Przejdź do treści

Homo sovieticus XXI. wieku?

Być może, dla odmiany, powinniśmy choć raz spojrzeć na przetrwanie homo sovieticusa na Białorusi nie jako na problem, lecz potraktować ten fakt jak wyzwanie, a może nawet jako korzyść – uległość i pasywność jako podstawę dla otwartości, kolektywizm jako szansę na zbudowanie społeczeństwa obywatelskiego, umiejętność dopasowywania się i oportunizm jako spryt, i, wreszcie, wielowarstwową tożsamość jako oznakę nowoczesnego narodu obywateli.

 

Zarówno znawcy regionu jak i podróżni z Zachodu postrzegają Białoruś jako pozostałość po systemie sowieckim. Kraj często jest przedstawiany jako komunizm zapakowany w kulki antymolowe, w którym można spotkać najbardziej wyraziste egzemplarze homo sovieticusa.  Jednak 25 lat po rozpadzie Związku Radzieckiego mentalność homo sovieticusa występującego na Białorusi nie została jeszcze właściwie zbadana, choć stanowi przedmiot debaty prowadzonej nie tylko w kraju, lecz również na Zachodzie.

 

Pojęcie homo sovieticus po raz pierwszy pojawiło się w publikacjach sowieckiego socjologa i filozofa  Aleksandra Zinowjewa i odtąd badano je i interpretowano w ramach wielu dyscyplin badawczych.  Typ sowieckiego człowieka posiada pewne cechy podstawowe, do których zaliczja się kolektywizm, uległość, oportunizm, umiejętność dopasowywania się, brak szacunku dla państwa prawa, monistyczny światopogląd i instrumentalizacja religijności lub też jej nieobecność. Niektórym się wydaje, że typ homo sovieticus przetrwał na Białorusi, ale czy to aby na pewno się zgadza? Czy też raczej nastąpiła jego mutacja do formy przejściowej: homo postsovieticus?

 

Sowieckie miasta ‒ sowiecki sposób myślenia?

 

Jeśli ktoś przyjedzie na Białoruś, to najpierw wpadają mu w oczy miasta i architektura, w których sowieckie dziedzictwo przetrwało o wiele silniej niż gdziekolwiek indziej. Osobom z zewnątrz może się wydać dziwne, dlaczego w stolicy suwerennego państwa tak wiele ulic i placów nosi nazwiska komunistycznych funkcjonariuszy czy nazwy komunistycznych organizacji. Dlaczego ulica Marksa i ulica Lenina należą do najbardziej uroczych kwartałów, a główny plac Grodna z pięknymi białoruskimi kościołami to Plac Sowiecki? Co ciekawe, Mińsk jest jedyną miejscowością na świecie, w której jedna z ulic została nazwana na cześć prezydenta Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, Bolesława Bieruta, który przez większość polskich historyków postrzegany jest jako stalinistyczny doktryner.

 

Listę przykładów można by ciągnąć dalej, a wystarczą one, by przekonać cudzoziemca, że Białoruś to kraj homo sovieticusa, w którym nadal gloryfikuje się bohaterów upadłego systemu totalitarnego i gdzie nikt jeszcze nie odważył się zapoczątkować procesu dekomunizacji. Lecz tak naprawdę tylko niewielu Białorusinów zna historię patronów swoich ulic. Dla większości nazwy ulic i placów to tylko nazwy, które przyjęto w języku codziennym, lecz które pozbawione są jakichkolwiek ideologicznych konotacji. Młodych klientów modnych barów przy ulicy Marksa o wiele bardziej interesuje nie nazwa ulicy, tylko dlaczego koktajle kosztują tu więcej niż w Warszawie i mniej więcej tyle, co w Berlinie. Młodzi ludzie wiedzą również, że podczas gry Pokémon Go, która w minionym roku była bardzo popularna, najlepsze Pokemony można było znaleźć przy popiersiu Dzierżyńskiego, ale tylko niewielu z nich interesuje, kim tak w ogóle był ten Feliks Dzierżyński.

