Po innej stronie Europy

Często podczas bytności w Berlinie, gdzie tyle rzeczy przypomina o minonionym podziale Niemiec, wracam pamięcią do przełomu lat czterdziestych i pięćdziesiątych, który to okres spędziłem również w podzielonym mieście. Nie był to Berlin, tylko Linz. Linz nad Dunajem.

 

Po zwycięstwie aliantów nad hitlerowskimi Niemcami (Austria została włączona do Rzeszy w marcu 1938 roku przy ogromnym aplauzie większości Austriaków) moje rodzinne miasto podzielono na dwie strefy okupacyjne: rosyjską na północ i amerykańską na południe od Dunaju. Tak zwana linia demarkacyjna przebiegała środkiem rzeki. Na moście nad Dunajem, zbudowanym według wizji Adolfa Hitlera i nazwanym Mostem Nibelungów, zamiast planowanych przez nazistów monumentalnych postaci Siegfrieda i Kriemhildy na koniach stały teraz posterunki kontrolne Amerykanów i Rosjan, przez które w pierwszych latach powojennych przechodzono z lękiem, co zapamiętałem z opowiadań starszych osób.

 

Inna strona Europy była wówczas bardzo blisko – docierało się do niej przez most na Dunaju, tramwajem. I wcale nie wydawała się taka obca jak w późniejszych latach, gdyż tam po drugiej stronie mieszkali przyjaciele i krewni, wujek Egon i ciocia Marianne, dwoje krągłych, ciepłych i wesołych ludzi. Ciocia Marianne piekła poza tym wspaniałe ciasta.

 

Jednakże przy całej bliskości ta inna strona była zarazem niesamowita, a nawet groźna. Granica, która wówczas dzieliła nasz kraj na strefy, nie bez powodu uchodziła za niebezpieczną i dla wielu ludzi stała się symbolem nieufności i strachu.

Na tamtą stronę jeździliśmy tylko wtedy, kiedy już naprawdę nie dało się tego uniknąć.

 

Oni mieszkają po drugiej stronie, za żelazną kurtyną, mówiliśmy o wujku Egonie, cioci Marianne i innych osobach mieszkających na przeciwległym brzegu Dunaju, w administrowanej przez Rosjan części Linzu, na Wschodzie, a w tych słowach pobrzmiewało współczucie i ubolewanie, bo przecież ci ludzie nie stanowili sami o swoim losie, ale nam, którzy znajdowaliśmy się z tej strony, w strefie zachodniej, amerykańskiej, wiodło się zdecydowanie lepiej. Nam los sprzyjał.

Tych po drugiej stronie traktowaliśmy jak ubogich krewnych. “Ubodzy krewni.” Takie nastawienie, poczucie wyższości, któremu towarzyszyło współczucie, łatwo przechodzące w zniecierpliwienie, a nawet odrzucenie, przenieśliśmy później na sąsiadujące z nami kraje i ich mieszkańców, przyłączonych po 1945 roku do stalinowskiego imperium, nie z własnej winy, lecz wskutek wydarzeń historycznych, które przesądziły o ich losie i wobec których były bezsilne: paktu Ribbentrop-Mołotow z 23 sierpnia 1939 roku, wojny rozpętanej pierwszego września 1939 roku przez Niemcy hitlerowskie, konferencji w Jałcie w lutym 1945 roku, aby wymienić tylko kilka ważnych dat.

 

Polaków, Czechów, Słowaków, Węgrów, Słoweńców i Chorwatów, wszystkich sąsiadów, którzy po 1945 roku znaleźli się po tej drugiej, zniewolonej stronie Europy, traktowaliśmy w najlepszym razie jak ubogich krewnych, zasługujących na nasze współczucie, ale z dystansu. I co typowe w kontaktach z ubogimi krewnymi, mieliśmy również tendencję do traktowania ich z góry i upokarzania przy byle okazji. W końcu to my odnosiliśmy sukcesy, byliśmy zamożni, byliśmy kimś lepszym, a oni nam wszystkiego zazdrościli. Nasza Europa była piękniejsza, nasza Europa była bardziej kolorowa.

 

Z biegiem czasu zrodziło się podejrzenie, że owi sąsiedzi zapewne nie bez własnego udziału znaleźli się w takim trudnym położeniu. Może sami, przynajmniej częściowo, nawarzyli sobie tego piwa? Bądź co bądź nam, czy raczej naszym rodzicom, udało się podnieść z samego dna – z ruin, rumowisk, nędzy – i osiągnąć dobrobyt. Z pewnością musiał być jakiś powód, że tamci tego nie zrobili. Może byli mniej porządni, mniej pracowici od nas?

 

Tego rodzaju uprzedzenia wobec społeczeństw Europy Środkowo-Wschodniej, uprzedzenia, których źródeł należy doszukiwać się w zamierzchłej historii, spotykało się częstokroć wśród ludzi z pokolenia aktywnie uczestniczącego w wojnie na froncie wschodnim, gdzie było nieporównanie więcej ofiar i strat niż na Zachodzie. Również późniejsze generacje, my i nasze dzieci, przejęły te lekceważące stereotypy z niefrasobliwością, której dzisiaj powinniśmy się bardzo wstydzić.

