Przejdź do treści

Przysięga Białorusinów

W łonie koalicji antyputinowskiej toczy się swoisty spór o taktykę wobec powojennej Rosji. Czy skorzystać z epokowego błędu Putina, jakim było rozpętanie wojny i ostatecznie wyeliminować rosyjski imperializm z Europy Środkowej, czy też pomimo wszystko zagrać na utrzymanie status quo na kontynencie czyli ukarać Rosję za wojnę i jej skutki ale jednocześnie zadbać, by zachowała relatywnie mocną pozycję? Wariant pierwszy obstawiają USA, Wielka Brytania, Kanada oraz Polska i kilka państw środkowoeuropejskich. Za wariantem drugim są rządy Francji i Niemiec oraz część państw UE. Generalnie koalicja antypuinowska dzieli się więc wedle odpowiedzi na pytanie, czy Zachód ma interes w tym, by rzucać deskę ratunkową Putinowi, jego ekipie i ich wizji postimperialnej Rosji.

Przyczyn, dla których część naszych sojuszników na Zachodzie nie może się pogodzić z końcem rosyjskiego imperium jest kilka, ale często jest to kwestia „braterstwa dawnych imperiów”, którego elementy jak widać, wciąż nie zostały przezwyciężone. Część dawnych europejskich potęg kolonialnych nie jest w stanie wyrzec się neoimperialnego bólu fantomowego – i nie jest w stanie przestać myśleć w kategoriach, że co prawda trzeba zatrzymać Putina ale utrzymać imperialną rolę Rosji. Ten sposób myślenia prezentowany jest w kategoriach troski o równowagę sił. Pomijam kwestię, czy wykonanie drugiego wariantu – uchronienia Rosji przed utratą postimperialnej pozycji – jest możliwe. Po ujawnionych przypadkach putinowskiego ludobójstwa, nie można już przecież łatwo wrócić do rozmów z Kremlem. Polityka Putina doprowadziła do tego, że sprawy rozstrzygają się, jak w połowie XX wieku na polu bitwy a nie w gabinetach dyplomatycznych i na konferencjach. Przywódcy Niemiec i Francji nie mają już możliwości „regulowania” skali działań wojennych po stronie ukraińskiej, gdyż w rzeczywistości to Anglosasi zdecydują ostatecznie w jakim stopniu dozbrajać Ukrainę.

Jest więc tak: na stole leży scenariusz pierwszy – czyli osłabienie Rosji i wymuszenie na niej w powojennym okresie reform i dużych zmian systemowych. W wariancie pierwszym szansę na rozwój bez nacisku Rosji mają też państwa takie jak Białoruś czy Kazachstan. To jedna z najważniejszych różnic pomiędzy tymi wariantami. W wariancie drugim, czyli pomocy Rosji w utrzymaniu jej postimperialnej pozycji nie ma miejsca na niepodległą Białoruś. W tym kontekście powstaje pytanie o jej miejsce na mapie nowej Europy. Ten problem można i należy rozstrzygnąć już teraz. Administracja prezydenta Joe Bidena szuka kolejnych kandydatów do koalicji antyputinowskiej w Azji i Afryce, tymczasem jeden kandydat do takiej kolacji znajduje się bardzo blisko linii frontu – w środku geograficznej Europy, graniczy z Rosją i Ukrainą.

Białoruś nie powinna być „zostawiona” w tej wojnie po stronie Rosji. W istocie w sprawie białoruskiej kluczowe pytanie brzmi tak: po której stronie konfliktu jest dzisiaj Białoruś? Białoruś rządzona przez Lukaszenkę jest w tej wojnie wspólnikiem Putina. Prawo międzynarodowe jest jednoznaczne: agresja na Kijów została przeprowadzona także z terytorium Białorusi. Z Białorusi były też poprowadzone liczne ataki rakietowe na Ukrainę. W momencie, kiedy Łukaszenka zorientował się, że Rosjanom nie idzie na wojnie najlepiej, cofnął się swoim zwyczajem kilka kroków, przycupnął i czeka na rozwój wypadków. Prawda jednakowoż jest dla niego nieubłagana –będzie on w przyszłości traktowany jako współodpowiedzialny za wybuch tej wojny. Zdecydował się pomagać Putinowi pomimo tego, że społeczeństwo białoruskie inaczej niż rosyjskie nie popiera masowo ataku na Ukrainę – wynika to z zbadań opinii publicznej. Tylko kilka procent (maksymalnie 6 proc.) Białorusinów jest za udziałem Białorusi w wojnie po stronie Rosji a zaledwie 30 proc. popiera Rosję. Nie jest to dużo, jeśli weźmiemy pod uwagę skalę rosyjskiej propagandy na Białorusi. Przykładem niechęci Białorusinów do walki z Ukraińcami były chociażby takie akty antywojennej dywersji na białoruskich kolejach jak zatrzymywanie pociągów. Łukaszenka zdecydował się na wsparcie Putina, bo bał się o swoją skórę – majątek rodziny i pozycję. Tymczasem Putinowi w bitwie o Kijów poszło źle i w ten sposób jego aliant Łukaszenka znalazł się ze swoim wojennym kunktatorstwem na spalonym.