 

Trochę inaczej sprawa wygląda w przypadku architektury, w której spotykają się elementy historyczne i nowoczesne, zarówno monolity jak i szare, brzydkie budynki z wielkiej płyty, powstałe w epoce sowieckiej. Białorusini są zdania, że za dużo jest tej brzydkiej i banalnej architektury sowieckiej. Opinia ta idzie zazwyczaj w parze z typową cechą homo sovieticusa –  wyidealizowanym obrazem Europy, zgodnym z jego monistycznym spojrzeniem na świat. Ludzie o niewielkich dochodach, których nie stać na podróż do „Ziemi Obiecanej“, jaką stanowi dla nich Strefa Schengen, wybierają tańsze cele podróży, na które mogą sobie pozwolić – na przykład Lwów.  Z Lwowa Białorusini wracają zachwyceni europejskim duchem miasta, jego kolorami i kamienicami. Ale kiedy stać ich na podróż do Warszawy czy Wilna, wracają pozbawieni złudzeń, gdyż w tych zachodnich miastach również znajdą sporo podobnej szarej i nieciekawej architektury.

 

Doskonale ukazuje to film Walerego Todorowskiego „Bikiniarze“ (2008). Opowiada on historię grupy młodych mieszkańców Moskwy w latach 50., którzy buntują się przeciwko prostemu życiu rosyjskiego miasta, ubierając się jaskrawie i ekscentrycznie – w przekonaniu, że jest to styl panujący w miastach na Zachodzie. Kiedy w końcu jeden z nich przyjeżdża do Stanów Zjednoczonych, musi stwierdzić, że Zachód też nie jest kolorowy i ekscentryczny, lecz po prostu normalny.

 

Również cudzoziemcy zauważają, że wspomniany Lwów, który aż za bardzo stara się być europejski, stanowi uosobienie wyimaginowanego Zachodu. Kiedy jednak Białorusini opuszczą już swój kraj, ich rodzinne miasta ukazują im się w innym świetle; abstrahując od stereotypowej czystości, odkrywają w swojej ojczyźnie więcej europejskich cech niż dotychczas, zdarza się, że więcej niż na Ukrainie czy w Rumunii.  Czy współistnienie sowieckich zabytków, historycznej architektury i kościołów różnych wyznań nie jest jednak emanacją homo sovieticusa, lecz czymś, co składa się na autentyczność białoruskich miast?

 

Oportunizm i apatia

 

W dyskusjach na temat homo postsovieticusa w poszczególnych krajach byłego bloku sowieckiego główną rolę odgrywają najczęściej warunki ekonomiczne. Według klasycznej interpretacji homo sovieticus nie ma szacunku dla własności prywatnej. Własność publiczną postrzega w zasadzie jako niczyją, lekceważąc prawo, co czyni go podatnym na korupcję. Jeśli temat padnie na gospodarkę, wyczuwa się brzemię sowieckiego dziedzictwa, zwłaszcza w kwestii funkcjonowania białoruskiej gospodarki. Ma to jednak swoje źródło przede wszystkim w rządzącej elicie białoruskiej, która nie ukrywa, że archaiczny mechanizm gospodarki planowej nadal jest istotą wydajności. Za tego rodzaju przekonania muszą zapłacić Białorusini – od mniej więcej pięciu lat kraj znajduje się w głębokim kryzysie finansowym.

 

W tej sytuacji białoruski homo sovieticus ukazuje się w specyficzny sposób. Charakterystyczne formy reakcji to oportunizm i apatia. Choć Białorusini skarżą się, jak trudna jest ich sytuacja i jak mało zarabiają, próbują przeżyć, nie buntując się. Mówią, że państwo zapewnia im to, co najpotrzebniejsze i wystarcza do życia. Nie spełniły się dotychczas prognozy ekspertów, którzy w każdym kryzysie gospodarczym widzą początek upadku białoruskiego reżimu. Również ciężka sytuacja gospodarcza nie zmieni ignorancji wobec prawa i korupcji, typowej dla homo sovieticusa. Białorusini z reguły przestrzegają prawa. Nawet jeśli wciąż się skarżą, że jest ono głupie czy nieludzkie, to jednak się go trzymają, szukając raczej możliwości funkcjonowania w obrębie systemu niż łamania reguł. Korupcja to inna historia – pod tym względem Białoruś wypada lepiej niż Ukraina czy Rosja.

