Śpiewacy norymberscy w Poznaniu – rozmowa z Michaelem Sturmem

Od dwudziestu lat inscenizuje Pan opery. Jak Pan trafił do opery, a może to ona  sama trafiła do Pana?

 

Michael Sturm

Trafiłem do niej, idąc po prostu w młodych latach do Opery Państwowej w Hamburgu, gdzie miałem szczęście przeżyć wieczory, które głęboko zapadły mi w pamięć. Zaczęło się od “Lohengrina” Richarda Wagnera, choć były to tylko dwa akty, gdyż zepsuła się maszyneria sceniczna, zatem “Treulich geführt, ziehet dahin” można było nadrobić dopiero lata później. I jeszcze dzięki inscenizacji oratorium “Belshazzar” Händla przez Harry’ego Kupfera, która poruszyła mnie do łez, a stan ten trwał przez cały wieczór. Potem, w tym samym miejscu, obejrzałem „Karła” (Urodziny infantki) Zemlinsky’ego – jak ja cierpiałem razem z tym biednym karłem! Później nie było już dla mnie ucieczki, byłem zafascynowany i sam chciałem coś takiego robić. Ale muzyka już wcześniej odgrywała najważniejszą rolę w moim życiu – śpiewałem pasje i kantaty Bacha w chórze kościelnym i uczyłem się gry na skrzypcach i pianinie. Bach był moim bogiem, tak samo zresztą jak Beethoven i Wagner, który stał się w końcu narkotykiem mojego okresu dojrzewania. W kółko słuchałem “Tristana i Izoldy”, “Pierścienia Nibelunga” ze wszystkimi bohaterami i motywami oraz “Parsifala” i jego “cudu zbawienia”– odurzałem się tym, nie stawiając żadnych pytań. Te nadeszły później. Z muzyką łączę życiowe momenty, motywy wspomnień z długich podróży po świecie realnym i wyimaginowanym. Im jestem starszy, tym bardziej fascynuje mnie to, co enigmatyczne, metafizyczne, może nawet Bóg wyrażający się w sztuce i muzyce Wagnera.

 

Która z Pana dotychczasowych oper była najtrudniejsza?

 

Właściwie żadna nie jest trudna, jeśli jest się dobrze przygotowanym i wie, co się chce wyrazić. Atrakcyjne są dzieła złożone. Wyzwaniem jest wystawienie opery w miejscach, których nie kojarzy się automatycznie z muzyką i śpiewem. Zaliczam do nich tak wielkie wyzwania, jak wystawienie “Fidelia” w Albanii i “Sprzedanej narzeczonej” Smetany w dawnym obozie koncentracyjnym Theresienstadt. Były to dla mnie bardzo intensywne i ważne doświadczenia, które wyostrzyły mi spojrzenie na właściwe zadanie reżysera.

 

Obecnie pracuje Pan nad nowym projektem, którym są „Śpiewacy norymberscy” Richarda Wagnera. Premiera zaplanowana jest na marzec 2018 roku w Teatrze Wielkim w Poznaniu. Dlaczego zdecydował się Pan akurat na “Śpiewaków” i dlaczego na przedstawienie w Poznaniu?  

 