Ale Białoruś to nie Łukaszenka, a naród białoruski to nie własność dyktatora. Białorusini mogą powoli orientować się politycznie na ich własny nie-putinocentryczny świat polityczny, który uformował się w trakcie wielu miesięcy protestów po sfałszowanych przez Łukaszenkę wyborach 2020 roku. Mam na myśli zarówno przywódców białoruskich na emigracji jak i opozycjonistów w więzieniach. Ludzie kultury na Białorusi i na emigracji, działacze społeczni, wielu duchownych i po prostu milcząca większość Białorusinów na Białorusi tworzą dzisiaj niezależną opinię białoruską, można założyć, że jest ona większościowa. Jest więc „inna”, niełukaszenkowska i prawdziwa Białoruś. W tej wojnie faktycznie jest ona po stronie Ukrainy. W interesie Zachodu leży, by ta prawdziwa Białoruś stała się częścią koalicji antypitinowskiej – jak Francja Ch. de’Gaulle w trakcie II wojny światowej była po stronie koalicji antyhitlerowskiej. W interesie Polski, Litwy i innych państw regionu leży, by już teraz zdefiniować Białoruś jako państwo, którego terytorium w imieniu Putina rządzone jest przez Łukaszenkę, ale w istocie jest po jasnej stronie mocy. Trzeba już teraz przyjąć założenie, że po wojnie nowa Białoruś nie będzie już na usługach Rosji, bo w końcu uda się przetrącić neoimperialny kręgosłup Federacji Rosyjskiej.

Jeśli chcemy nowego demokratycznego ładu w Europie po wojnie, już teraz trzeba zainwestować więcej kapitału politycznego we wsparcie budowy „nowej Białorusi”. Pierwszym krokiem do osiągnięcia tego celu – upodmiotowienia Białorusi bez Łukaszenki – jest powstanie białoruskich instytucji politycznych  na emigracji i stopniowe uznanie ich przez Zachód. Przykładowo USA i tak nie mają już faktycznie relacji z Łukaszenką – w Mińsku nie ma już ani jednego amerykańskiego dyplomaty, w Waszyngtonie jest trzech Białorusinów w placówce. Podobnie nie funkcjonują relacje wielu państw Zachodu z Łukaszenką i jego reżymem. Stało się tak z jego winy. Więc może czas przestać utrzymywać fikcję i zagrać na rozpad resztek potęgi imperialnej Rosji, której elementem jest satelicki status Białorusi? Protesty 2020 i 2021 roku doprowadziły bowiem do paradoksu: Białorusini upodmiotowili się jako społeczeństwo, chociaż ostatecznie stracili kontrolę nad swoim państwem.

Po 2020 roku powstało emigracyjne Biuro Swietłany Cichanouskiej. Ten zlokalizowany na Litwie ośrodek reprezentacji politycznej Białorusinów jest swego rodzaju biurem prezydenta Białorusi – jednak nie zostało to dopowiedziane. W Warszawie powstał Narodowy Zarząd Antykryzysowy. To ciało skupia urzędników, społeczników i doświadczonych dyplomatów – faktycznie jego liderem jest Paweł Łatuszka, były dyplomata białoruski. Zarząd Antykryzysowy można uznać za rodzaj rządu białoruskiego na emigracji – jednak i w tym wypadku Zachód nie zdecydował się na takie postawienie sprawy. NZA uznaje zwierzchnictwo Cichanouskiej i jej legitymację do reprezentowania Białorusi. Wolna Białoruś ma także Radę Koordynacyjną – to ciało, które przypomina prowizoryczny parlament.

