Przejdź do treści

Media w Polsce. Propaganda nie ukryje zubożenia

Orlenizacja gazet regionalnych w Polsce została przypieczętowana. Rzecznik praw obywatelskich nic już w tej sprawie nie zrobi. Czy to koniec wolności słowa w mediach regionalnych i większe szanse na zwycięstwo PiS w nadchodzących wyborach? A może przeciwnie, bo ludzie odwrócą się od mediów wydawanych przez tych, którzy wykonują polecenia władzy. Może to oznaczać potężny spadek zainteresowania gazetami w Polsce, gdzie coraz trudniej mówić o rzetelnym dziennikarstwie.

Pracowałam przez 18 lat w Polska Press. W ostatnich latach jako komentatorka polityczna. Krótko po przejęciu grupy wydawniczej przez Orlen, dostałam polecenie służbowe – zakaz komentowania życia politycznego. Zaraz potem zakaz rozmów z ekspertami o życiu publicznym. Czasem pozwalano mi rozmawiać o polskiej czy zagranicznej polityce, ale z ekspertem sympatyzującym z obozem władzy. Najlepiej takim z listy, którą otrzymałam mailowo. Byli to głównie ludzie, którzy nie objaśniali złożoności świata, lecz utwardzali stare podziały i wyraźnie popierali PiS. Nie zgodziłam się. Gdy zgłaszałam tematy ważne dla zwiększania świadomości społecznej, istotne z punktu widzenia rzetelnego informowania czytelnika, słyszałam: szef (nowy naczelny) nie chce tego tematu. Niektóre teksty w ogóle się nie ukazały. O podziałach w Polsce, o uchodźcach, o drażliwych sprawach dotyczących afer w PiS, o marnotrawieniu publicznych pieniędzy czy o sądownictwie. Tak jest i teraz, wystarczy otworzyć gazetę. Nowi przełożeni uważali, że my, dziennikarze, rozmawiamy agresywnie, pytając np. o pedofilię w Kościele. A jeśli się na taką rozmowę godzili, życzyli sobie, aby zakończyła się „akcentem optymistycznym”.

Przekaz przełożonych był głównie ustny – sprytnie, nie zostawia śladów na papierze. Trudno wówczas udowodnić w sądzie, że sam naczelny łamie prawo prasowe, bo utrudnia dziennikarzowi pracę i nie pozwala na realizację podstawowej zasady dziennikarstwa – pluralizmu. Ale i swobodnego doboru ciekawych, ważnych tematów. Chcąc ograniczyć takich dziennikarzy jak ja, nowi właściciele wymyślili, że „teraz stawiamy na lokalność”. Mimo że badania czytelnictwa pokazywały, że czytelnicy chcą czytać w gazetach regionalnych o polityce ogólnopolskiej i światowej. Każdy poprzedni właściciel mediów regionalnych to wiedział i nie przyszłoby mu do głowy kneblowanie reporterów. Dziennikarze byli fatalnie opłacani, ale nigdy nie byli sprowadzani do poziomu tuby propagandowej. Nie pisali tak, jak kazała im władza, by ta zyskiwała popularność i glejt, że słusznie postępuje. Teraz muszą tak pisać albo odejść. Ewentualnie mogą wyrabiać klikbajty treściami – eufemistycznie mówiąc – rozrywkowymi.

Odeszłam. I ze zgrozą patrzę z dystansu, jak gazety regionalne wysługują się władzy.