Korupcja nie cieszy się dobrą opinią. Afery korupcyjne dotyczą raczej wierzchołka hierarchii; korupcja zdecydowanie nie definiuje wszelkich socjalnych interakcji. Nie oznacza to oczywiście, że jej nie ma, ale różni się ona od korupcji w innych postsowieckich krajach.  Korupcja na Białorusi przypomina raczej tę na Zachodzie, ponieważ łapówka pokrywa ryzyko, z którym liczyć się trzeba, łamiąc prawo. Inaczej to wygląda na Ukrainie, gdzie korupcja cieszy się powszechną akceptacją społeczeństwa i stanowi coś w rodzaju opłaty za skłonienie urzędników do wypełniania swoich obowiązków.

 

Odwrotnie niż w przypadku szacunku dla prawa i nastawienia do korupcji, w którym Białoruś nie odpowiada stereotypowi homo postsovieticusa, teza o umiejętności dopasowywania się zdaje się mieć zastosowanie. Na Białorusi przyjmuje ono często postać kreatywnego sposobu myślenia gospodarczego – w jaki sposób w tak sztywnych ramach można zarobić pieniądze, nie łamiąc prawa? Dowodem są niektóre produkty i usługi, które przebiły się na światowym rynku. Popularne produkty sieciowe „World of Tanks“, „Viber Messenger“ i MSQRD oraz aplikacja maps.me to białoruskie pomysły. Można by oczywiście stwierdzić, że przykład ten nie ma nic wspólnego z homo sovieticusem, lecz raczej z gwałtownym przejściem od człowieka sowieckiego do typa neoliberalnego. Istotnie, w niektórych postsowieckich krajach tak właśnie było. Ale na Białorusi chodzi właśnie o charakterystykę pomysłowości i przedsiębiorczości homo postsovieticusa.

 

Czy istnieje jakaś alternatywa?

 

Pod względem obywatelskim i politycznym homo sovieticusa cechuje służalczość, kolektywizm, posłuszeństwo i pasywność. Na pierwszy rzut oka Białorusini posiadają wszystkie cechy idealnego typu homo sovieticusa – od ponad 20 lat krajem rządzi ten sam mężczyzna, społeczeństwo jest pasywne i nieskłonne do buntu, a opozycja demokratyczna jest słaba i stłamszona. Po bliższym przyjrzeniu się w białoruskim systemie politycznym można odkryć wiele paradoksów, których nie sposób wyjaśnić tego rodzaju prostymi stwierdzeniami.

 

Najważniejsze pytanie to: Czy Białorusini mieli kiedykolwiek jakąś rzeczywistą alternatywę?  Być może mieszkańcy kraju nie są poddańczy w sensie klasycznym, lecz raczej oportunistyczni i pasywni? Nie wszyscy Białorusini lubią prezydenta Aleksandra Łukaszenkę, co akurat nie pasuje do wizerunku prawdziwego homo sovieticusa. Nie widzą po prostu żadnej rzeczywistej alternatywy. System nie jest demokratyczny, ale większości społeczeństwa daje poczucie stabilności i zapewnia to, co potrzebne do przetrwania. Rządząca elita oferuje ludziom prosty obraz świata i gwarancję stabilnej sytuacji. A to dla większości Białorusinów jest ważniejsze niż to, co mają do powiedzenia partie opozycyjne, niemówiące językiem zwykłych ludzi i często oderwane od ich codziennej rzeczywistości.