© iStock/AmandaLewis

“Śpiewacy norymberscy” to jedyne dzieło Wagnera, którego od czasu II wojny światowej w Polsce nie wystawiono. Zapewne istnieją ku temu uzasadnione powody – po pierwsze, wymaga to ogromnych wydatków na śpiewaków wykonujących po części bardzo trudne i długie partie wokalne, po drugie, nie obejdzie się również bez wielkiego chóru. Dochodzi do tego gigantyczna oprawa. I trudny do przyswojenia „wagnerowski język niemiecki“. Prawdopodobnie istnieje jeszcze jeden zrozumiały powód, który uwarunkowany jest samym dziełem Wagnera. Kończąca trzeci akt „scena na łące“ to „festyn niemieckości“, który na pierwszy rzut oka jest dość mocny. Czyhają tam takie teksty jak „Czcijcie swych niemieckich mistrzów, to przyciągniecie dobre duchy” ( „Ehrt eure deutschen Meister, dann bannt ihr gute Geister“). W polsko-niemieckim kontekście historycznym tego rodzaju wersy mogą szybko wywołać negatywne asocjacje, co jest zrozumiałe. Odczuwam to podobnie, choć z innej perspektywy. Ale nie kryje się za tym niemiecki szowinizm, lecz apel Wagnera, skierowany do rozproszonego w federacyjnym systemie narodu, który powinien być gotowy do szukania swojej tożsamości poprzez sztukę. Sztuka znajduje się w centrum, a człowiek to artysta, który artystycznymi środkami ma stawiać polityce pytania i zadania. Sztuka nie zna narodowych granic, burzy mury i tworzy mosty – tak to postrzegamy i to jest naszym zadaniem przy tym polsko-niemieckim projekcie. Wagner był notabene wielkim zwolennikiem polskiej walki narodowo-wyzwoleńczej, dlatego skomponował też uwerturę “Polonia”.

 

Wykorzystywanie czy zawłaszczanie Wagnera przez nazistów nie wzięły się zapewne znikąd, ponieważ jego opery i pisma do dziś oferują sporo “instrukcji” dla pewnych poglądów i interpretacji. Radosne C-dur owertury również ja asocjuję ze światem polityki germanizacyjnej Bismarcka, bardzo blisko Zamku Cesarskiego w Poznaniu. Z mojej tożsamości ta ambiwalentna historia nigdy się nie da usunąć. Może właśnie dlatego na początku mojej artystycznej drogi “Belshazzar” w interpretacji Kupfera tak bardzo mnie wzruszył, ponieważ jako miejsce akcji wybrał getto w czasie II wojny światowej. Wina, żałoba i nadzieja na przebaczenie z postanowieniem uczynienia świata lepszym poprzez sztukę odgrywają podświadomie, zapewne też u mnie, pewną rolę. Jestem świadom tego, co robię jako artysta i jaką ponoszę za to odpowiedzialność. To wyzwanie, które dodaje mi skrzydeł.

 

Nie po raz pierwszy inscenizuje Pan Wagnera. Co stanowi szczególne wyzwanie przy wystawianiu jego dzieł? Czy istnieje jakiś wspólny element leżący u podstaw jego dramatów muzycznych, który uwzględnia Pan w swojej koncepcji jako reżyser?  

 

Wagner zawsze poszukuje zbawienia – wszystkie jego postaci, ale i sam Wagner dąży do znalezienia zbawienia w miłości, czasem za maską dawnych mitów, czasami indywidualnie, jak w przypadku “Śpiewaków norymberskich”, gdzie nie walczy z sobą samym żaden bóg, lecz młody człowiek pragnie po prostu zdobyć miłość swojego życia i musi w związku z tym zdać egzamin, który na początku  niestety oblewa. Gdyby nie dobry nauczyciel w roli mentora i genialny talent młodego mężczyzny, opera zakończyłaby się przedwcześnie i widzowie mogliby po 90 minutach wrócić do domu. W “Śpiewakach” sztuka i jej rola w społeczeństwie stają się coraz większym tematem. Polityka i nacjonalizmy nie są pigułkami na zbawienie, ponieważ tylko sztuka ma tę moc, i tą Wagner przywołuje i czyni z niej swoją utopię. Temat ten nadaje się do dobrych i owocnych refleksji – i kłótni.

 

Richard Wagner przez całe życia wywoływał kontrowersje – zarówno ze względu na swoje dzieła, jak i na styl życia – i nadal jeszcze dzisiaj wywołuje często mieszane uczucia. Czy miał Pan trudności ze znalezieniem zwolenników swojej idei zarówno po polskiej, jak i po niemieckiej stronie?

