Przejdź do treści

Biały śpiew – jak kobiety ratują demokrację

Tom Szczepański: Wojna w Ukrainie spowodowała, że białoruskie protesty przeciwko dyktaturze Łukaszenki z 2020 r. i represje wobec ludności oraz exodus białoruskich opozycjonistów zniknęły z pola widzenia zachodniej opinii publicznej.  W tym czasie pisze pani „Biały śpiew. Odważne kobiety białoruskiej opozycji”. Skąd wziął się pomysł na napisanie takiej książki?

Dorota Danielewicz: Zacznę od zastrzeżenia. Nie opracowałam wcześniej żadnej koncepcji, którą miałabym potem realizować podczas pisania. Wolę dać się prowadzić moim inspiracjom. Wielogodzinne siedzenie w samotności jest wyczerpujące, dlatego muszę mieć jakiś dobry powód i odpowiednią motywację, żeby w ogóle zacząć pisać. W przypadku tej książki chodzi o potrzebę chwili, którą można tłumaczyć różnymi okolicznościami.

Zeszłego lata byłam w Polsce, kiedy zatelefonował do mnie mój wydawca, Christian Strasser, który wydał moją pierwszą książkę „Berlin. W poszukiwaniu duszy miasta”. Był bardzo zainteresowany wydaniem książki o Białorusi i chciał powierzyć mi zadanie jej napisania. Pomysł polegał na tym, aby sportretować jedną osobę i na tej podstawie przybliżyć czytelnikom sytuację polityczną w Białorusi. Na początku byłam bardzo niezdecydowana. Motywację do działania dała mi młoda kobieta, Natalia Tołoczko, Białorusinka, która uczęszczała wówczas na warsztaty fotograficzne w Lublinie. Wymieniałam z nią pomysły, opowiadałam o projekcie, na który zareagowała entuzjastycznie. Zwróciła moją uwagę, jak bardzo ważny jest ten temat dla kobiet z Białorusi, które musiały opuścić kraj z powodów politycznych. Stało się dla mnie jasne, że muszę oddać im głos, że muszą zostać wysłuchane. Natalia skontaktowała mnie z kolejnymi osobami i rozpoczęłam przygotowania do pracy nad książką. Pierwotny pomysł przeprowadzenia wywiadu z jedną osobą przekształcił się ostatecznie w stworzenie portretu dziesięciu osób.

W jaki sposób zostały wybrane osoby, które sportretowała pani w książce?

Faktycznie miałam bardzo dużo kontaktów, sama byłam zaskoczona, jak szybko ludzie wyrażali zgodę na rozmowę. Zależało mi na zbudowaniu osobistej więzi z rozmówcami, stąd wszystkie rozmowy odbyły się w Polsce, w miejscu zamieszkania moich bohaterów. Pod koniec książki stwierdziłam, że tworzy ona skończoną całość, dlatego pozostałam przy dziesięciu osobach, wśród których jest dziewięć kobiet.

Jakie wrażenia odniosła pani z tych rozmów?

Decyzja o osobistym przeprowadzeniu wywiadów zasadniczo wpłynęła na jakość rozmów. Fakt, że rozmówcy mogą sobie patrzeć w oczy, stwarza intymny wymiar i dzięki temu lepiej mogłam odczuć wyrażane emocje. Uważam, że rozmowy nie byłyby tak szczere, gdybym prowadziła je online. Z każdą kobietą wcześniej spotkałam się i spędziłam trochę czasu, co było niezbędne do przełamania lodów.