 

A jeśli już mowa o opozycji – popularny na Zachodzie prosty, dychotomiczny podział na rządzącą elitę jako uosobienie mentalności homo sovieticusa i na białoruską opozycję jako zbiór demokratycznych, zorientowanych na Zachód neiliberałów także wymaga poprawki, mianowicie dekonstrukcji mitu o „uciskanej mniejszości“. To prawda, niedemokratyczny, po części autorytarny sposób rządzenia na Białorusi jest współodpowiedzialny za kiepski stan opozycji. Nie wolno jednak przy tym zapominać o innych czynnikach, na przykład o tym, że poparcie dla opozycji jest bardzo niskie i że jej przywódcy rozdają już posady w gabinecie cieni, spierając się o stanowiska istniejące jedynie w ich wyobraźni.

 

Poza tym ci sami przywódcy opozycji przez ponad 20 lat nie byli gotowi podzielić się swoimi ograniczonymi wpływami i swoją głównie wyimaginowaną władzą z młodszym pokoleniem działaczy opozycyjnych. I, wreszcie, istnieje też pewien problem z nastawieniem opozycji do niektórych europejskich norm i wartości. Na przykład, w programie „Wolna Białoruś”, który został opracowany przez grupę liderów białoruskiej opozycji i opublikowany minionej wiosny, napisano, że EU to „instytucja ideologicznej nietolerancji, lewicowego radykalizmu i agresywnej bezbożności”, a harmonijne, dobre społeczeństwo to takie, które zapewnia „realizację naturalnych zadań kobiety”.

 

Biorąc pod uwagę popularność prawicowej, nieliberalnej retoryki takiego Putina, Orbána i im podobnych, tego rodzaju idee być może nie zaskakują. W końcu poglądy polityczne to prywatna sprawa i każdy ma prawo do własnego wyobrażenia o porządku społecznym. Przykład ten pokazuje jednak, że część białoruskiej kontrelity reprezentuje takie samo nastawienie homo sovieticusa, jak i elita rządząca. Różnica polega tylko na tym, że władza tego nie ukrywa. Zbudowała swoją pozycję na tego rodzaju przekonaniach i dlatego nie istnieje dla niej żadna alternatywa.

Posłuszeństwo i kolektywizm

 

Mimo tego, nie należy przeceniać wpływu polityki na realia na dzisiejszej Białorusi. Dla większości społeczeństwa, zwłaszcza dla młodych ludzi, polityka jako taka stanowi tylko abstrakcyjną ideę i jest po prostu nieatrakcyjna. Nie bierze się to jedynie stąd, że ludzie są zmęczeni czy całkowicie zaprzątnięci codziennymi problemami. Faktem jest, iż zaangażowanie młodych ludzi w działania opozycyjne nie oznacza tylko ewentualnych represji, lecz jest po prostu stratą czasu, ponieważ działalność w organizacjach opozycyjnych przynosi niewiele korzyści.

 

W tym kontekście takie cechy homo sovieticusa jak posłuszeństwo i pasywność są szczególnie ważne. Choć tego typu osobliwości raczej źle się kojarzą, to w białoruskich warunkach posiadają jednak potencjał wywoływania głębokich zmian w społeczeństwie. Wiąże się to z tym, że posłuszeństwo i pasywność implikują otwartość. Należy to rozumieć tak, że społeczeństwo białoruskie akceptuje narzucone odgórnie normy i zasady. Stwarza to rzeczywiste szanse, choć jest też niebezpieczne, jeśli rozumiemy społeczną świadomość jako zbiornik, który należy wypełnić treścią. Pasywność białoruskiego społeczeństwa może oznaczać łatwiejsze kierowanie poglądami i postawami niż ma to miejsce w Europie Zachodniej.