Te trzy polityczne byty emigracyjnej Białorusi współpracują ze sobą – choć są też elementy konkurencji. Najważniejszy problem polega na tym, że w cieniu zainteresowania Zachodu wojną Rosji przeciw Ukrainie uwaga poświęcana Białorusi jest mniejsza a instytucje białoruskiej reprezentacji politycznej słabną. Powinno być odwrotnie – Białorusini na emigracji powinni dostać jasny sygnał, ze czas się zorganizować, dokończyć kształtowanie instytucji białoruskich za granicą i uznać, że istnieje prowizoryczny system władz wolnej Białorusi – prezydent, rząd i parlament. W rzeczywistości wszystkie te moduły są już gotowe, czas jedynie dopiąć konieczne szczegóły i udzielić im wsparcia. Takie podejście jest korzystne dla Zachodu, ale także dla społeczeństwa białoruskiego, które należy ochronić przed odium udziałem w wojnie, w którą wpędził je Łukaszenka.

Drugim krokiem do faktycznego wejścia Białorusi do koalicji antyputinowskiej powinno być pokazanie, że Białoruś nie wspiera militarnie Putina, ale walczy po stronie wolnej Ukrainy. Także i w tej kwestii wiele się już zdarzyło, trzeba tylko usankcjonować rzeczywistość. Na Ukrainie walczy przecież Legion Kalinowskiego (Samodzielny Batalion Białoruski), który składa się z około tysiąca żołnierzy i oficerów. W trakcie organizacji są kolejne białoruskie formacje na Ukrainie.  Swietłana Ciechanouska powinna publicznie w imieniu wolnej Białorusi odebrać przysięgę od wojska białoruskiego na Ukrainie i tym samym pokazać, po której stronie w obecnej wojennej rozgrywce jest Białoruś.

Trzecim krokiem w grze o wolną Białoruś powinna być wielka akcja informacyjna skierowana do społeczeństwa białoruskiego z jednym prostym przekazem: Łukaszenka pakuje was w nie Waszą wojnę, która grozi Białorusi hańbą na dekady.

W najbliższych miesiącach może dojść do takiej sytuacji, że jeśli Putin będzie przejściowo wygrywał, to represje wobec społeczeństwa obywatelskiego będą na Białorusi coraz bardziej surowe. Będą dotyczyły przede wszystkim ostatnich białoruskich działaczy politycznych, którzy nie siedzą więzieniach. Nie można w obecnej sytuacji poszerzać Łukaszence sfery komfortu. Jeśli będzie widział, że jest już realna nowa Białoruś i faktyczna alternatywa dla niego, jeśli będzie czuł, że po wojnie czeka go miejsce z Putinem na ławie oskarżonych, będzie zmuszony do kalkulowania każdego kroku. Jest przecież jasne, że nowe instytucje białoruskie na Zachodzie nie zyskają od razu wsparcia państw takich jak Francja, Niemcy czy Włochy (obym się mylił). Ale to tylko utrudni aktywność Łukaszence, będzie musiał działać tak, by swoim ostatnim cichym patronom na Zachodzie i zniecierpliwionym przywódcom niektórych państw w Unii nie dawać najmniejszego pretekstu do mówienia: Amerykanie mieli rację stawiając na Ciechanowską. Będzie musiał miarkować represje wobec Białorusinów w kraju.

Wśród fundamentów wojny rosyjskiej przeciw Ukrainie jest ideologia ruskiego miru. W sensie terytorialnym jej trzon stanowią trzy państwa: Ukraina i Białoruś w sojuszu z Rosją. Stawką wojny z punktu widzenia Rosji jest ujarzmienie Ukrainy – tymczasem na drugi plan ucieka sprawa białoruska. A w rzeczywistości Białoruś jest najbardziej zapomnianym aktywem Zachodu w tej wojnie. Trzeba szukać aliantów na całym świecie. Złamanie reżymu putinowskiego staje się oczywistym celem kluczowych graczy koalicji antyputinowskiej. Wystarczy kilka kroków politycznych i nieco politycznej wyobraźni, by Białoruś była tymczasem może jeszcze słabym, ale symbolicznie kluczowym członkiem koalicji antyputinowskiej.

 

Tekst ukazał się pierwotnie na łamach dwumiesięcznika New Eastern Europe

nv-author-image

Paweł Kowal

Paweł Kowal - polityk, politolog, historyk, publicysta. Profesor w Instytucie Studiów Politycznych Polskiej Akademii Nauk oraz Studium Europy Wschodniej UW, pracuje w Kolegium Europejskim w Natolinie, wykłada w Studium Europy Wschodniej UW. Współpracuje z Antioch University w USA, kieruje Radą Naukową Przedstawicielstwa PAN w Kijowie. Współtwórca Muzeum Powstania Warszawskiego.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

[give_form id="8322"]

News Alert

Bądź na bieżąco!

Zamawiając bezpłatny newsletter akceptuje Pan/Pani naszą ochronę danych. Wypisanie się z prenumeraty newslettera jest w każdej chwili możliwe.