Zaskakująca była gotowość kobiet do opowiadania swoich historii. Były one bardzo różne. Rozmawiałam z: polityczką, dziennikarką, terapeutką, dwoma studentkami. Każda osoba miała swoją historię, każda rozmowa była wyjątkowa.  Łączyło je natomiast jedno, a mianowicie reakcja na protesty w Białorusi. Wolha Wialiczka określiła protesty w 2020 r. jako czas wolności, a to poczucie wolności było dobrem wspólnym, odbieranym przez wszystkich. Czuło się dosłownie wyzwolenie ze starego systemu, nawet jeśli nie trwało ono długo. Niespotykana solidarność, połączona z poczuciem wolności, stanowiły pozytywne elementy rozmów. Szybko zauważyłam, że udział w demonstracjach zmienił moje bohaterki wewnętrznie. To fascynujące, że żadna z nich nie przyjęła postawy ofiary, mimo krzywd, jakich im przysporzono. To nie jest wcale takie oczywiste. Zwyciężyło wewnętrzne przekonanie, że trzeba walczyć za właściwą sprawę i dlatego kobiety na emigracji nadal walczą. Jedyna różnica polega na tym, w jaki sposób się angażują. Niektóre chodzą na wiece, inne działają politycznie. W ostatecznym rozrachunku chodzi jednak o to, żeby w ogóle coś robić.

Pierwsza osoba, którą portretuje pani w książce, to Wolha Kawalkowa. Jest silnie zaangażowaną polityczką w walce o przemiany w Mińsku. Kawalkowa opowiada o swoim pobycie w więzieniu i o tym, jak spotkała tam grupę dziewcząt, dla których była wzorem do naśladowania. Jak ważne są młode zaangażowane kobiety, takie jak Kawalkowa? Jaki jest status kobiet w białoruskim ruchu?

Na początku kobiety nie były świadome roli, jaką przyjdzie im odegrać. Wydarzenia nabrały tempa w wyniku spontanicznego protestu wywołanego aresztowaniem części opozycji. Przede wszystkim chodziło o mężczyzn późniejszych liderek. Maria Kalesnikowa, Swietłana Cichanouska, Weronika Cepkało przejęły inicjatywę, po tym jak ich mężowie trafili do aresztu z powodu startowania w wyborach prezydenckich. Oburzone kobiety postanowiły same kandydować. W profesjonalny sposób podjęto wspólną decyzję, że Cichanouska jest najlepszą kandydatką. W takich wypadkach walka o władzę polityczną zazwyczaj wygląda inaczej. Wyższy cel, czyli walka o przyszłość Białorusi, był jednak ważniejszy. Początkowo Wolha Kawalkowa również chciała kandydować, ale zabrakło jej głosów, więc przyłączyła się do sztabu Swietłany Cichanouskiej.

Powstał solidarny front opozycyjny, który wywarł wzorcowy wpływ na społeczeństwo białoruskie, z którego my na Zachodzie możemy brać przykład. Ważna jest tutaj również interakcja między obiema płciami, ponieważ wsparcie kobiet dla mężów zaowocowało niespotykaną dotąd współpracą. Łukaszenka nie doceniał Cichanouskiej, był przekonany, że i tak nic nie osiągnie. Przeliczył się.

Innym ważnym aspektem, który doprowadził do tego, że coraz więcej osób było gotowych do pokazywania się w przestrzeni publicznej, była wszechogarniająca softpower protestujących kobiet. Wiele zdjęć i filmów, na których m. in. młode kobiety zdejmują maski policjantom, pokazuje moc i odwagę tego ruchu. Powstała dynamika, nad którą trudno było zapanować. Doświadczyła tego również Kawalkowa w więzieniu. Młoda grupa dziewcząt, które tam spotkała, była dumna z tego, że mogą z nią odsiadywać wyrok. Zaskakujące było to, że ta grupa, będąc jeszcze w więzieniu, planowała już kolejną demonstrację. To był moment, przynajmniej dla niej, w którym zrozumiała, że coś wielkiego, nawet jeśli szalonego, wisi w powietrzu.

Nawet jeśli Łukaszenka na początku nie brał kobiet na poważnie, to potem na pewno wyciągnął wnioski ze swoich błędów. Jakie zagrożenie dyktator dostrzegł w nowym, żywiołowym ruchu kobiet?