 

Mit o wielkiej tolerancji Białorusinów mógłby się na przykład przydać, jeśli chodzi o nastawienie do społeczności LGBT. Kwestia praw LGBT już dawno zaprząta społeczeństwo; być może po cichu potępia nieheteronormatywne związki, ale nie było częstych przypadków otwartej agresji wobec przedstawicieli LGBT. Kilka lat temu powstały pierwsze organizacje na rzecz praw tego środowiska i dopóki skupiały się one na kwestiach społecznych swojej grupy, nie było większych problemów. Dopiero kiedy ugrupowania te zaczęły się interesować sprawami, które zdaniem władzy dotykały sfery polityki, czyli dziedziny zarezerwowanej dla elity rządzącej, ich sytuacja uległa dramatycznej zmianie. Odtąd organizacje te zaczęto przedstawiać w negatywnym świetle i represjonować, ale nie dlatego, że postrzegano je jako społecznie odmienne i amoralne, lecz dlatego, że w opinii rządzących stały się takimi samymi wrogami systemu jak opozycja.

 

Tym samym narzucono społeczeństwu negatywne przesłanie. Mit białoruskiej tolerancyjności należy odrzucić; chodzi tu tylko o instrument przydatny do celów polityki wewnętrznej, mający połechtać narodowe ego.  Z drugiej strony nie oznacza to oczywiście, że społeczeństwo białoruskie jest nietolerancyjne. W świetle aktualnych badań, w niektórych dziedzinach Białoruś odznacza się wyższym stopniem tolerancji niż większość pozostałych postsowieckich krajów łącznie z bałtyckimi. Brak tolerancji na Białorusi nie wynika z postaw i przekonań, lecz ma swoje źródło w izolacji kraju. Dlatego tak ważna jest możliwość przekształcenia się posłuszeństwa i pasywności homo sovieticusa w otwartość.

 

Kolejnym ważnym czynnikiem jest kolektywizm. Nie ma sensu mówić w tym miejscu o jego pogardliwej konotacji – zamiast tego należy go postrzegać jako umiejętność obywateli do zjednoczenia się we wspólnym celu. Na pierwszym miejscu trzeba podkreślić, że wbrew panującym stereotypom społeczeństwo białoruskie jest mniej kolektywistyczne niż się wydaje.

 

Wypowiedzi rządu w stylu „wspólny wysiłek całego narodu w służbie lepszego jutra” są już tylko postsowieckimi anachronizmami należącymi do ideologii państwowej, w którą nie wierzy ani władza, ani społeczeństwo. Białorusini w większości są bardzo indywidualistyczni, tylko muszą po prostu fukcjonować w ograniczonych warunkach. Egoizm i udawany kolektywizm również należą do cech homo postsovieticusa.

 

Kolektywizm okazał się katalizatorem łączącym ludzi, walczących przy wielu okazjach o swoje prawa. Wiosną 2017 roku przez kraj przeszła fala protestu, skierowanego przeciwko tak zwanemu dekretowi o „społecznych pasożytach“, na którego podstawie bezrobotni mieliby zostać opodatkowani.  Tysiące ludzi wzięło udział w demonstracjach – nie tylko opozycjoniści, lecz również zwykli robotnicy, którzy zjednoczyli się w proteście przeciwko projektowi ustawy. Protestów nie organizowali politycy opozycji, rząd przekroczył po prostu granicę gotowości zwykłych ludzi do akceptacji jego poczynań. Organy rządowe przestraszyły się wymiaru protestów. A potem nastąpiło coś niewyobrażalnego – pod presją społeczeństwa rząd wycofał projekt ustawy. Postsowiecki kolektywizm może się zatem w każdej chwili zamienić w społeczną (nie polityczną!) aktywność, dlatego negatywny kolektywizm należy postrzegać jako czynnik pomocny w potencjalnym budowaniu wspólnoty.

