Przejdź do treści

Zwycięzcy na rozdrożu

Koalicja Obywatelska pod wodzą Donalda Tuska po raz pierwszy od dekady znów zwycięska – to główna, ale niejedyna informacja, jaką przyniosły w Polsce czerwcowe wybory do Parlamentu Europejskiego. Dla obozu demokratów skończyły się ono słodko-gorzką nutą i refleksją, że po pierwsze Prawo i Sprawiedliwość choć krwawi, trzyma się na nogach dość mocno, po drugie – że jeden błąd może kosztować utratę władzy. Jeden, nawet najmniejszy.

Koalicja 15 października w czerwcowy wieczór wyborczy nie miała zbyt wielu powodów do świętowania. Liderzy Lewicy i Trzeciej Drogi gratulowali zwycięstwa swojemu większemu koalicjantowi, ale sami musieli przełknąć gorzką pigułkę wielkości pięści. Lewica z 6 proc. zajmując ostatnie miejsce, ma nie tylko mniej mandatów w PE, ale nie wprowadziła do niego tak znaczących polityków jak dwóch byłych premierów: Włodzimierza Cimoszewicza i Marka Belkę. Ale prawdziwy huragan złych emocji musiał szaleć w obozie, a raczej dwóch obozach Trzeciej Drogi, utworzonej przed wyborami 2023 roku koalicji Polskiego Stronnictwa Ludowego i Polski 2050. Wynik poniżej 8 proc., gdyby go przełożyć na wybory do Sejmu, oznaczałby nieprzekroczenie progu wyborczego. W ciągu dziewięciu miesięcy Trzecia Droga, konserwatywno-ludowy filar demokratycznej koalicji rządzącej, roztrwoniła dobrych kilka punktów procentowych poparcia. I zwłaszcza wśród ludowców od razu podniosły się głosy, że formuła Trzeciej Drogi się wyczerpała. Że co prawda nie ma mowy o opuszczeniu koalicji rządzącej, ale każdy powinien w niej pozostawać na swoich warunkach i pod własnym szyldem. Za identyfikacją tęsknią zwłaszcza ludowcy, którzy są wręcz przerażeni wynikami w ich tradycyjnym elektoracie, czyli na wsiach.

To przerażenie, oczywiście, jest nieco na wyrost. Wybory europejskie mają nie tylko swoją ordynację, ale też specyfikę, którą najlepiej wyraża frekwencja. Mimo starań premiera Donalda Tuska, który w ostatnich przedwyborczych tygodniach przypominał o wysokiej stawce tych wyborów, mierzonej z jednej strony rosnącą w Europie popularnością partii nacjonalistycznych i faszyzujących, z drugiej – zagrożeniem ze strony Rosji, do urn 9 czerwca poszło zaledwie 40 proc. wyborców. Gdy weźmie się 75 proc. frekwencję z wyborów parlamentarnych, łatwo zrozumieć, dlaczego wyniki nad Wisłą wyglądają tak a nie inaczej.

Szymon Hołownia, który jeszcze kilka miesięcy temu był niekwestionowanym liderem w wyścigu do prezydentury 2025 a dziś mierzy się z dramatycznym spadkiem popularności, próbował już następnego dnia po wyborach dobrze znanej śpiewki (choć znanej w zupełnie innym wykonaniu): „Wina Tuska”. Może nie dosłownie, ale sens wypowiedzi marszałka Sejmu był właśnie taki: Donald Tusk polaryzuje scenę polityczną, dzieli opinię publiczną, rząd zajmuje się przede wszystkim rozliczaniem Prawa i Sprawiedliwości, nie skupia się na sprawach dla Polaków ważnych, i stąd niska frekwencja i żółta kartka dla demokratów.

Rzadko się zdarza, by sympatyczni politycy – a Szymon Hołownia niewątpliwie jest sympatyczny – tak bardzo jawnie i bez cienia skrępowania mijali się z prawdą. Można spuścić zasłonę milczenia na fakt, że Hołownia przez dłuższy czas lekceważył fakt podania przez Tuska, przed jesiennymi wyborami, pomocnej dłoni Trzeciej Drodze, która długo nie mogła się przebić przez próg 8 proc. Na ostatniej prostej przyszły premier wręcz apelował do wyborców, by nie przerzucali głosów z rozsądku na silniejszą KO, a głosowali tak, jak im podpowiada sumienie – wiedząc doskonale, że tylko wejście TD do Sejmu pozwoli odebrać władzę partii Jarosława Kaczyńskiego. Hołownia twierdził jednak po wyborach, że to nie apel Tuska, ale świetna oferta programowa i wiarygodni kandydaci przyciągnęli wyborców.

Można jednak postawić euro przeciw rublom na tezę, że utrata wyborców na rzecz Koalicji Obywatelskiej przez Trzecią Drogę to nie „wina Tuska”. Odpowiedzialność spoczywa na liderach Trzeciej Drogi. Dowodów dostarczają zresztą oni sami. – Polacy wybrali Sejm dużo bardziej konserwatywny niż oni sami – mówił w marcu Szymon Hołownia, komentując w rozmowie z tygodnikiem „Polityka” opór Trzeciej Drogi co do pomysłów liberalizacji przepisów aborcyjnych. Fakt, Sejm w 70 proc. składa się z mężczyzn, ale Trzecia Droga – zarówno Polska 2050 jak i PSL – wbrew bon motom Hołowni nie są zakładnikami swoich elektoratów w sprawach światopoglądowych. Przeciwnie, sondaże, wykonywane przez różne ośrodki wczesną wiosną, gdy decydowano o odłożeniu projektów aborcyjnych na „po wyborach” (samorządowych), wskazywały, że ok. 60-70 proc. wyborców Trzeciej Drogi (zwłaszcza Polski 2050) popiera legalizację aborcji do 12. Tygodnia ciąży, czyli najdalej idący projekt z czterech, nad którymi pracuje Sejm. Tymczasem ich reprezentanci forsują projekt przywracający stan sprzed października 2020 roku, kiedy to Trybunał Konstytucyjny Julii Przyłębskiej orzekł o niekonstytucyjności przesłanki ciężkiego uszkodzenia płodu. Problem polega na tym, że Polacy (i Polki) takiego „kompromisu” już nie chcą.

Postawa polityków Trzeciej Drogi pokazuje, że są wyjątkowo oporni, jeśli chodzi o uczenie się na błędach a klęska w wyborach do PE nie przyniosła w tej sprawie przełomu. Gdy na tapecie pojawił się nowy projekt dotyczący związków partnerskich (tu Szymon Hołownia już dawno zadeklarował publicznie, że będzie głosować za), duża część ludowców, z liderem partii i wicepremierem Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem stawia czynny opór. Mimo że więcej niż siedmiu na dziesięciu wyborców Trzeciej Drogi deklaruje poparcie dla legalizacji związków partnerskich. Wierność własnym poglądom jest cenna do momentu, gdy przeradza się w obojętność, wręcz głuchotę na głos wyborców. Ci mają, nomen omen, wybór. Zawsze mogą poszukać ugrupowania, które będzie lepiej, skuteczniej, odpowiadać na potrzeby tych, którzy decydują przy urnach. Zawsze mogą też, niestety, zostać w domach, jeśli stwierdzą, że żadne ugrupowanie ich nie reprezentuje. Trzecia Droga, ważny segment demokratów, zamiast walczyć o odbicie choć części elektoratu centrowego, coraz bardziej zdaje się być wyłącznie odbiciem ambicji liderów.

Ten projekt zdaje się ulegać wyczerpaniu, a to co dzieje się po drugiej stronie politycznej barykady może tylko przyspieszyć proces. Donald Tusk jest zbyt doświadczonym graczem, by nie dostrzec poważnych ruchów tektonicznych zachodzących w (i wokół) partii Jarosława Kaczyńskiego. Wybory europejskie potwierdziły, że PiS ciągle może liczyć na wyborców, których nie zniechęciły nawet potwierdzone dokumentami informacje o skandalu w Funduszu Sprawiedliwości – instytucji, której zadaniem jest pomoc ofiarom przestępstw, a który politycy Suwerennej Polski, partii Zbigniewa Ziobry, byłego ministra sprawiedliwości, samozwańczego reprezentanta najbardziej eurosceptycznej i zachowawczej części obozu Zjednoczonej Prawicy (aż trudno nie przywołać połajanek, którymi Ziobro raczył ówczesnego premiera Mateusza Morawieckiego, pouczając go, że w negocjacjach z Brukselą nie można być „miękiszonem”) używali do realizacji własnych, partyjnych interesów. W sprawie są już aresztowania, również urzędników Ministerstwa Sprawiedliwości, które Fundusz nadzoruje. Byłemu wiceministrowi Marcinowi Romanowskiemu prokuratura chce postawić zarzut działania w zorganizowanej grupie przestępczej – można się tylko domyślać, że zarzut kierowania nią zostanie postawiony jego ministerialnemu i partyjnemu zwierzchnikowi. Romanowski musi się liczyć z utratą immunitetu. Zbigniew Ziobro, od pół roku nieobecny w polityce ze względu na ciężką chorobę nowotworową, również.