Łukaszenka wie, że nie wygrał wyborów. Powszechnie wiadomo, że wybory w Białorusi są fałszowane. Jednakże w przypadku ostatnich wyborów miarka się przebrała. Procent głosów, dzięki którym Łukaszenka rzekomo wygrał wybory, był tak oderwany od rzeczywistości, że obywatele nie tylko poczuli się zwyczajnie oszukani, ale dotarło do nich, że przekroczona została pewna granica. Wykorzystywano przecież najbardziej kreatywne pomysły, aby wybory uczynić przejrzystymi. Można było w prosty sposób wyrazić sprzeciw wobec Łukaszenki, zakładając białą wstążkę na rękę. Oglądając zdjęcia, łatwo dostrzec, że większość wyborców nosi te wstążki. Drugim sposobem było fotografowanie karty wyborczej i przesłanie zdjęcia do odpowiedniej aplikacji, która sumowała wyniki. Kreatywność nie znała tutaj granic, ale elektorat został ponownie oszukany. Stąd szybka reakcja rozzłoszczonych obywateli.

Dzięki pomocy Putina Łukaszence udało się na razie zdławić demonstracje, ale opozycja wcale nie zamierza się poddawać.

Zatem nie ma mowy o ostatecznej klęsce rewolucji. Mamy do czynienia raczej ze stanem zamrożenia, a walka polityczna toczy się dalej poza granicami kraju. Wiele ważnych przedstawicielek ruchu wolnościowego żyje obecnie na emigracji i angażuje się na rzecz białoruskiej wolności. Na czym koncentruje się ich praca? Czy jest dostrzegana przez opinię publiczną?

Tak, to prawda, że żyjące na emigracji kobiety mają poczucie obowiązku i angażują się w sprawy białoruskie. Znane na scenie politycznej osoby – Cichanouska czy Kawalkowa – spotykają się z zachodnimi politykami i starają się, aby ich głos został wysłuchany. Olaf Scholz spotkał się Cichanouską krótko po wyborze na kanclerza, wysyłając w ten sposób mocny komunikat. Inni korzystają z mediów społecznościowych lub chodzą na wiece. Mniej ważny jest sposób, ale sam fakt podejmowania działań. Nadrzędnym celem jest wykazanie, że obecna władza na Białorusi jest nielegalna. Jest to ważne również w kontekście wojny Rosji z Ukrainą, ponieważ rosyjskie manewry rozpoczęły się na terytorium Białorusi. Białoruś Łukaszenki jest współwinna tej zbrodni. Dlatego ważne jest, aby pokazać Zachodowi, że Łukaszenka nie reprezentuje narodu białoruskiego.

W tym miejscu chciałbym jeszcze raz porozmawiać o Wołhi Kawalkowej, która w książce opowiada, że na emigracji boi się wyobcowania z własnego kraju. Z pewnością nie jest ona odosobnionym przypadkiem. Jak odbierała pani ten wewnętrzny konflikt zaangażowanej politycznie kobiety na emigracji?

Wewnętrzny konflikt wydaje się aż nadto zrozumiały. Kiedy uprawiasz politykę poza granicami kraju, masz wrażenie, że nie całkiem w tym uczestniczysz. Kawalkowa dokładnie opisuje to poczucie wyobcowania. Mimo to musiała sobie z tym poradzić, ponieważ na miejscu po prostu nie ma możliwości dokonania zmian. Na Białorusi grozi jej więzienie. Gdyby zdecydowała się na ten krok, nie mogłaby w ogóle działać. Tak stało się z Marią Kalesnikową, która odbywa długoletni wyrok więzienia. Oczywiście w takich momentach można zadać sobie pytanie, czy nie miałoby to większej mocy symbolicznej. Kalesnikowa musiała zdawać sobie sprawę, że jej aresztowanie stanie się symbolem. Z drugiej strony kobiety takie jak Kawalkowa zmarnowałyby swój potencjał.