 

Rozmyta tożsamość i fałszywa religijność

 

Precyzyjne rozróżnienie między białoruską tożsamością narodową i utożsamianiem się z państwem nie zostało jeszcze wystarczająco zbadane. Białoruski naukowiec Aleg Łatyszonak  zadał raz prowokacyjne pytanie: „Czy na Białorusi są w ogóle Białorusini?”. Jego zdaniem, pytanie o białoruską tożsamość ma sens tylko wtedy, kiedy spróbuje się odpowiedzieć na pytanie, co oznacza bycie Białorusinem. Niektórzy pod pojęciem prawdziwego Białorusina rozumieją kogoś, kto przywołuje czasy Wielkiego Księstwa Litewskiego, mówi po białorusku i czci biało-czerwono-białą flagę. Dla innych o wiele ważniejsze są relacje z Rosją i jedność Słowian. Jeszcze inni tęsknią za czasami sowieckimi.

 

Bez wątpienia, białoruska tożsamość jest jeszcze rozmyta, skomplikowana i złożona. Nowoczesna tożsamość wiąże się często z różnymi poziomami, na których nakładają się na siebie lub uzupełniają różne tożsamości (na przykład tożsamość białoruska i polska), nie wykluczając się nawzajem. I właśnie to stanowi cechę charakterystyczną mentalności białoruskiego homo postsovieticusa. Autoidentyfikacja następuje na Białorusi najczęściej poprzez państwo, a nie poprzez naród. Bycie Białorusinem oznacza bycie obywatelem państwa, a nie członkiem jakiejś konkretnej grupy etnicznej. Choć w ostatnich latach – zwłaszcza u młodego pokolenia – wzrosła gotowość do deklaracji przynależności narodowej, to jednak nadal dominuje tożsamość zbudowana na przynależności państwowej.  Nie jest to zaskakujące, ponieważ w ciągu 25 lat białoruskiej transformacji ani rządowi, ani kontrelicie nie udało się wypełnić tej pustki tożsamościowej.

 

Kwestia rozmytej tożsamości wiąże się z kolejną ważną cechą mentalności białoruskiego homo postsovieticusa: z brakiem ojczyzny. Emocjonalny stosunek do ojczyzny nie jest tutaj tak silny jak na Ukrainie czy w Rosji. Brak jednoznacznej tożsamości i precyzyjnie określone ojczyzny wielu ekspertów ocenia jako negatywne zjawisko. Myślę jednak, że przewaga identyfikacji z państwem nad tożsamością narodową zmniejsza możliwość konfliktu między narodowością i tendencjami nacjonalistycznymi. Brak silnego powiązania z ojczyzną może się przełożyć na zwiększenie mobilności na globalnym rynku pracy – szczególnie u młodego pokolenia. Narody polityczne są często lepiej przygotowane na globalne wyzwania niż te etniczno-kulturowe.

 

Kolejną ważną cechą charakterystyczną homo postsovieticusa, przejawiającą się w białoruskim społeczeństwie, jest powszechna areligijność. Według ostatnich badań ok. 60 procent Białorusinów uważa się za wierzących. Należy jednak przy tym wziąć pod uwagę, że w takich przypadkach deklaracja dotycząca wyznania nie idzie zwykle w parze z głęboką wiarą, lecz chodzi tu raczej o przynależność do jakiegoś Kościoła, u Białorusinów akurat do Kościoła prawosławnego, co z kolei związane jest z powierzchownym przyswojeniem sobie pewnej społecznej normy przynależności do czegoś.  Z kolei oficjalny, państwowy ateizm przetrwał na Białorusi jako sowieckie dziedzictwo. Stąd do “wierzących” na Białorusi zaliczają się również agnostycy oraz ludzie wierzący w moce paranormalne. Na Białorusi istnieje całkowity rozdział Kościoła od państwa, a wskutek sekularyzacji społeczeństwa kraj ten więcej łączy z Francją, Czechami czy Szwecją niż z Ukrainą, Rosją czy Polską.

 

Sekularyzm ma wpływ na szereg innych czynników, jak na przykład na rozwój medycyny i badań w dziedzinie nauk przyrodniczych. Zarówno społeczeństwo, jak i elita rządząca nie tolerują wtrącania się Kościoła w sprawy państwowe – jest to postrzegane jako przekroczenie ustalonych granic. Wiara i religia należą wyłącznie do sfery prywatnej. I tak na konserwatywnej i sowieckiej Białorusi na przykład zmiana płci jest normalnym zabiegiem medycznym. Pokrywa je ubezpieczenie państwowe, jest zatem bezpłatny. Według opinii wyspecjalizowanych organizacji lekarskich białoruski model tego rodzaju operacji jest najlepszy we Wspólnocie Niepodległych Państw i jednym z lepszych w Europie pod względem przestrzegania praw człowieka i związanych z tym formalności prawnych.

 

Ważny czynnik: globalizacja

 

„Santa Claus is coming to Africa, and Mickey Mouse is standig in front of Paris, we’re all living in America, Amerika ist wunderbar“ – śpiewa Till Lindemann w jednym z utworów grupy Rammstein (grupy o częściowo wschodnioniemieckich korzeniach). Lindemann postrzega świat jako globalną wieś, wszyscy używamy tych samych gadżetów, a globalizacja osiągnęła szczyt. I ma rację. Wielu ekspertów i znawców regionu, którzy w postsowieckich państwach widzą „kraje opóźnionej globalizacji”, utrzymując, że na Białoruś ona jeszcze nie dotarła, są po prostu w błędzie. W Mińsku, Lizbonie i Nowym Jorku można dostać taką samą kawę. Białorusini używają tego samego hardware’u, tych samych programów i poruszają się w tych samych mediach społecznościowych jak zachodni Europejczycy. Nawet monopol państwa na telewizję nie stanowi już tak wielkiej przeszkody, jak było to jeszcze kilka lat temu. Białoruś ma świetną infrastrukturę sieciową, a władze na razie nie „wyłączają” Internetu.

 

Dlaczego czynnik “globalizacja” jest tak ważny? Ponieważ w wielu postsowieckich społeczeństwach panują dziś podobne warunki życia i pracy ‒ nie istnieją prawie przeszkody dla działalności społecznej i politycznej, jakie stanowiły niegdyś zacofanie i brak dostępu do technologii. Problem nie polega na tym, że są to społeczeństwa homo postsovieticusa. Problem tkwi w ich elitach. Zatem: zamiast postrzegać przetrwanie białoruskiego homo sovieticusa jako problem, powinniśmy spojrzeć na to jak na wyzwanie, a nawet jak na korzyść –  uległość i pasywność jako podstawę dla otwartości; kolektywizm jako szansę na zbudowanie społeczeństwa obywatelskiego; umiejętność dopasowywanie się i oportunizm jako spryt i, wreszcie, wielowarstwową tożsamość jako oznakę nowoczesnego narodu politycznego.

 

Cywilzacja zachodnia podarowała swoim społeczeństwom swobody obywatelskie; cywilizacja sowiecka podarowała swoim narodom wolność od polityki. Dzisiejsza Białoruś może być jeszcze postrzegana jako społeczeństwo w stanie społecznej anomii. Posługując się językiem inżynierii społecznej to od elit zależy, jakie społeczeństwo powstanie z tej kształtującej się jeszcze wspólnoty – nowoczesne, otwarte i tolerancyjne, czy też zamknięte, zabobonne i ksenofobiczne. Dlatego syndrom post homo sovieticus pozostaje dla Białorusi ogromną szansą i wyzwaniem. I jednocześnie największym zagrożeniem.

 

Z niemieckiego przełożyła Monika Satizabal Niemeyer

Artykuł ukazał się pierwotnie w New Eastern Europe (5/2017)

nv-author-image

Maxim Rust

Maxim Rust – białoruski politolog, doktor nauk politycznych. Bada elity polityczne i procesy transformacyjne na obszarze poradzieckim

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

[give_form id="8322"]

News Alert

Bądź na bieżąco!

Zamawiając bezpłatny newsletter akceptuje Pan/Pani naszą ochronę danych. Wypisanie się z prenumeraty newslettera jest w każdej chwili możliwe.