Wybory w Rosji: Zwycięstwo demokracji sterowanej

Wybory prezydenta Rosji przyniosły olśniewający sukces Władimirowi Putinowi. Okazały się też tryumfem „demokracji sterowanej”, rosyjskiej formy autokracji.

 

18 marca gospodarz Kremla zebrał ponad 56 430 000 głosów. To niemal o 11 mln więcej, niż sześć lat temu. Przy tym bardzo zyskał w obu stolicach. W Moskwie poparło go 70,69 proc. głosujących (w burzliwym 2012 roku, kiedy trwały „białe” protesty, było to o 23 punkty procentowe mniej). W Sankt-Petersburgu prezydent ze swymi teraz 75,1 proc. głosów, Putin powiększył swój dorobek o ponad 16 punktów procentowych.

 

To bardzo ważne w Rosji, gdzie, jak uczy historia, wpływ nastrojów w stolicach na życie polityczne kraju jest ogromny. Procedura przedłużenia władzy gospodarza Kremla kierującego krajem już od ponad 18 lat została przeprowadzona zgodnie z planem znanym już od dawna.

 

Jeszcze w 2016 Siergiej Kirijenko, zastępca szefa administracji prezydenckiej w czasie spotkania z zebranymi w Moskwie wicegubernatorami instruował ich, że rezultatem wyborów powinno być co najmniej 70 proc. głosów oddanych na Putina przy minimum 70-proc. frekwencji. Osiągnięcie tych właśnie wskaźników było niezbędne, by pokazać Rosji i światu, iż „przywódcę narodu” wspiera ponad połowa wszystkich uprawnionych do udziału w wyborach rodaków.

 

Później przedstawiciele Kremla usiłowali dementować to, co Kirijenko powiedział wicegubernatorom. Plan wyborczy, którego rzekomo miało nie być, był jednak realizowany bardzo skrupulatnie.

Wstępną fazę tych wysiłków można nazwać meblowaniem sceny politycznej zgodnie z potrzebami faworyta. W wyniku długotrwałej intrygi władza wyeliminowała z gry najpoważniejszego, a właściwie jedynego dziś poważnego konkurenta Putina, opozycjonistę Aleksieja Nawalnego.

 

On jeszcze w 2013 r. został skazany na pięć lat łagru w zawieszeniu za rzekomą kradzież drewna w obwodzie kirowskim, gdzie był społecznym doradcą gubernatora, liberalnego polityka Nikity Biełych (dziś aresztowany i sądzony za korupcję). Ten wyrok za niesprawiedliwy uznał Europejski Trybunał Praw Człowieka, który kazał Rosji powtórzyć proces opozycjonisty. Moskwa się podporządkowała. Zapadł kolejny werdykt w tej samej sprawie – dokładnie taki sam (nawet z ortograficznymi błędami) jak poprzedni.

 

Nawalny, który rozpoczął swoją kampanię wyborczą jeszcze wiosną 2017 r., twierdził, że jako skazany, lecz nie odsiadujący wyroku ma zgodnie z Konstytucją prawo kandydować. Podporządkowany Kremlowi Sąd Konstytucyjny w styczniu 2018 r. orzekł jednak ostatecznie, że wyrok w zawieszeniu nie pozwala opozycjoniście uczestniczyć w walce o fotel prezydenta. Nawalny apelował więc do swych zwolenników, by zbojkotowali „wybory bez wyboru”.

Dopuszczonych do gry partnerów prezydenta wybrano, jak zwykle, bardzo starannie. Tradycyjnie już „konkurentem” faworyta został „dyżurny nacjonalista”, przywódca ugrupowania noszące nie mające niczego wspólnego z rzeczywistością miano Liberalno-Demokratyczna Partia Rosji, 72-letni Władimir Żyrinowski (to już jego szósta kampania prezydencka).

Komunistyczna Partia Federacji Rosyjskiej tym razem nie wystawiła swego „wiecznego” kandydata, 74-letniego dziś Giennadija Ziuganowa (on biorąc wcześniej udział w czterech wyborach niezmiennie okazywał się drugim). Teraz ugrupowanie postawiło na nowego w federalnej polityce człowieka, 58-letniego Pawła Grudinina, dyrektora podmoskiewskiego przedsiębiorstwa rolnego Sowchoz im Lenina (w rzeczywistości to spółka z ograniczoną odpowiedzialnością, 46 proc. akcji której należy do szefa).

 

Tym razem w wyborach pozwolono uczestniczyć jeszcze jednemu weteranowi walk o Kreml, założycielowi demokratycznej partii Jabłoko, 66-letniemu Grigorijowi Jawlińskiemu. On miał za sobą dwie kampanie prezydenckie. W tej z 2012 r., kiedy w ogarniętej „białymi” protestami Rosji mógł odebrać Putinowi wiele głosów, do udziału w wyborach dopuszczony nie został.