Tymczasem Kawalkowa uważa swoją pracę na emigracji za mniejsze zło. Poza tym jest dużo wsparcia ze strony ludności białoruskiej. Jeszcze niedawno pewna dziennikarka odsiadująca wyrok w białoruskim więzieniu wysyłała żonkile do osób żyjących na emigracji. Takie gesty podkreślają silną solidarność, a dla Kawalkowej był to niezbędny bodziec do dalszego działania.

Kobiety, które opuściły Białoruś, trafiły do różnych krajów, często na Litwę, do Niemiec, ale przede wszystkim do Polski. Jaką rolę odgrywa Polska, w jaki sposób pomagała Białorusinkom?

Polskie państwo od początku wykazało się dużym zaangażowaniem, wcześniej również wspierało białoruskie społeczeństwo obywatelskie. Wspomnę chociażby założony w 2012 r. Dom Białoruski, czyli fundację, która wspiera obywatelskie inicjatywy. Wszystkie osoby prześladowane politycznie po protestach w 2020 r. otrzymały humanitarną wizę i zezwolenie na pobyt oraz pozwolenie na pracę.

Rosyjska wojna przeciwko Ukrainie zdaje się rzucać cień na Białoruś. Co ta wojna oznacza dla kraju? Czy klęska Putina oznaczałaby też koniec Łukaszenki? Jeśli tak, to jak miałaby wyglądać transformacja demokratyczna na Białorusi? Czy pokojowe przemiany są w ogóle możliwe?

Nie lubię bawić się w przewidywania, ponieważ ostatecznie można się tylko pomylić. Polityka to skomplikowany twór złożony z tak wielu czynników, że postawienie trafnej prognozy wydaje mi się niemożliwe. Niemniej jednak można stwierdzić, że Łukaszenka nigdy nie odda władzy dobrowolnie, ponieważ mógł to uczynić już podczas ostatnich wyborów. Zamiast tego otrzymał wsparcie ze strony Rosji, aby pozostać przy władzy. W tym kontekście polityka białoruska i rosyjska są ze sobą splecione.

Jak ma wyglądać przejście do demokracji i jak się rozwinie sytuacja, są ważnymi pytaniami, jednakże wykraczają poza zakres mojej książki. Mój cel polegał na tym, aby kobiety, z którymi rozmawiałam, zostały wysłuchane. Kwestie poruszane w książce wykraczają poza Białoruś, można je traktować jako ostrzeżenie dla Zachodu. Opowiadane historie pokazują, że wszystkie prawa, które uważamy dziś za oczywiste, wcale takie nie muszą być. Korzystamy z prawa do wolności słowa, wolnych wyborów czy demonstrowania. Właśnie po to ludzie na Białorusi wyszli na ulice. Nie powinniśmy traktować naszych praw jako rzeczy oczywistych, ponieważ są one przywilejami, a przywileje można łatwo stracić, jeśli nie będziemy czujni. W tym kontekście moją książkę można traktować jako pewnego rodzaju lustro, w którym Zachód może się przejrzeć.


Dorota Danielewicz, pisarka, mieszka od 16 roku życia w Berlinie, przez prawie 20 lat pracowała jako dziennikarka radiowa dla RBB i publikowała w niemieckojęzycznej prasie. W 2014 roku ukazała się jej pierwsza powieść „Berlin. Przewodnik po duszy miasta”.

 

 

 


Tom Szczepański, student filozofii i historii na Wolnym Uniwersytecie w Berlinie

 

nv-author-image

Rozmowa

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

[give_form id="8322"]

News Alert

Bądź na bieżąco!

Zamawiając bezpłatny newsletter akceptuje Pan/Pani naszą ochronę danych. Wypisanie się z prenumeraty newslettera jest w każdej chwili możliwe.