 

U ludzi biorących udział w ekspansyjnej wojnie Hitlera dochodziła zapewne do głosu swego rodzaju satysfakcja, a nawet złośliwa radość. To była zemsta zwyciężonych nad zwycięzcami, którzy zaledwie kilka lat po wojnie okazali się prawdziwymi przegranymi – w sensie zarówno politycznym, jak i ekonomicznym.

 

Słyszę jeszcze słowa mojej babki, do ostatniego tchu zdeklarowanej nazistki, która za każdym razem, gdy tylko rozmowa schodziła na kłopoty materialne i zniewolenie czeskich sąsiadów, mówiła: Dobrze im tak, po co w Pradze wieszali za nogi “nasze biedne SS”?

 

“Nasze biedne SS.” Babka nie chciała przyjąć do wiadomości, że jej syn, mój ojciec, jako piastujący kierownicze stanowisko członek SS i funkcjonariusz gestapo osobiście uczestniczył w zbrodniach wojennych w Europie Środkowo-Wschodniej, w Polsce i w Czechosłowacji. O tym nie chciała nic wiedzieć.

Babka dała mi tyle miłości, tyle poczucia bezpieczeństwa, ile tylko dziecko może zapragnąć. A jednocześnie była twardą, zaciętą kobietą, niereformowalną, pełną nienawiści i pogardy wobec tych tam na Wschodzie, jak ogólnie to ujmowała. Takie uczucia usiłowała wszelkimi dostępnymi metodami wpoić również mnie, bezgranicznie kochanemu wnukowi.

Podobnie jak ja zostało wychowanych wielu ludzi z mojego pokolenia. W Austrii, a pewnie i w Niemczech.

 

Na naszym stosunku do tej innej strony Europy długo ciążyła historia, zwłaszcza zaś nazistowskie zbrodnie w Europie Wschodniej. Musiało minąć sporo czasu, zanim dotarło do nas, że droga do porozumienia z sąsiadami może prowadzić wyłącznie poprzez bezwzględny rozrachunek z mrocznymi rozdziałami własnej przeszłości, rozrachunek bezwzględny wobec siebie samych, ale także wobec naszych ojców i dziadków. W moim zaś przypadku bezwzględny wobec ukochanej babki, która odgrywała w rodzinie rolę nieprzejednanego ideologa. Oczywiście było to często bolesne.

 

Kiedy zastanawiamy się nad przeszłością, bardzo ważne wydaje się, żeby nie ulec pokusie porównywania wyrządzonych przez nas krzywd z tymi, które wyrządzono nam – obozów koncentracyjnych z wypędzeniami, masowych egzekucji z bombami zapalnymi.

Takie porównania – i tego już się nauczyliśmy – do niczego nie prowadzą, mogą co najwyżej utrudnić pojednanie z innymi ludźmi albo je wręcz uniemożliwić.

Nie oznacza to, że nie powinniśmy mówić ani pisać o doznanych krzywdach. To jest nieodzowne. Ale nie powinniśmy dokonywać porównań.

 

Dopiero w 2009 roku, kiedy przypada tyle rocznic, szczególnie wyraźnie uświadamiamy sobie, jak długie cienie rzuca przeszłość. Obchodzimy bowiem siedemdziesiątą rocznicę zawarcia paktu między Hitlerem a Stalinem i napaści na Polskę, co dało początek drugiej wojnie światowej. Dwadzieścia lat temu załamał się w Europie Środkowo-Wschodniej komunizm, a przed pięciu laty nastąpiło rozszerzenie Unii Europejskiej na Wschód. Te rocznice stwarzają okazję, aby rzucić krytyczne spojrzenie na najokrutniejsze stulecie w dziejach Europy, stulecie naznaczone dwiema pustoszącymi wojnami, które zaczęły się na tym kontynencie, i dwiema morderczymi ideologiami, które pochłonęły hekatomby ofiar – stulecie Auschwitz i Treblinki, ale również stalinowskich gułagów.

 

Biorąc pod uwagę ponurą przeszłość, poczyniliśmy duże postępy. Bardzo zbliżyliśmy się do naszych sąsiadów i nauczyliśmy się rozmawiać z nimi otwarcie. Historia po roku 1945 pokazała, że Europejczycy są gotowi stawić czoła zawirowaniom własnej przeszłości i wyciągnąć z nich właściwe nauki. Dowiodła również, że kraje tej drugiej części Europy potrafią własnymi siłami wyzwolić się spod kurateli Związku Sowieckiego.

 

Ów proces donoał się szybciej, niż śmieli przypuszczać nawet najwięksi optymiści. Rozszerzenie Unii Europejskiej o kraje, które wskutek drugiej wojny światowej dostały się w sferę przygniatających wpływów imperium stalinowskiego, jest sukcesem polityki europejskiej i niepodobna go przecenić. Tym boleśniej odczuwamy, że w ostatnich latach impet tego procesu wyraźnie osłabł.