Koniec krytyki, dopóki rządzimy

Polski koncern paliwowy Orlen przejął 20 regionalnych dzienników grupy Polska Press w marcu 2021 r. Kupił je od niemieckiej Verlagsgruppe Passau Capital Group za 210 mln zł. W pakiecie było też 120 tygodników lokalnych i 500 witryn online. Dzięki transakcji Orlen, spółka Skarbu Państwa, uzyskała dostęp do blisko 17,5 mln użytkowników portali wchodzących w skład Polska Press. I zaczęła robić porządki. Najpierw wyrzuciła wszystkich naczelnych i zastąpiła ich zaufanymi ludźmi. Takimi, którzy wiedzą, jak pisać, aby władza była zadowolona, pochwalona i zdobywała nowych zwolenników. Orlenowskie media zaczęły pomijać niewygodne i trudne tematy polityczne albo wspominały o nich zdawkowo, w krótkich tekstach na ostatnich stronach. Władza miała coraz lepsze samopoczucie. Zniknęła krytyka obozu Zjednoczonej Prawicy, ani słowa o aferach rządu. Pojawiła się za to mocna krytyka opozycji, która „kala własne gniazdo” i podlizuje się Unii Europejskiej. Prof. Adam Bodnar, ówczesny rzecznik praw obywatelskich, uważał „orlenizację” za zamach na wolność mediów. Ostrzegał, że gazety regionalne staną się biuletynami propagandowymi PiS. I miał rację. Ale miał też związane ręce – odchodził z urzędu znienawidzony przez PiS i blokowany na każdym kroku. Nowy RPO, prof. Marcin Wiącek (wybrany kompromisowo po długich bojach o obsadzenie tego urzędu) złożył odwołanie od zgody prezesa UOKiK na przejęcie wydawnictwa Polska Press przez Orlen. Jednak na początku czerwca Sąd Okręgowy w Warszawie, oddalił je. Mimo apeli organizacji pozarządowych (Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka i Sieci Obywatelskiej Watchdog Polska), RPO zdecydował, że nie wniesie apelacji w sprawie przejęcia przez Orlen kontroli nad Polska Press. Podziela wprawdzie niepokoje organizacji społecznych związane z prasą regionalną, ale przekonała go argumentacja sędziego Witolda Rękosiewicza, że „to rynek powinien zdecydować, czy konsumenci będą, czy nie będą nadal korzystać z prasy wydawanej przez Polska Press”. Zdaniem RPO konieczna jest zmiana prawa w obszarze koncentracji na rynku mediów, bo obecnie żaden organ władzy publicznej, w tym UOKiK, nie ma kompetencji, aby dokonać oceny koncentracji na rynku prasowym z punktu widzenia pluralizmu przekazu oraz wolności pozyskiwania i rozpowszechniania informacji. Jest to poważna luka w porządku prawnym, a jej usunięcie nie jest możliwe w drodze interpretacji. Wymaga po prostu nowelizacji prawa. Tak twierdzi RPO, co oznacza, że za tej władzy, która podporządkowała sobie sądy, nie uda mu się nic zrobić. PiS-owi za bardzo zależy na koncentracji mediów regionalnych w rękach Orlenu. Zwłaszcza przed wyborami. Sprytnie i w białych rękawiczkach gazety docierające do małych miejscowości sączą przekazy, które PiS-owi są bardzo na rękę. Że wszystko jest pod kontrolą, za afery odpowiada opozycja, a obóz rządzący podnosi Polskę z kolan, na których żebrała o uznanie przed Europą za poprzednich rządów. Polityki w gazetach jest mało, a jeśli już to sukcesy PiS. Chyba że opozycja zrobi coś, co warto opisać jako uporczywe przeszkadzanie w znakomitym zarządzaniu krajem. Za to jest dużo treści o ludzkich sprawach, bo trzeba jakoś ratować czytelnictwo.

– Profesor Marcin Wiącek nie jest Adamem Bodnarem i zapewne doszedł do wniosku, że apelacja byłaby nieskuteczna, a sprawa gazet lokalnych niewarta mocnego zaangażowania – uważa dr Hubert Stys, ekspert ds. bezpieczeństwa w Wyższej szkole bankowej w Toruniu. – Patrząc na to z punktu widzenia roli tych mediów, paradoksalnie po części ma rację. Dopiero co zanotowano dwucyfrowe spadki poczytności, a możliwa zmiana władzy już za rok. Gazety już zostały oczyszczone przez politycznie jednoznacznie kojarzoną Dorotę Kanię, a ich linia przestawiona na ochronną wobec rządu i PiS-u. Jest oczywiste, że w ten sposób gazety te musiały stracić dużą część odbiorców, głównie tych krytycznych i refleksyjnych. Siłą rzeczy ich moc oddziaływania na opinię publiczną mocno spadła. Pojawia się również pytanie, jak te media odnajdą się w warunkach przestawiania się na odbiorcę elektronicznego i nowoczesnych metod funkcjonowania, nie mówiąc o holistycznej filozofii aktywności, marketingu i tworzenia interesujących odbiorcę treści. Zakładam, że podobnie jak w radiu, konkurencja wobec tych ośrodków medialnych nie będzie spała. Słabość personalna grupy Polska Press i produkowanych przez nią treści, znajdzie swoje zaprzeczenie.

Tylko młodzi mogą to zmienić?

Prof. Anna Siewierska-Chmaj, politolożka z Uniwersytetu Rzeszowskiego nie ma wątpliwości, że prasa regionalna ma duże znaczenie dla wielu społeczności lokalnych. Szczególnie tych, które z różnych względów są wykluczone cyfrowo.

– Przejęcie przez PiS tego rodzaju gazet nie uderzy w młodych ludzi, korzystających z Internetu i tam poszukujących informacji, ale w osoby starsze, mniej sprawnie poruszające się w zdigitalizowanym świecie, czy zupełnie odcięte od Internetu – ocenia politolożka. – To dodatkowo scementuje twardy elektorat prawicy, ale nie będzie mieć znaczącego wpływu na jego poszerzenie. W tym sensie „orlenizacja” gazet regionalnych jest raczej inwestycją w istniejącą bazę wyborców i przejęcie nad nimi całkowitej kontroli. To nie oznacza jednak, że sam proces jest niegroźny. Przeciwnie – PiS świadomie i konsekwentnie realizuje scenariusz węgierski, redukując kawałek po kawałku najważniejsze elementy liberalnej demokracji i społeczeństwa obywatelskiego. I robi to bardzo sprawnie, wykorzystując wszelkie dostępne środki. Kolejna kadencja jest dla Zjednoczonej Prawicy sprawą priorytetową – to już nie tylko kwestia utrzymania władzy, ale dla części polityków i ich rodzin, także utrzymania wysokiego standardu życia czy wręcz bezkarności. Można się zatem spodziewać, że przejęcie gazet regionalnych jest tylko pierwszym krokiem na drodze do dalszego ograniczania wolności mediów w Polsce. Nie zawsze jest to tak spektakularne i widoczne, jak wykupienie grupy Polska Press. Obserwujemy raczej pełzający proces niszczenia niezależnego dziennikarstwa, podkopywania zaufania do ważnych dla obywateli instytucji, degradowania lub przekupywania ekspertów, zastraszania reklamodawców wolnych mediów, szerzenia dezinformacji i wiele innych działań.

Prof. Siewierska-Chmaj jest przekonana, że wspólnym mianownikiem tych działań jest stworzenie Polski konserwatywnej, katolickiej, wrogiej wobec wszelkich mniejszości, zdystansowanej od intelektualnego dorobku Zachodu i wartości reprezentowanych przez Unię Europejską. Żeby ten cel osiągnąć, PiS jest w stanie przejąć nie tylko media regionalne. Czy te działania przyniosą oczekiwany przez Zjednoczoną Prawicę efekt? To będzie zależało od wielu czynników, ale dwa będą kluczowe. Po pierwsze, ile wytrzyma budżet państwa, z którego hojną ręką musi czerpać rząd, aby zniwelować rezultaty wysokiej inflacji – kolejne pakiety pomocowe, programy socjalne, dodatki etc. muszą powstrzymać niezadowolenie społeczne przynajmniej do kolejnych wyborów parlamentarnych. Po drugie, na ile opozycji uda się zaktywizować młodszy elektorat i to zaktywizować nie tylko do tego, aby w Internecie wyrażał swoje niezadowolenie z rządów prawicy, ale przede wszystkim, żeby dał temu wyraz, biorąc udział w wyborach. Jeśli wirtualną aktywność młodych uda się przenieś do realu – PiS przegra.

Prof. Lech Witkowski, filozof z Akademii Pomorskiej w Słupsku, autor ponad dwudziestu książek, m.in. dotyczących autorytetu i edukacji, nie zauważył, aby los gazet regionalnych w Polsce wywołał jakieś szerokie emocje poza środowiskami demokratycznymi opozycji.

– Władza prawicy od dawna szermuje hasłem obrony „polskości” rzekomo zagrożonej przez obcych, w tym Niemców czy Norwegów i Unię Europejską – mówi prof. Witkowski. – Coraz silniej rozkręca oskarżenia o „antypolskość”, co podchwycają najbardziej prymitywne kręgi elektoratu. Orlen posłusznie uruchamia kolejne działania czyniące z niego ofensywnego potentata gospodarczego, np. poprzez wchłonięcie Lotosu czy obecnie kampanię sprzedawania akcji polskim udziałowcom. W obliczu niepewności rynkowej i ogromnej inflacji, z groźbą radykalnego wzrostu kosztów utrzymania to, co dzieje się w mediach, w tym w gazetach regionalnych, nie będzie w polu widzenia przeciętnego Polaka. Gazety regionalne zostały zniszczone tak, jak telewizja publiczna i jej ośrodki regionalne. Wyeliminowano myśl opozycyjną i oparcie dla niej. Wolności słowa i troski o demokrację w tych mediach już nie ma. Ich funkcja jest zamknięta w ramach dyspozycyjności politycznej i nagonki na zjawiska wygodne dla manipulacji.

Gazety nie przykryją drożyzny

Zdaniem prof. Witkowskiego – teraz dopiero gazety regionalne mogą dowolnie rozkręcać narrację i inicjatywy środowiskowo wspierające władzę. Na dodatek rynek mediów drukowanych się kurczy. Polacy rzadko kupują czasopisma i gazety, coraz bardziej niespokojni o codzienne utrzymanie.

– Jedyna szansa dla demokracji w Polsce to stopniowe uświadomienie sobie przez część elektoratu PiS, że strategia polityczna obozu władzy okazała się słabo chronić przed wzrostem kosztów utrzymania. Cała ta nieudolność władzy uderzy przecież w najbiedniejszych – tłumaczy prof. Witkowski. – Wówczas nawet powtarzanie przez Zjednoczoną Prawicę, że wszystko zło, które dzieje się w Polsce to wina wojny Putina i rządów Tuska, nie wystarczy. Najważniejsze jednak jest to, aby opozycja zdołała się zjednoczyć na tyle, aby przejąć władzę w Polsce i rozliczyć obecne „elity prawicowe” z zamachu na demokrację i praworządność. Nie można wykluczyć, że w poczuciu zagrożenia przegraną, władza prawicy sięgnie po gazety regionalne jako oręż radykalnej rozprawy z wolnością słowa. A wszystko to jak zwykle uczyni pod płaszczykiem obrony prawdy i sprawiedliwości. Ciągle wysokie poparcie w sondażach, w granicach powyżej 30 proc. sugeruje, że mają na kim się oprzeć.

Dr Hubert Stys przekonuje też, że jeśli mamy rozumieć rolę dzienników jako filaru czwartej władzy, patrzącej na ręce partii rządzącej, to oczywiście nic tu z tego nie będzie. Swoboda dziennikarska skończyła się, nic nowego o ekscesach rządu w tych nośnikach się nie dowiemy. Natomiast nie uda nam się precyzyjnie wymierzyć, jak to wpłynie na wynik wyborów. Analogiczny proces na Węgrzech – orbanizacja mediów – przyczynił się do zwycięstw obozu rządzącego. Ale w Polsce media nigdy znacząco nie decydowały o wyniku wyborczym – SLD w 2005 czy PO w 2015 traciły władzę, mając subtelnie przychylne media publiczne.

– Zakładam, że wyborcy teraz mocno przewartościują swoje poparcie dla partii politycznych, odczuwając braki w portfelu, drożyznę, wychłodzone kaloryfery i wysokie raty kredytów – prognozuje dr Stys. – Zatem treść lokalnych gazet tylko w znikomym stopniu wpłynie na wynik wyborczy, propaganda nie ukryje pauperyzacji. A spadek dla PiS na poziomie 25 proc. równoznaczny będzie z utratą władzy. Co to oznacza dla dopiero co przejętych tytułów – możemy się domyślić. I wiadomo, że wówczas misja pani Doroty Kanii w grupie Polska Press zostanie w sposób przyśpieszony zakończona.

 

nv-author-image

Karina Obara

Ukończyła politologię na UMK w Toruniu oraz Studium dziennikarstwa europejskiego w Centrum Europejskim Natolin w Warszawie. Dziennikarka, pisarka, poetka, eseistka, malarka.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

[give_form id="8322"]

News Alert

Bądź na bieżąco!

Zamawiając bezpłatny newsletter akceptuje Pan/Pani naszą ochronę danych. Wypisanie się z prenumeraty newslettera jest w każdej chwili możliwe.