 

Najwięcej uwagi przyciągała do siebie występująca jako polityk liberalny, debiutantka w polityce, celebrytka i dziennikarka, córka byłego szefa Putina, 37-letnia Ksenia Sobczak.

Trzecim „liberałem” w wyborczej ofercie okazał się mało rozpoznawalny przez elektorat 58-letni Borys Titow, prezydencki rzecznik praw przedsiębiorców kierujący marginalną Partią Wzrostu.

Przepustkę do udziału w grze dostało jeszcze dwóch polityków trzeciego planu, czyli patrioci-staliniści, 59-letni Siergiej Baburin (Rosyjski Związek Narodowy) i 39-letni Maksim Surajkin (Komuniści Rosji).

Tak więc dekoracje na scenie politycznej rozstawiono harmonijnie i w zasadzie każdy Rosjanin, komunista, nacjonalista czy demokrata mógłby oddać swój głos na polityka wprawdzie skazanego na przegraną, ale bliskiego swoim poglądom.

 

Ósemka kandydatów z góry była podzielona według tradycyjnego klucza. Siedmiu konkurentów gospodarza Kremla wędrowało po kraju, z trudem zbierało niewielkie grupy wyborców, by przed kamerami opowiadać o swoich programach. Brali też udział w głośnych pyskówkach, które nazwano debatami telewizyjnymi. Z nich akurat publiczność zapamiętała tylko tę, w trakcie której Sobczak oblała wodą obrażającego ją Żyrinowskiego, a nacjonalista nazwał ją „ostatnią prostytutką” i „kurwą”.

 

„Konkurenci” Putina skakali sobie do gardeł, robili dużo hałasu, ale swego głównego konkurenta nie atakowali. Nie próbowali na przykład rozliczać go z niewypełnionych obietnic, które składał Rosjanom po wyborach w 2012 roku.

Sam prezydent, jak to zwykł robić, nie brał udziału w polemikach, debatach. Zachowywał się tak, jakby nie był kandydatem. Sprawował swą prezydencką władzę, rozwiązywał problemy, otwierał fabryki, przypominał o osiągnięciach kraju. Przygrywką do kampanii była jego wyprawa do rosyjskiej bazy lotniczej Hmejmim w Syrii, gdzie ogłosił zwycięskie zakończenie wojny i dał częśсi żołnierzy rozkaz powrotu do kraju.

 

Starannie zaprogramowana kampania przebiegała prawie idealnie zgodnie ze scenariuszem. Doszło jednak do dwóch zgrzytów. Pierwszym była niespodziewanie rosnąca popularność Grudinina. Okazało się, że do Rosjan przemawia obraz jego sowchozu, bogatego, dbającego o swych pracowników. Sam kandydat dzieło swego życia przedstawiał wyborcom jako „socjalistyczny raj”. Faworyt komunistów stał się więc celem bezprecedensowych ataków propagandy kremlowskiej. W każdej relacji o nim przypominano, że w rzeczywistości jest burżujem i wyzyskiwaczem. Powtarzano, że w zachodnich bankach ukrywa miliony dolarów i kilogramy złota, a tego kandydatowi robić nie wolno. Zgodnie z ordynacją Centralna Komisja Wyborcza powinna była wykreślić go z listy pretendentów. Tego jednak zrobić nie mogła, bo do urn nie przyszliby liczni przecież zwolennicy komunistów, a wtedy z zaplanowanej na Kremlu 70-procentowej frekwencji nic by nie wyszło.

 

Ostro krytykowany Grudinin pozostał więc kandydatem. Drugim zgrzytem okazał się nagły lutowy spadek popularności Putina wśród ludności wielkich miast. Odnotował owo tąpnięcie m.in. kremlowski Wszechrosyjski Ośrodek Badania Opinii Publicznej. Przy tym prezydent niespodziewanie stracił poparcie „patriotycznie” nastawionych wyborców.

 

Powodem był, jak przypuszczają socjolodzy, brak odpowiednio ostrej reakcji Moskwy na „poniżającą” dla Rosjan decyzję MKOlu o tym, że ich reprezentacja na zimowych igrzyskach w Korei Południowej ma wystąpić bez flagi i hymnu. Zaszkodziły również wydarzenia w Syrii, gdzie wojna się nie skończyła, a Rosjanie ponosili cięższe niż do tej pory straty. Kreml nie potrafił zareagować choćby na śmierć najemników rosyjskich z Prywatnej Spółki Wojennej Wagnera, którzy zginęli 7 lutego pod bombami amerykańskimi w syryjskiej prowincji Dajr az-Zaur.

 

Putin poprawiał i poprawił swoje notowania grając na militarną nutę. Jego największym wyborczym benefisem było orędzie, które prezydent ma obowiązek wygłosić raz w roku. Tym razem 1 marca przez godzinę mówił, ilustrując swoje słowa komputerowymi animacjami na wielkich ekranach, o supernowoczesnych broniach, którymi Rosja ponoć już dysponuje i jest w stanie zniszczyć każdego przeciwnika – to znaczy Stany Zjednoczone.

 

Prości Rosjanie z entuzjazmem przyjęli ogłoszone przez prezydenta olśniewające sukcesy w budowaniu wojennej potęgi. W języku oficjalnej propagandy pojawiło się hasło „my mamy rakietę, nic nam nie straszne”.

W militarnej logice kampanii mieści się może też i zamach na Siergieja Skripala, byłego pułkownika wywiadu wojskowego zatrutego w Wielkiej Brytanii gazem bojowym. Zuchwała rozprawa ze zdrajcą, choć Moskwa kategorycznie odrzuca wszelkie oskarżenia o jej udział w tym przestępstwie, pokazuje elektoratowi, że Rosja ma długie ręce i wyrządzonych jej krzywd nie wybacza. Sam prezydent w krążącym przed wyborami w Internecie i bardzo lansowanym ponad dwugodzinnym filmie „Putin” wyznał, że mógłby wybaczyć wszystko, „tylko nie zdradę”.

 

Na sukces faworyta energicznie pracowali jego podwładni z administracji regionalnych. Starali się, by ludzie w myśl radzieckiego jeszcze hasła szli „na wybory jak na święto”. W lokalach wyborczych były występy, konkursy z bardzo cennymi nagrodami, kramy z towarami pierwszej potrzeby sprzedawane „po cenach producenta” i inne atrakcje.

 

We Władywostoku w gabinecie obok lokalu wyborczego bezpłatnie przyjmował głosujące kobiety ginekolog. W Orle w dniu wyborów odpuszczano śmiertelny grzech aborcji.

 

Rezultat okazał się olśniewający. Na Putina glosowało niemal 52 proc. dorosłych Rosjan (frekwencja 67,54 proc., 76,69 proc. głosów „za”). To dobitnie potwierdza, że prezydent po ponad 18 latach u władzy rozpoczynający kolejną sześcioletnią kadencję cieszy się wciąż ogromnym poparciem rodaków.

 

Zwycięstwo osiągnął jednak niczym typowy bliskowschodni autokrata – w walce z cieniem, a nie realnymi przeciwnikami. W czasie kampanii nie został rozliczony z tego, co stało się z krajem w jego epoce – z czterech wojen, rosnącej izolacji na arenie międzynarodowej, w trwającej od czterech lat stagnacji gospodarki.

 

Wybory nie stały się, choć powinny się stać okazją do odpytania prezydenta o rezultaty jego własnych tak zwanych „majowych dekretów”. Putin podpisał je w maju 2012 r., kiedy rozpoczynał swoją minioną już dziś kadencję zapowiadając, że do 2018 r. stworzy 20 mln „nowoczesnych” miejsc pracy. Zapewniał, że wydajność pracy w Rosji wzrośnie o 50 proc., a średnia realna zapłata  – o „40-50 proc.”.

 

Nowego przemysłu nie ma. Wydajność pracy rosła przez ostatnie sześć lat w tempie pół procenta rocznie. Realne dochody Rosjan spadły i w ogóle przez ostatnie cztery lata nieprzerwanie zmniejszają się. Kraj zamiast obiecanego mu przez rozpoczynającego kadencję prezydenta piątego miejsca na świecie, zajmuje dziś 12. na liście światowych potęg gospodarczych. Pod względem wielkości PKB (liczonego w dolarach) na obywatela Rosja z 41. spadła przez sześć lat na 72. miejsce. Mocno trzyma się natomiast w czołówce najbardziej skorumpowanych państw świata.

 

O tym wszystkim w czasie kampanii wyborczej nie mówiono. Rewelacyjny dla Putina wynik wyborów przeprowadzonych w takim stylu dowodzi, że „przywódca narodu” posiada fenomenalną zdolność mobilizowania swoich poddanych wmawiając, że kraj jest oblężoną twierdzą, która tylko pod jego dowództwem potrafi się obronić przed wrogami. Możemy się więc spodziewać, że nadal będzie się na tym opierać i Rosja w najbliższych latach będzie się coraz bardziej zamykać, militaryzować, grozić światu swą rzeczywistą czy wydumaną potęgą.

nv-author-image

Wacław Radziwinowicz

Absolwent filologii polskiej i dziennikarstwa. Od 1997 r. korespondent "Gazety Wyborczej" w Rosji, Białorusi i Ukrainy. Autor książek o Rosji. W 2016 wydalony z Federacji Rosyjskiej. Dziś publicysta "Gazety Wyborczej"

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *