Nic się nie stanie w Orbanistanie?

Wywodzący się gdzieś ze stepów Azji Węgrzy najwyraźniej wracają do korzeni. W wyborach parlamentarnych 8 kwietnia br. zatwierdzili Wodza, a kraj z powodzeniem mógłby zostać przemianowany, niczym poradzieckie republiki środkowoazjatyckie, w Orbanistan. Albowiem zatwierdzony po raz trzeci z kolei, a czwarty w ogóle, przywódca państwa może teraz z łatwością, powołując się na szeroki i demokratyczny mandat, stosować znaną francuską maksymę: „państwo to ja”.

 

Owszem, można protestować, jak partie opozycyjne, a potem wielkie tłumy na Placu Kossutha, przed parlamentem, w tydzień po wyborach, czy wskazywać na machinacje wyborcze lub uchybienia, co zrobiła tuż po elekcji misja obserwacyjna OBWE, ale wynik jest oczywisty: Węgrzy masowo – frekwencja przekroczyła 70 proc. – opowiedzieli się za status quo, chcą tego Wodza i tego przywództwa.

 

Zajęcie Ojczyzny

Co się stało i dlaczego tak się dzieje? W istotę rzeczy trafił wywodzący się z Węgier a mieszkający w Austrii Paul Lendvai, którego biografii Viktora Orbána nadano na Węgrzech trafny tytuł: „Nowe zajęcie Ojczyzny” (Új honfoglalás). W terminologii fachowej nazywa się to state capture, czyli przejęciem, lub nawet zawłaszczeniem mechanizmów i instytucji państwa przez jednostkę czy wąską grupę.

 

W tym przypadku, jak się wydaje, mamy do czynienia z przejęciem pełnym i perfekcyjnym, nie tylko politycznym czy gospodarczym, ale też, by tak, ująć, mentalnym. Albowiem Viktor Orbán i stojąca za nim „partia, która stoi i klaszcze” – wodzowi (Péter Tölgyessy) dobrze zdefiniowała węgierskie lęki i obawy. Oparła kampanię wyborczą na dwóch zaledwie filarach: niechęci do przyjmowania uchodźców, szczególnie tych w muzułmańskim wydaniu, a także opozycji wobec „skrajnego liberalizmu” ucieleśnionego przez pochodzącego z Węgier, mającego żydowskie korzenie (co też nie jest bez znaczenia) George’a Sorosa (jak też, założonego przezeń Uniwersytetu Środkowoeuropejskiego). To tego “spekulanta”, jak stale stygmatyzują go rządowe media, wskazano jako głównego wroga, obok – malowanych w równie ciemnych barwach – migrantów.

 

Uzyskana po raz kolejny konstytucyjna większość dowodzi, że doskonale znający węgierską prowincję, bo z niej się wywodzący, Viktor Orbán znowu znakomicie odczytał węgierskie traumy i niepokoje. Węgrzy nie chcą u siebie „obcych” (sondaże wykazują, że ok. 80 proc. społeczeństwa opowiada się przeciwko przyjmowaniu migrantów) i „rozlazłych wartości”, cokolwiek miałyby one znaczyć. Ma być tradycyjnie i jak Pan Bóg przykazał.

© istock/BalkansCat

 

Słaba opozycja

Nie trafił natomiast zupełnie do masowego elektoratu przekaz głównej partii opozycyjnej, Jobbiku i stojącego za nią miliardera, a kiedyś najbliższego przyjaciela Orbána, Lajosa Simicski, zgodnie z którą sam Orbán, jego najbliżsi z Fideszu są do szpiku kości skorumpowani. Kolejne mocne „bomby”, rzucane niemal do ostatniego dnia kampanii, nie poruszyły elektoratu. W efekcie szef Jobbiku Gábor Vona tuż po ogłoszeniu wyników zrezygnował z funkcji szefa partii, a potem jeszcze – co rzadkie – nawet z mandatu poselskiego, a Lajos Simicska dwa dni po wyborach zamknął swoje imperium medialne, w tym cieszący się długą tradycją jeden z najważniejszych dzienników „Magyar Nemzet”, wraz z towarzyszącym mu portalem. Do dymisji – i słusznie – podało się też całe kierownictwo Węgierskiej Partii Socjalistycznej, bowiem uzyskała ona najgorszy wynik od 1990 roku i upadku poprzedniego systemu.

 

Opozycja poniosła klęskę, której się nie spodziewała, szczególnie po zaskakującym wyniku w wyborach uzupełniających w miejscowości Hódmezővásárhely, gdy niespodziewanie pokonała kandydata Fideszu, na dodatek w mateczniku „drugiej osoby w państwie”, czyli wszechmocnego szefa Kancelarii premiera Jánosa Lázára. Wygrała, bo się zjednoczyła. Czego jednak nie była w stanie zrobić przed wyborami ogólnokrajowymi, niemal do końca zajmując się sobą i sporami o miejsca i mandaty, za co słusznie została ukarana.

 

Nie przedstawiła też, co gorsza, żadnej alternatywy programowej. Jedynie Jobbik miał jasne, antykorupcyjne przesłanie, które jednak nie wystarczyło – może dlatego, że Lajos Simicska nie jest jednak postacią krystaliczną i jednoznaczną: on też najpierw dorobił się grubych pieniędzy, a potem z nimi walczył – u innych. Pozostali żadnego poważnego programu nie przedstawili, a hasła proeuropejskie, też zresztą niezbyt mocno wyrażane, nie stanowiły siły mobilizującej. Najgorsze zaś, w oczach wyborców, było to, że żadna z tych partii nie zdecydowała się zmierzyć wprost z dwoma, wymienionymi wyżej, kwestiami zaproponowanymi przez Orbána – nikt nie podjął rzeczowej debaty w kwestii migrantów, jak też nie zajął wyrazistego stanowiska w obronie wartości liberalnych.

 

Fidesz wygrał – słabością swoich rywali. Ale Fideszu nie ma, to każdy na Węgrzech wie, bez Viktora Orbána, któremu przecież na ostatnim, przedwyborczym zjeździe partii jesienią ub.r. nadano mandat na przedłużenie funkcji premiera jednogłośnie. Ta partia doskonale wie, że jest uzależniona od Wodza i jego programu, także egzystencjalnie, bo przejęła wszelkie możliwe instytucje w państwie, włącznie z samorządowymi, i czerpie z tego należyte profity. Jej elektorat – szacowany na jakieś 2 mln osób – jest więc zdyscyplinowany i na pewno pójdzie do każdych wyborów, bo walczy o swoje.

 

Nie dziwi też głosowanie Węgrów zamieszkałych poza granicami kraju, szczególnie tych w krajach ościennych, którym nadano prawa wyborcze – i możliwość przesyłania głosów pocztą, którego to przywileju nie nadano Węgrom w krajach zachodnich, toteż ci ostatni musieli stać godzinami w długich kolejkach. Ta pierwsza diaspora odpowiedziała na gest władz tak jak poprzednio, w ok. 95 proc. głosowała na Fidesz. A w najbliższym czasie, jak można przewidywać, stanie za nim murem jeszcze mocnej, bo 4 czerwca 2020 roku przypada setna rocznica traktatu z Trianon, który Viktor Orbán już wielokrotnie określił mianem „dyktatu” ze strony wielkich  mocarstw. Jest więcej niż pewne, że po tę kartę sięgnie w najbliższym czasie.

 

Homo orbanicus

Wybory parlamentarne 2018 przejdą do historii nie tylko wysoką, najwyższą po 1990 roku frekwencją wyborczą, ale przede wszystkim tym, że najwyraźniej odtworzyły stary, ponad stuletni podział na úrbánusok és népiesek, na miejskich i wiejskich. Albowiem Fidesz, poza jednym, jedynym Szegedem na samym południu kraju wygrał dosłownie we wszystkich okręgach indywidualnych, a opozycja sięgnęła po te mandaty jedynie w Budapeszcie, co tylko podnosi stawkę nadchodzących, jesiennych wyborów samorządowych – czy uda się jej odzyskać stolicę z rąk Fideszu?

 

To jest pytanie – i wyzwanie – na najbliższą przyszłość, natomiast na porządku dnia stoi inna kwestia: czy nie odtworzył się przypadkiem inny fenomen znany z węgierskiej historii, tej najnowszej. Pamiętamy bowiem jak to János Kádár, człowiek, który wjechał do węgierskiej stolicy na sowieckim tanku, znienawidzony tyran, na dodatek jeszcze dysponent woli Kremla, powoli ale skutecznie przekonał węgierski lud – elity mało tu miały do gadania – że jego rządy są właściwe i skuteczne jak na okoliczności: ja rządzę, wypełniam polecenia Kremla, daję wam wikt i opierunek, nawet działkę i trabanta, taką małą stabilizację i szansę powolnego rozwoju, pod warunkiem jednak, że wy się nie wtrącacie (do polityki), siedzicie cicho, robicie swoje, budując swoją małą szczęśliwość. Tak narodził się fenomen zwany częstokroć „gulaszowym komunizmem”, który stworzył jednak specyficzny rys na charakterze i typ człowieka homo kadaricus, działającego na jednej podstawowej zasadzie: nie wychylać się!

 

Viktor Orbán 8..4.2018 © Elekes Andor, Eredményváró – Bálna, 2018.04.08 (5), farblich bearbeitet von DIALOG FORUM, CC BY-SA 4.0

Viktor Orbán, człowiek z prowincji, od początku błyskotliwej kariery mający kompleks stołecznych elit, sięga po podobne instrumentarium, oczywiście uwzględniając zmienione okoliczności. Nie raz powtarzał, że dzieli całą społeczność na naród i elity – i gra na ten pierwszy, bowiem te drugie, z natury rzeczy wąskie, można albo przestraszyć, albo kupić, albo zignorować. To dlatego, gdy doszedł do niepodzielnej władzy wiosną 2010 roku powołał w gabinecie specyficzną postać, Árpáda Habony’a, którego zadaniem było nic innego, jak wysłuchiwanie w pubach i restauracjach, przysłowiowych kocsma, co nurtuje lud, by do jego oczekiwań dostosowywać politykę. Oto perfekcyjna definicja populizmu! A że Habony już po kocsmach nie chodzi, bo tak się wzbogacił? No cóż, nie on jeden.

 

Vox populi, vox Dei – ta formuła przytoczona niedawno dosłownie przez Jarosława Kaczyńskiego – od dawna, choć nie wypowiedziana, przyświeca rządom Viktora Orbána. Ich efektem – jak zdają się wskazywać wyniki ostatnich wyborów – jest wyłonienie się na węgierskiej prowincji, bo nie w stolicy i tym bardziej nie w niezadowolonych elitach, swego rodzaju homo orbanicus, któremu podoba się to, że ma silnego Wodza, który paktuje z wielkimi, Angelą Merkel, Władmirem Putinem, czy nawet z Chińczykami (szkoda, że nie z Donaldem Trumpem, ale i bez tego da się żyć), potrafi się postawić wielkim zachodnim instytucjom, jak IMF, Komisja Europejska, Komisja Wenecka, czy chociażby OBWE, nie pozwoli na ich dyktat. Ale przede wszystkim jest Dobrym Ojczulkiem, dba o naród i jego kiesę (przed wyborami trochę dochody podwyższono nawet emerytom), wie, co to tradycja i chrześcijańskie wartości (sam ma przecież aż piątkę dzieci, a że jedyny zięć, István Tiborcz, ma jakieś kłopoty, bo za szybko się dorobił, to kwestia władzy, a mniej pieniądza), obroni nas przed migrantami i innymi wrogimi zakusami.

 

Odpływ

Masowy wyborca udowodnił, że nie przyjmuje tezy byłego ministra oświaty w poprzednich rządach Bálinta Magyara, jakoby na Węgrzech powstało „pokomunistyczne państwo mafijne” i rządziła jakaś Ośmiornica. Wręcz przeciwnie, uważa, że to co Boskie jest należne Bogu lub Cesarzowi, a lud ma swoje troski i zobowiązania. Korupcyjne powiązania i przekręty w rządzącej elicie są udowodnione na dziesiątki, a nawet setki sposobów: przez imperium medialne Simicski, przez ceniony portal (po węgiersku) atlatszo.hu (chodzi o przejrzystość), czy nieżyjącą już dziennikarkę dochodzeniową Krisztinę Ferenczi. Ich symbolami stała się rodzinna miejscowość Orbana, Felcsút (1 700 mieszkańców, za to kryty stadion piłkarski) oraz jej dawny sołtys, dzisiaj burmistrz, a zarazem jeden z najbogatszych ludzi w kraju, Lőrincz Mészáros, który z prostego inkasenta gazowego zamienił się w prawdziwego potentata biznesowego. W każdym innym kraju taki rząd i takie władze przegrałyby wybory.  Jednakże homo orbanicus jest przekonany, że taki właśnie jest porządek rzeczy, i dopóki jemu jest – w miarę – dobrze, nie zamierza nic zmieniać. A – wąskie, pamiętajmy – elity niech sobie protestują… Problem tylko w tym, że coraz więcej na tych manifestacjach młodzieży…

 

Reżim Viktora Orbána, zwany już przez niego samego, nie tylko Fareeda Zakarię, „demokracją nieliberalną” i definiowany na dziesiątki innych sposobów, jako fasadowa demokracja, demokracja pretoriańska (Lászlo Lengyel), półautorytaryzm (Paul Lendvai), „demokratura” (Áttila Ágh), czy po prostu „system Orbána”, polegający na bezwzględnej dominacji silnej egzekutywy, a w niej jeszcze silniejszego lidera, nie ma już nic wspólnego z przyjętym po 1990 roku, także przez Orbána, wówczas liberała, systemem równowagi i kontroli władz (checks and balances) czy „wartościami kopenhaskimi”. Czemu więc Fidesz pozostaje członkiem Europejskiej Partii Ludowej w Parlamencie Europejskim? Na to pytanie można chyba odpowiedzieć w jeden, jedyny sposób: w celu maksymalizacji głosów, bo w sensie wspólnych wartości w żadnej mierze tego wyjaśnić się nie da.

 

Ten reżim – to właściwe słowo – jawnie też odwołujący się do jeszcze innej węgierskiej tradycji, „centralnej siły wykonawczej”, znanej z lat epoki admirała Miklósa Horthyego (1920-1945) i długoletnich rządów premiera Istvána Bethlena (1921-31), w ramach którego istnieje tylko jedna silna partia rządząca, otoczona słabą i rozproszoną opozycją, zabetonował się już – w każdym wymiarze – tak mocno, że zdaniem wielu analityków i obserwatorów będzie praktycznie niemożliwy do odsunięcia w demokratyczny sposób, o ile nie wpłyną na to jakieś impulsy z zewnątrz lub też nieprzewidziane wydarzenia na scenie międzynarodowej.

 

Bo ta wewnętrzna, choć z wyrazistym pęknięciem na wiejskich i miejskich, zdaje się być wyjątkowo stabilna – nie dajmy się zwieść pojedynczym zrywom w wykonaniu młodzieży czy stołecznej inteligencji. Wspomniany Péter Tölgyessy, kiedyś polityk (najpierw liberalny, potem poseł Fideszu), bodaj najciekawszy teraz analityk na węgierskiej scenie, tuż po ostatnich wyborach porównał aktualną sytuację na Węgrzech do morskiego odpływu – gdzie pozostała mętna woda, pełno błota i wydobytego spod wody brudu. Nadzieja w tym, trzymając się tego porównania, że po odpływie niechybnie nastąpi przypływ. Kiedy jednak nadejdzie i jak będzie wyglądał? – Tego na chwilę obecną bodaj nikt nie wie.

nv-author-image

Bogdan Góralczyk

Profesor Bogdan Góralczyk jest politologiem, sinologiem, byłym ambasadorem i dyrektorem Centrum Europejskiego Uniwersytetu Warszawskiego.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

[give_form id="8322"]