Jarosław Kaczyński próbuje ucieczki do przodu. Musi, gdy w swojej własnej partii coraz częściej musi się liczyć z niesubordynacją, jeśli nie jawnym buntem. Przykład? W Małopolsce, jednym z województw, w których PiS ma po wyborach samorządowych większość wystarczającą do samodzielnych rządów, od kwietnia nie udaje się wybrać marszałka a Łukasz Kmita, kandydat, którego namaścił lider PiS i w sprawie którego zaangażował swój cały autorytet, przepadł już w dwóch głosowaniach. Jego wybór blokuje frakcja byłej premier Beaty Szydło, która ma z Jarosławem Kaczyńskim wiele rachunków do wyrównania – nie raz i nie dwa była przez niego publicznie upokarzana, również jako szefowa rządu.

Tak, Kaczyński musi zademonstrować sprawczość. Gdy nielubiany przez niego Ziobro (Kaczyński przez lata czuł się jego zakładnikiem) walczy o życie w szpitalu, prezes PiS inspiruje rozpad Suwerennej Polski – już pierwsi posłowie albo opuścili tonący statek, albo lada moment to zrobią. Kaczyński chce przejąć tych, którzy nie brali udziału – przynajmniej nie bezpośrednio – w finansowym skandalu, od reszty się odciąć, jeśli to oczywiście będzie możliwe. Może się jednak okazać, że możliwe nie będzie, a kara – wymierna, dotkliwa i przez to wyjątkowo skuteczna – spadnie na PiS. Zjednoczona Prawica szła do wyborów wspólnie jako Prawo i Sprawiedliwość. Prokuratura ma dowody na używanie przez „ziobrystów” pieniędzy Funduszu Sprawiedliwości w kampanii wyborczej 2023 roku, ale obciążają one nie tylko polityków tej partii ale cały komitet wyborczy. Dokumenty analizuje Państwowa Komisja Wyborcza pod kątem nielegalnego finansowania kampanii – za mniejsze przewinienia partie traciły dotacje z budżetu państwa na całą kadencję. W przypadku PiS mowa o 30 mln zł rocznie – Jarosław Kaczyński musi się liczyć, że tych pieniędzy nie dostanie. To jednak nie wszystko, bo badane są również dokumenty za kampanię wyborczą w roku 2019. I jak najbardziej możliwe jest, a wręcz prawdopodobne, że PiS będzie musiało zwrócić dotację za poprzednią kadencję – to koleje ok. 100 milionów złotych. Dla partii, która jeszcze rok temu dosłownie tarzała się w publicznych pieniądzach i miała dla swoich działaczy tłuste synekury w spółkach Skarbu Państwa, może to być cios oznaczający nie tylko finansowe, ale polityczne bankructwo.

Demokraci nie mogą jednak spać spokojnie. Podczas wieczoru wyborczego 9 czerwca Donald Tusk podkreślał, że Polska tym razem znalazła się po jasnej stronie mocy – w przeciwieństwie do wielu krajów Zachodniej Europy, w których historyczne wyniki odnotowały ugrupowania skrajnej prawicy. Polska wzmocni znacząco odgrywającą w Parlamencie Europejskim wiodącą rolę Europejską Partię Ludową a szef polskiego rządu podczas negocjacji z innymi liderami europejskimi na temat obsady kluczowych unijnych stanowisk odgrywał jedną z wiodących ról, był – jakby na to nie patrzeć – rozgrywającym. To jednak nie wymazuje faktu, że oprócz okazałego wyniku PiS dwucyfrowe poparcie w ostatnich wyborach uzyskała Konfederacja, ugrupowanie skupiające nacjonalistycznych i ksenofobicznych polityków, a przynajmniej część z nich – w tym Grzegorz Braun, który w grudniu 2023 roku zaatakował gaśnicą w budynku parlamentu płonącą menorę – ma dość oczywiste związki z prokremlowskimi środowiskami. To zaś, co niepokoi w sposób szczególny (zmartwienie to jest udziałem również innych krajów, w tym Niemiec): skrajną prawicę poparła bardzo duża część najmłodszych grup wyborców, którzy poszli do urn.

Jesienią młodzi wyborcy w Polsce dali demokratom władzę. Późną wiosną – zostali w domach lub zagłosowali na nacjonalistów. Rozdroże, na którym znalazł się obóz władzy, to nie proste skrzyżowanie, a przecinające się rozwidlenia dróg.

 

 

Małgorzata Solecka

Małgorzata Solecka

Dziennikarka portalu Medycyna Praktyczna i miesięcznika Służba Zdrowia, w latach 1998-2007 dziennikarka i redaktor w "Rzeczpospolitej", pracowała również w "Życiu", PAP oraz tygodniku "Newsweek".

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

The shortcode is missing a valid Donation Form ID attribute.

News Alert

Bądź na bieżąco!

Zamawiając bezpłatny newsletter akceptuje Pan/Pani naszą ochronę danych. Wypisanie się z prenumeraty newslettera jest w każdej chwili możliwe.