 

Tam, gdzie dawniej panowała porywająca pewność, teraz zakorzeniły się dręczące wątpliwości. Szerzą się narodowe egoizmy, małostkowe, małoduszne myślenie. W niektórych krajach, nie tylko, ale również w Europie Środkowo-Wschodniej, odżywają nacjonalizmy wrogie wobec mniejszości narodowych, dostarczając wielu ludziom na Zachodzie pretekstu do ponownego oddalenia się od Wschodu, który nagle wydaje się znów groźny i nieobliczalny.

 

Ja mieszkam w południowym Burgenlandzie, w pobliżu granicy z Węgrami i Słowenią, granicy, która dzisiaj nie ma żadnego znaczenia. A jednak nadal istnieje. W każdym razie w umysłach ludzi. Między południowym Burgenlandem a graniczącymi z nim rejonami Węgier i Słowenii wcale nie odbywa się ożywiona wymiana. Mieszkańcy tych terenów, przede wszystkim Austriacy, sceptycznie zerkają na drugą stronę, bo wciąż obecne są w nich dawne lęki i nieufność. Choć przecież Burgenland przed 1918 rokiem należał nie do austriackiej, a do węgierskiej części monarchii austro-węgierskiej, czyli że ponownie zespala się to, co przed dziewięćdziesięciu laty było ze sobą związane. Nikt jednak nie czuje już tej dawnej wspólnoty. Więzy historyczne, łączące nas z drugą stroną, zostały dawno przecięte, a nowe powstają nieśpiesznie.

 

Podobnie przebiega to chyba w innych krajach Europy i co do tego nie powinniśmy mieć złudzeń. Trzeba wiele trudu i jeszcze więcej cierpliwości, żeby zlikwidować istniejące podziały, przezwyciężyć obawy i rzeczywiście nawiązać sąsiedzki dialog. I to w życiu codziennym, a nie tylko z okazji starannie przygotowywanych uroczystości „ku pamięci”, podczas których płyną potoki pięknych słów.

 

Wydarzenia polityczne, jak się zdaje, w wielu wypadkach wykroczyły poza horyzonty myślowe wielu ludzi, zostawiając je daleko w tyle. W umysłach ludzkich różne „otwarcia” i „rozszerzenia” dokonują się wolniej niż w polityce realnej, wolniej też znikają granice, mury oraz lęki. Uprzedzenia i obojętność wobec sąsiadów, którzy jeszcze wczoraj znajdowali się po drugiej stronie, są niekiedy trudniejsze do przezwyciężenia niż najbardziej gnuśne systemy polityczne.

 

Prawdopodobnie jestem zbyt wielkim pesymistą. Pamiętam czasy, kiedy granica z tą drugą częścią Europy znajdowała się bardzo blisko, bo na drugim brzegu rzeki Anizy i Dunaju, dwóch austriackich rzek, ograniczających mój dziecięcy świat. Dzisiaj przesunęła się daleko na wschód, ale nadal istnieje. Wciąż są kraje i ludy w Europie, które pozornie do niej nie należą, znajdują się poza nią, po drugiej stronie, za nowym, wirtualnym, jednak surowo strzeżonym murem, przecinającym nasz kontynent.

 

Myślę tu o Ukrainie. O cudownych ukraińskich autorach, których – zawstydzająco późno – odkrywamy od kilku lat, o Juriju Andruchowyczu, Oksanie Zabużko, Andreju Kurkowie, Jurko i Tarasie Prochaśkach, Siergieju Żadanie, Natalce Śniadanko – co roku pojawiają się nowe nazwiska, są tłumaczone nowe tytuły, a my przecieramy oczy ze zdumienia i zadajemy sobie pytanie, dlaczego tak długo ignorowaliśmy ten kraj, tę literaturę i tych ludzi? Nie ze względu na nich samych. Oni od zawsze należeli do Europy.

 

Myślę tu również o Białorusi, bliskim, a jednak tak dalekim i obcym kraju. Niekiedy wydaje się, że został nad nim rozpostarty płaszcz milczenia, nie tylko przez tamtejszego despotę, ostatniego dyktatora w Europie, lecz również przez nas. Może jednak rzeczywiście jestem zbyt wielkim pesymistą i nowy mur dzielący Europę nie postoi już zbyt długo. Tego życzę nam i naszym ukraińskim oraz białoruskim przyjaciołom.

 

Z niemieckiego przełożyła Sława Lisieck

 

Martin Pollack jest dziennikarzem, pisarzem i tłumaczem literackim współczesnej literatury polskiej oraz redaktorem licznych antologii. 11 listopada br. Martin Pollack został uhonorowany przez Federalny Związek Towarzystw Niemiecko-Polskich NAGRODĄ DIALOGU za jego wieloletnią pracę na rzecz porozumienia między czytelnikami polsko- i niemieckojęzycznymi.

 Artykuł ukazał się w DIALOGU nr 91.

nv-author-image

Martin Pollack

Martin Pollack jest dziennikarzem, pisarzem i tłumaczem współczesnej literatury polskiej. Jest redaktorem licznych antologii. Jego ostatnia publikacja to "Topografie der Erinnerung“, 2016.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *