Przejdź do treści

Koniec odrębnej drogi. Uwagi dotyczące nowej sytuacji w Niemczech po wyborach do Bundestagu

Niemcy leżąc pośrodku szukają swojego środka. W tej paradoksalnej diagnozie, sięgającej XVIII wieku, nic się nie zmieniło w roku 2017 – wręcz przeciwnie: kraj leżący w sercu Europy od czasu wrześniowych wyborów parlamentarnych stoi wciąż przed niepewną przyszłością. Niezwykle długie rozmowy mające na celu utworzenie rządu nie oznaczają, oczywiście, kryzysu państwa. Instytucje państwowe nie funkcjonują lepiej lub gorzej tylko z tego powodu, że rząd CDU, CSU i SPD z urzędującego od 2013 roku gabinetu stał się rządem wypełniającym jedynie swoje zwyczajowe obowiązki. Jednak z opóźnieniem również i Niemcy dogania nowa normalność: polityka staje się następstwem projektów czasowych, parlamenty odzwierciadlają powstałą z czasem różnorodność światopoglądową społeczeństwa, w miejsce dużych bloków pojawia się patchwork róznych możliwości. Przy tym wszystkim pole działania nie leży już jedynie w rękach pani kanclerz, wobec której nie widzi się żadnej alternatywy. Rozpoczęło się pożegnanie z władzą Angeli Merkel.

 

W rolę „kingmakera” wpadła SPD, mocno wypatroszona podczas wyborów. Jej szef, Martin Schulz, były przewodniczący Parlamentu Europejskiego, również w godzinie swojej największej klęski okazał się mistrzem błędnego zachowania strategicznego. Po tym, jak SPD drastycznie spadła do 20,5 procent głosów [tyle procent uzyskała SPD w wyborach do Bundestagu – przyp. red.], Schulz oświadczył, że tym samym to wyborcy odwołali wielką koalicję i że SPD przejdzie do opozycji. Rzeczywiście, natychmiastowe przyznanie się do kontynuacji sojuszu trojga zinterpretowanoby jako wołanie o pomoc trzech przegranych. Ale kategoryczne wykluczenie takiej koalicji było zaostrzeniem sytuacji, wyjściem retorycznym, które jak bumerang miało za chwilę zwrócić się przeciwko Schulzowi. Również i jemu wymyka się władza z rąk.

© M.Gambarini/M.Kappeler/dpa

Zwycięzca, CDU/CSU, przy wyniku 32,9 procent uzyskał najgorszy wynik od 1949 roku, a sama CSU w Bawarii implodowała, osiągając 38,8 procent. A przecież jeszcze nie tak dawno temu każdy punkt poniżej magicznych 50 procent traktowany był jako bawarska obraza majestatu. To równanie straciło już ważność. Tak jak w wypadku jej siostrzanej partii chadeckiej, to właśnie wysoce kontrowersyjna wśród społeczeństwa polityka migracyjna Merkel zaszkodziła bawarskiej CSU. Gdy jej nowy mąż opatrznościowy, przyszły premier Bawarii Markus Söder, w przemówieniu na zjeździe CSU w Norymberdze 16 grudnia w centrum uwagi postawił trzy nowe akcenty, swoisty trójdźwięk: „prawo, bezpieczeństwo, porządek”, nazwał tym samym flankę, którą CDU prowadzona przez kanclerz Merkel pozostawia otwartą, i którą z sukcesem zagospodarowuje prawicowa konkurencja obu partii, czyli AfD. Ostatnie badania opinii publicznej poświadczają Alternatywie dla Niemiec (AfD), 13 procent poparcia, a tym samym lekki trend zwyżkowy.

 

Dotknięta do żywego wyborami była przede wszystkim SPD. Dała się zaślepić chwilowo rosnącymi wynikami sondaży, tak zwanym efektem Schulza. „SPD wróciła”, oświadczył po wyborze na przewodniczącego partii w marcu 2017 roku Martin Schulz, równie rozluźniony, jak i euforyczny. Teraz, na zjeździe partii w Berlinie 8 grudnia, Schulz wygłosił mdłe, pozbawione głównej myśli przemówienie, z którego w pamięci został tylko „stary żółw”. Schulz opowiedział o tym biednym zwierzęciu, umierającym z powodu plastiku, który zbiera się w jego żołądku, aby nawoływać do zaangażowania przeciw zaśmiecaniu mórz i oceanów. Przy pomocy takich priorytetów nie da się wygrać wyborów w Niemczech tak samo jak przy pomocy postulatu Schulza o „Zjednoczonych Stanach Europy” i groźby skierowanej w kierunku Europy Wschodniej, że kto nie idzie z nami, niech opuści Unii Europejską.

 

W ten sposób Martin Schulz potwierdza stan całej SPD, na który skarżył się w berlińskim przemówieniu: „Naszym największym problemem jest to, że straciliśmy przejrzysty profil”. Potrzebna jest „odnowa partii”, a baza i kierownictwo muszą „na nowo się zacieśnić więzy”. Te trzy punkty zdają się go jednak przerastać. Stawia właściwą diagnozę, oferując jednak tylko nieprzydatne terapie. Długoletni działacz UE został zważony – okazał się jednak zbyt lekki. Nikt tej dysproporcji pomiędzy urzędem a osobą nie zauważa wyraźniej, niż jego bezpośredni poprzednik na stanowisku przewodniczącego partii, minister spraw zagranicznych, Sigmar Gabriel. Niemal się tym wszystkim delektując, sypie sól w programowe rany lidera SPD. Ten oświadcza, że debaty na temat niemieckiej kultury wiodącej są „historyczną bzdurą”, ostrzega przed postrzeganiem ludzi o pochodzeniu migranckim  jako ryzyka dla bezpieczeństwa i deklaruje w tonie lewicy i Zielonych: „Prawo do ochrony przed wojną i prześladowaniem nie zna górnej granicy”. Sigmar Gabriel jest w tej kwestii bliższy klienteli własnej partii. W artykule dla magazynu „Der Spiegel” (16 grudnia 2017) oświadczył, że za tęsknotą za kulturą wiodącą i ojczyzną kryje się „również wśród naszych wyborców pragnienie orientacji w pozornie coraz bardziej niezobowiązującym świecie postmodernizmu”. I dalej, że SPD „pod względem kulturowym zbyt daleko oddaliła się od swych klasycznych warstw wyborców”. Chciałoby się dodać: ta sama diagnoza dotyczy CDU.

© istock/Eike Leppert

SPD poniosła klęskę w wyborach również dlatego, że hasło „Czas na więcej sprawiedliwości” nie trafiło w nerw czasu. To nie społeczna sprawiedliwość najbardziej zajmuje społeczeństwo, lecz kwestia bezpieczeństwa. Wiele badań opinii publicznej potwierdza tę właśnie hierarchię. Oczywiście SPD wspólnie ze związkami zawodowymi musi reprezentować interesy pracownicze, zarówno tak zwanych zwykłych ludzi, jak i robotników wykwalifikowanych. Wszystko inne byłoby frontalnym atakiem na własną historię. Ale zwierzchnictwo partii nie dostrzega przy tym, że to robotnicy, ludzie o najniższych zarobkach i bezrobotni płacić muszą ponosić konsekwencje za erozję bezpieczeństwa. To oni zdani są na publiczne autobusy i koleje oraz szkoły, w których coraz częściej dochodzi do brutalnych napaści. I to oni stoją na samym dole piramidy zarobków w bezpośredniej konkurencji z alimentowanymi przez państwo uchodźcami, migrantami i azylantami. O tyle więc bezpieczeństwo wewnętrzne powinno być zasadniczym tematem SPD, a nie tylko AfD i CSU. Z Schulzem jednak nie da się dokonać zmiany kursu, o którą apeluje Gabriel.

 

W SPD i CDU drogi kierownictwa i drogi bazy partyjnej nie zawsze są tożsame, szczególnie w zakresie polityki migracyjnej. Zarówno Schulz, jak i kanclerz Merkel w dalszym ciągu zamierzają rezygnować z kontroli granicznych i dopiero, gdy migranci znajdują się już w kraju, „porządkować i sterować” (Merkel). Niemcy przyjmują w ten sposób więcej migrantów niż cała reszta Europy razem wzięta, co przekłada się na ponad 15 000 osób miesięcznie. O fakcie, że wielu z migrantów nie jest rejestrowanych przez urzędy i że odrzucone wnioski o azyl – tak samo jak na przykład udowodnienie dokonania przez nich przestępstwa – nie zawsze prowadzą do ekstradycji, spośród partii reprezentowanych w Bundestagu mówi otwarcie i regularnie tylko AfD. Również krytyczne podejście do islamu napędza społeczne wsparcie dla tej partii, będącej przecież najbardziej na prawo.

© Michael Kappeler/dpa

Furorę zrobił ostatni ostrzegawczy list z pewnej szkoły z Saarbrücken, w której nauczyciele stracili kontrolę nad agresywnymi uczniami, pochodzącymi głównie ze środowiska migranckiego. 86 procent uczniów nie ma pochodzenia niemieckiego, 67 z 325 młodych ludzi przyjechało do Niemiec jako uchodźcy; muszą najpierw nauczyć się niemieckiego. To również pokazuje, że Niemcy z powodu kryzysu migranckiego poruszają się w kierunku przeciążenia strukturalnego, co oznacza, że zwyczajnie nie są w stanie sprostać podjętemu wyzwaniu. To przeciążenie mentalne, kulturalne, przeciążenie dla polityki bezpieczeństwa i w końcu finansowe. Tak długo, jak do kasy państwowej wpływają środki, a gospodarka przeżywa przecież boom, będzie można podołać ogromnym kosztom zakwaterowania, wyżywienia, opieki dla migrantów. Ale już dziś stanowią oni społeczny materiał wybuchowy. A co się stanie, gdyby doszło do kolejnej recesji? Na tle tego wszystkiego pisarz i filozof Richard David Precht wypowiedział tylko to, co mu się nie podoba: „Przepowiadam AfD świetlaną przyszłość”.

 

Jeżeli po rozmowach sondujących CDU, CSU, FDP i Zielonych w celu stworzenia tak zwanej koalicji jamajskiej miałyby ponieść fiasko również rozmowy na temat kontynuacji nie takiej już wielkiej koalicji CDU-CSU-SPD, bardziej prawdopodobne byłyby nowe wybory niż zmieniające się większości w Bundestagu. Na podstawie sondażów w przypadku nowych wyborów większość odrzuciłaby Angelę Merkel jako kanclerza, dlatego też Merkel uczyni wszystko, by kontynuować wielką koalicję – mimo że byłaby to koalicja z łaski SPD i trochę też ze strony CSU. W CDU poza wolą władzy nie da się rozpoznać niemal żadnej pragmatycznej liturgii. CSU z Markusem Söderem jako premierem Bawarii i wybranym ponownie na szefa partii przez 83,7 procent wyborców (po wcześniejszych 87,2 procent) Horstem Seehoferem – Martin Schulz musiał się zadowolić 81,9 po uprzednich 100 procentach – będzie prężyła muskuły. Siedzi jej na karku AfD i wybory do landtagu najbliższej jesieni. SPD pozostaje partią podzieloną między internacjonalizmem a patriotyzmem, kuratelą a samorealizacją, walką klasową a mieszczaństwem, która również musi pokazać wyniki negocjacji, by nie wpaść w ręce wewnątrzpartyjnych zwolenników totalnej opozycji. Ich godzina może wybić na kolejnym zjeździe partii przewidzianym w połowie stycznia.

 

Kiedy Martin Schulz opowiadał o losie „starego żółwia”, paralele z SPD, którą złośliwcy określają per „stara ciotka”, były oczywiste. SPD znajduje się w kryzysie zagrażającym jej egzystencji. Nie posiada języka ani oferty dla rosnącej, digitalnej już klasy średniej, dawna, klasyczna warstwa robotnicza zanika, a partia boi się dobitnie mówić o kluczowych tematach takich jak bezpieczeństwo, migracja, islam, tak samo jak i zdecydowanie działać. Nie lepiej sprawa wygląda z CDU, która w erze po kanclerz Angeli Merkel pewnie wpadnie w wykopaną pod nią programową dziurę. Polityka migracyjna rządu kanclerz Merkel dzieli ponadto Europę, ponownie powstała żelazna kurtyna – pomiędzy ponadnarodowym utopizmem a polityką narodowych interesów. Wzrastająca pewność siebie krajów Grupy Wyszehradzkiej wskazuje na to, że mogłaby się zakończyć nowa niemiecka, odrębna droga.

 

Być może dlatego „stary żółw” był symbolem losu pani kanclerz w zimie jej kariery. Żółw, jak powiedział Schulz, nie umarł wyłącznie z powodu plastiku w żołądku, lecz w wyniku złudnego poczucia, że „wciąż jest syty”. Nic nie jadł, gdyż uważał, że zjadł już wystarczająco dużo. Podobnie jest z panią kanclerz i jej partią. Czują się syci zadaniami, przebogaci w odpowiedzialność i wagę, nie odczuwając swojej pustki programowej.

 

Partie mogą ginąć również z powodu wewnętrznego wyczerpania.

nv-author-image

Alexander Kissler

Alexander Kissler, literaturoznawca i historyk. Pracuje w berlińskim biurze Neue Züricher Zeitung i jest autorem licznych publikacji.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

[give_form id="8322"]

News Alert

Bądź na bieżąco!

Zamawiając bezpłatny newsletter akceptuje Pan/Pani naszą ochronę danych. Wypisanie się z prenumeraty newslettera jest w każdej chwili możliwe.