 

W mojej młodości Wagner był narkotykiem, który pozwalał mi uciec przed rzeczywistością. Potem dotarła do mnie treść jego dzieł, a moje refleksje przerodziły się w głęboką wewnętrzną dyskusję z tym wyjątkowym kompozytorem. Co można właściwie dodać do tego, że na przykład ideologia Lohengrina polega na tym, że dobro mas jest ważniejsze od jednostki, jeśli społeczeństwo godzi się z tym, że zakazane są pytania o pochodzenie nowego przywódcy Brabancji – tylko dlatego, wygrać wojnę. Jaki mit mógłby tu jeszcze powstać i przede wszystkim – co jeszcze można z tego wydobyć?

 

Dzieła Wagnera posiadają moc sterowania ludźmi i przewodzenia im, artysta dobrze znał środki manipulacji. Nie pozwala on człowiekowi być tylko człowiekiem, lecz prowokuje go, zwłaszcza emocjonalnie, do zajęcia stanowiska. Być może to właśnie jest powodem, dlaczego ludzie w takim samym stopniu Wagnera kochają, jak i nienawidzą. Z kolei ja wypracowałem w sobie zdrowy dystans. Fenomen Wagnera znajduje zwolenników i promotorów, “Śpiewacy w Poznaniu” zyskują coraz większe grono fanów. Chcemy budować mosty porozumienia, zbliżyć do siebie ludzi, umożliwić dyskusje w miejscu sztuki, gdzie nie chodzi o nacjonalizmy, tylko o człowieka i jego tożsamość. A “Śpiewacy” Wagnera idealnie się do tego nadają. To wielka radość, kiedy widzi się, że grupa przyjaciół i osób wspierających projekt cały czas rośnie – także w kręgach politycznych, czyli w parlamentach Warszawy i Berlina.

 

Na czym skupi Pan uwagę przy inscenizacji “Śpiewaków”? Czy Poznań lub Polska odegrają przy tym jakąś rolę?

 

Miasto i jego historia odgrywają dużą rolę. Kiedy Wagner tworzył swoich “Śpiewaków”, Polska jako państwo nie istniała. A tam, gdzie na cokole niedaleko uniwersytetu stoi Adam Mickiewicz, znajdował się pomnik Otto von Bismarcka. Cóż za piękne zrządzenie losu, że poeta wyparł polityka. Wagner na pewno by temu przyklasnął – czynię to również ja i składam ukłon w kierunku twórcy “Pana Tadeusza”, który stanowi dla mnie wspaniały klucz do rozumienia Polski. Myślę też o narodzinach niemieckiej demokracji podczas Hambacher Fest, które prawodpodobnie nie odbyłyby się w ten sposób bez polskiego orła i biało-czerwonej flagi. Polska była wzorem do naśladowania  – i Wagner trzymał biel i czerwień w ręku. Zatem też o tym myślimy w jubieluszowym roku 2018, jak przed 100 laty skończył się stary porządek, powstała Rzeczpospolita Polska, tak samo jak Republika Weimarska. Wszystko silnie się ze sobą łączy i to jest interesującym wyzwaniem na przyszłość.

 

Dziękujemy Panu za rozmowę.

 

Z niemieckiego przełożyła Monika Satizabal Niemeyer

nv-author-image

Rozmowa

0 myśli na “Śpiewacy norymberscy w Poznaniu – rozmowa z Michaelem Sturmem”

  1. Bardzo ciekawa rozmowa, z przyjemnością wybrałbym się do Poznania na “Śpiewaków norymberskich”. Trzymam zatem kciuki. Powodzenia i do zobaczenia w Poznaniu!

  2. Bardzo ciekawa rozmowa, z przyjemnością wybrałbym się do Poznania na “Śpiewaków norymberskich”. Trzymam zatem kciuki. Powodzenia i do zobaczenia w Poznaniu!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *