów postanowił szukać alternatywnych dostawców ropy naftowej, lecz tym razem do Białorusi dotarły jedynie dwa irańskie tankowce (każdy z ładunkiem 86 tysięcy ton surowca). Ugoda z Rosją osłabiła zapał do poszukiwania alternatywnych dostawców ropy. Prawdziwa potrzeba alternatywnych źródeł zaopatrzenia w ten surowiec może pojawić się wówczas, gdy Rosja zrealizuje wspomniany „manewr podatkowy” w przemyśle naftowym, a białoruskie rafinerie doprowadzą do końca gruntowną modernizację i staną się potencjalnie zdolne do zyskownego przetwarzania ropy.

 

W grudniu 2016 roku Koleje Rosyjskie  (RZD) nasiliły „walkę” o eksport białoruskich produktów ropopochodnych, udzielając dostawom kierowanym do portów rosyjskich dwudziestopięcioprocentowego rabatu na cła. Nie przyniosło to jednak spodziewanego skutku. W marcu 2017 roku bonifikatę tę zwiększono do pięćdziesięciu procent, lecz dla Białorusinów zachęta ta wciąż była niewystarczająca. W sierpniu 2017 prezes Kolei Rosyjskich Oleg Biełozierow poskarżył się Putinowi, że pomimo rosyjskich rabatów Białorusini stosują tranzyt przez państwa bałtyckie. Putin zareagował nadspodziewanie ostro: zaproponował zaoferowanie „pakietu” dostaw rosyjskiej ropy na Białoruś z wykorzystaniem rosyjskiej infrastruktury transportowej i portowej. Następnie rosyjscy urzędnicy dość agresywnie negocjowali z Białorusinami warunki dostaw ropy w 2018 roku, lecz ci drudzy zdołali obronić swoje interesy. W protokole spotkania odnotowano, że „w sprzyjających warunkach ekonomicznych strona białoruska może wysyłać do portu Ust-Ługa do miliona ton produktów ropopochodnych”. Jest jednak mało prawdopodobne, by w 2018 roku udało się dostarczyć tam takie ilości. Według doniesień jak dotąd Białoruś zrealizowała zaledwie jedną dostawę produktów naftowych o wielkości pięćdziesięciu tysięcy ton.

 

W tej chwili Moskwa nie naciska zbyt mocno na swojego sojusznika, by ten wbrew logice ekonomicznej zaprzestał korzystania z portów państw bałtyckich. Nie wiadomo jednak, jak Kreml zachowa się w przyszłości. Do niedawna białoruski przemysł naftowy uważał kupno bądź dzierżawę terminalu naftowego w Rydze za inwestycję o znaczeniu strategicznym. Z jednej strony taka decyzja mogłaby stać się dla Mińska „zabezpieczeniem” przed dyktatem administracyjnym Rosji. Z drugiej jest rzeczą oczywistą, że takie rozwiązanie wywołałoby rozdrażnienie Moskwy.

 

W stronę energetyki jądrowej

W 2005 roku władze białoruskie ogłosiły decyzję o budowie elektrowni jądrowej, pomimo braku konsultacji społecznych. Konieczność tak szeroko zakrojonego przedsięwzięcia tłumaczono katastrofalną zależnością od Rosji w zakresie potrzeb energetycznych. Podawano takie argumenty: Białoruś rocznie kupuje od Rosji 20-22 miliardy metrów sześciennych gazu ziemnego, a około 95 procent białoruskiej energii elektrycznej jest wytwarzane z gazu ziemnego. Z tego powodu wzrost ceny gazu ziemnego stanowi bezpośrednie zagrożenie dla bezpieczeństwa energetycznego Białorusi. Białoruscy naukowcy zwrócili uwagę, że produkcja elektryczności z paliwa jądrowego jest dwa razy tańsza niż z gazu, a elektrownia jądrowa może zastąpić 2-2,4 miliarda metrów sześciennych gazu rocznie.

 

© Uladzimir Kalada

W owym czasie Łukaszenka ogłosił, że planowaną elektrownię jądrową zbuduje „zwycięzca międzynarodowego przetargu”. Wśród oferentów znalazł się rosyjski Atomstroyexport, francusko-niemiecki koncern Areva, oraz amerykańsko-japońskie konsorcjum Westinghouse-Toshiba. Mimo to było wiadomo, że Białoruś nie powierzy tej inwestycji żadnej firmie spoza Rosji, zwłaszcza że żadne państwo z wyjątkiem Rosji nie byłoby w stanie zaoferować Mińskowi pożyczkę na pokrycie stu procent inwestycji (chodzi o dziesięć miliardów dolarów). Białoruś miała zacząć spłacać pożyczkę sześć miesięcy po podpisaniu umowy, ale nie później niż 1 kwietnia 2021 roku. Spłatę rozbito na trzydzieści równych rat uiszczanych co sześć miesięcy, co łącznie dawało okres 25 lat.

 

Wobec szybkiego wzrostu zadłużenia zagranicznego Białorusi spłata rosyjskiej pożyczki na tak szeroko zakrojoną inwestycję jest wielką niewiadomą. W związku z tym wielu ekspertów wątpi, czy Białoruś zdoła zachować własność elektrowni. Przygotowując studium wykonalności na budowę tej elektrowni jądrowej, lobbyści prognozowali, że krajowa konsumpcja energii w 2020 roku osiągnie 47 miliardów kilowatogodzin, w czym grubo się przeliczyli. W ostatnich latach zużycie prądu na Białorusi nie wzrastało i pozostaje na poziomie 36-37 miliardów kWh.

 

Wygląda jednak na to, że dwa białoruskie reaktory jądrowe zostaną oddane do użytku do końca 2020 roku. Początkowo będą produkować 18 miliardów kilowatogodzin energii rocznie – to mniej więcej połowa obecnego zużycia energii w kraju. Rząd ma nadzieję, że kiedy elektrownia jądrowa zostanie oddana do użytku, zużycie energii wzrośnie – co najmniej do 39,9 miliardów kWh rocznie (choć nie ma co do tego pewności). W zamyśle budowa elektrowni jądrowej ma też umożliwiać eksport elektryczności, lecz istnieje tylko jedna linia przesyłowa, którą Białoruś mogłaby dostarczać elektryczność do Europy – linia ta biegnie w kierunku Litwy. Tymczasem Litwa kategorycznie odmawia kupowania  elektryczności od Białorusi, gdyż uważa budowę tej elektrowni atomowej za bardzo niebezpieczną. Do Polski nie wiedzie żadna linia przesyłowa tego typu – gdyby Polacy zgodzili się importować białoruską energię elektryczną, trzeba by było taką zbudować. Lecz Polska deklaruje, że nie widzi potrzeby importowania energii z Białorusi.

 

Wymiana za tani gaz

Białoruś ma za to szansę zaopatrywać w elektryczność kraje Euroazjatyckiej Unii Gospodarczej. Byłoby to jednak możliwe tylko wówczas, gdyby udało się obniżyć cenę rosyjskiego gazu. Dla Białorusi dostawy gazu zostały uzgodnione do 2019 roku. W myśl porozumień z Rosją w 2018 roku Białoruś płaci za rosyjski gaz niezależnie od warunków na rynku naftowym i gazowym. Do lipca 2019 roku Białoruś i Rosja powinny przygotować porozumienie wstępne przewidujące sposób ustalania ceny gazu dla Białorusi na lata 2020-2024. Białoruskie władze mają nadzieję, że będą płacić za importowany gaz tyle samo co rosyjscy konsumenci w obwodzie smoleńskim. Dziś płacą dwa razy więcej.

 

Różnice w cenie gazu w Rosji i na Białorusi stanowią poważną przeszkodę w utworzeniu ujednoliconego rynku energii elektrycznej w krajach EUG, który ma obowiązywać od lipca 2019 roku. Białoruś nie storpeduje utworzenia wspólnego rynku energii elektrycznej, ale jeśli nie uzyska właściwej ceny za gaz z Rosji, może dążyć do opóźnienia jego wprowadzania. Czas pokaże, czy władze białoruskie zdołają odnieść kolejne zwycięstwo taktyczne w tej ważkiej kwestii.  Zarazem warto zaznaczyć, że sześć lat temu system przesyłu gazu sprzedano w całości rosyjskiemu Gazpromowi, w wyniku czego Mińsk nie ma żadnych innych możliwości sprowadzania do kraju gazu ziemnego.

 

 

przetłumaczył Justyn Hunia

 

 

nv-author-image

Tatiana Manenok

Dziennikarka i komentatorka specjalizująca się w energetyce, przemyśle naftowym i prywatyzacji. Ekspert w internetowym portalu Belnyrok, często współpracuje z białoruską sekcją Radia Wolna Europa.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

[give_form id="8322"]