Przejdź do treści

Kraj bez przywództwa: Niemcy w putinowskim szoku

Trzy dni po rosyjskim ataku na Ukrainę, 27 lutego kanclerz federalny Olaf Scholz wygłosił w niemieckim Bundestagu przemówienie już teraz uznane za historyczne. Nową sytuację nazwał słusznie „zmianą epoki” dla międzynarodowej, ale przede wszystkim dla niemieckiej polityki. Można by określić ją jednak być może nawet jeszcze trafniej – końcem naszych niemieckich iluzji.

Od 1989 roku i związanego z nim kresu Związku Radzieckiego jako rzekomego „końca historii” (Francis Fukuyama), zwłaszcza Republika Federalna sądziła, że jest w posiadaniu pokojowej dywidendy. Żyliśmy w „negacji możliwości wybuchu wojny” – jak zarzucił nam ukraiński pisarz Jurij Andruchowycz. Nowa wielka wojna terytorialna i zaborcza na ziemiach Europy rzeczywiście uważana była w Niemczech za niemożliwą. „Szok putinowski” (Berthold Kohler), czyli inwazja Putina na całą Ukrainę, brutalnie zniszczyła tę iluzję, a jednocześnie przyniosła niemieckiej koalicji rządowej mroźne przebudzenie.

Przy czym rosyjskiemu despocie nie można z pewnością zarzucić jednego: że nas nie ostrzegał. Od jedenastu lat Putin prowadzi w Syrii ćwiczenia wojskowe, traktując ją jako swój poligon wobec Europy i demonstrując, do jakich zbrodni wojennych jest zdolny. My, Niemcy, powinniśmy byli zatem tylko wsłuchiwać się w jego słowa lub patrzeć w stronę Syrii. Dlaczego jednak tego nie robiliśmy? Odpowiedź jest przerażająco prosta: ponieważ nie chcieliśmy dostrzec, że od końca zimnej wojny porządek globalny w pierwszym rzędzie nie opiera się o zasady prawa i ustawodawstwa oraz o ideę przemiany poprzez handel, w każdym razie nie zmierza w kierunku zwiększenia demokracji. A także dlatego, że nie byliśmy gotowi na wyciągnięcie z tego trudnych wniosków, także militarnych. Putin nauczył nas teraz czegoś gorszego. Obecnie wystawiany jest nam rachunek za to, że nie traktowaliśmy go wystarczająco poważnie i nie trzymaliśmy go za słowo.

Dotyczy to w szczególności profesjonalnych „rozumiejących Putina” – od Gabriele Krone-Schmalz, poprzez Manuelę Schwesig, po Sahrę Wagenknecht. Ostatecznie ta porażka dotyczy jednak nas wszystkich. My wszyscy uczyniliśmy naszą własną logikę obywatelską – absolutną, przyjmując ją jako pozbawioną alternatyw. W ten sposób staliśmy się ofiarami samych siebie. Zachłyśnięci rzekomą dywidendą pokoju, w karygodny sposób zaniedbaliśmy stałe znaczenie wojskowości w celu odstraszania.

Od końca II wojny światowej 8 maja 77 lat temu nie było już w Europie tego rodzaju wielkiej wojny prowadzonej między dwoma mocarstwami lądowymi na kontynencie. Rosyjska inwazja na Ukrainę idzie w parze z niewyobrażalną skalą zniszczeń zarówno wśród ludzi, zabudowy jak i infrastruktury tego kraju. Używając popularnego określenia z debat ekologów: to mógłby być punkt zwrotny od długiego czasu pokoju do długiego czasu wojny.

Już to pokazuje, że wyzwania stojące przed obecnym rządem federalnym stawia w cień wyzwania rządów poprzednich. Można je chyba tylko porównać z sytuacją pierwszego rządu RFN pod przywództwem Konrada Adenauera z lat 1949–1953. Jednak te sytuacje są skrajnie różne. Rząd Adenauera wyszedł z bez wątpienia najbardziej niszczycielskiego okresu ubiegłego stulecia. Niemcy zostały w znacznym stopniu zniszczone, miliony uchodźców błąkało się po różnych sektorach. Chodziło o zorganizowanie tego, co najbardziej potrzebne, i wyznaczenie zasadniczego kierunku politycznego. W tym sensie, tworząc Republikę Bońską, Adenauer rzeczywiście wkroczył na nieznany teren. Jego rząd miał już wojnę za sobą. Oznaczało to, że należało zadbać przede wszystkim o fundamenty, by wyżywić ludność i zaspokoić jej podstawowe potrzeby. Ludzie nie byli wymagający, a ich oczekiwania wobec polityki niewielkie. I najpóźniej od początku „cudu gospodarczego” w Republice Federalnej sprawy rozwijały się coraz lepiej. Trwały pokój i stały wzrost gospodarczy stały się w ten sposób dwoma filarami RFN. Było to na rękę rządowi Adenauera i ułatwiło kanclerzowi sprawowanie władzy za pomocą swoich całkowicie autorytarnych, częściowo zdecydowanie antydemokratycznych metod.

Obecnie jest odwrotnie: rząd Scholza rozpoczyna prawdopodobnie długotrwałą wojnę, która radykalnie podważy oba podstawowe fundamenty Republiki. Doświadczamy dzisiaj definitywnego zakończenia niemieckiego okresu powojennego oraz przejścia do jeszcze niejasnej epoki. Albo mówiąc inaczej: 24 lutego rzeczywiście „obudziliśmy się w innym świecie”, jak nazwała to minister spraw zagranicznych Annalena Baerbock. Już to pokazuje, że wskutek wojny hasło umowy koalicyjnej „Odważyć się na więcej postępu” (Mehr Fortschritt wagen) zostało całkowicie wywrócone do góry nogami. Obecnie należy się „odważyć” na przygotowanie społeczeństwa na to, że w najbliższych latach najważniejsze będą dwie kwestie: po pierwsze, sprawiedliwy podział strat w dobrobycie i po drugie, całkowicie inne wyobrażenie na temat obronności RFN.

„Jesteśmy spłukani” – z kompletnie rozbrajającą szczerością najwyższy rangą generał armii podsumował sytuację militarną Niemiec. Pod taką presją koalicja rządowa na pilnie zmuszona była skonfrontować się z tą fatalną sytuacją, przeprowadzając „drugie dozbrojenie” Republiki Federalnej. Żądanie niemieckiego kanclerza: „Potrzebujemy samolotów, które latają, okrętów, które pływają i żołnierzy oraz żołnierek, którzy są optymalnie wyposażeni do działania w służbie”, faktycznie oznaczało polityczne przyrzeczenie, że kraj nawet częściowo nie jest gotowy do obrony.

Wobec tego 27 lutego rząd Olafa Scholza uruchomił „specjalne fundusze”, czyli zadłużenie na rzecz Bundeswehry w wysokości 100 miliardów euro, oraz ponadplanową realizację uzgodnionych w NATO dwóch procent PKB na budżet zbrojeniowy. Kiedy zdecydowana większość parlamentu zareagowała na to owacją na stojąco, był to w pierwszej linii wyraz wyrzutów sumienia wobec utrzymywania przez trzy dekady iluzji pokoju oraz karygodnego zaniedbania zapisanej w Ustawie Zasadniczej kwestii obronności kraju.

Jednakże uchwalone miliardowe wydatki nie rozwiązują prawdziwego problemu. Leży on bowiem głębiej – w sferze politycznej i społecznej.

W zakresie polityki wewnętrznej chodzi przede wszystkim o stworzenie obronności Republiki. Do tej pory Bundeswehra była prawdziwym biurokratycznym monstrum, pochłaniającym niebotyczne sumy bez uzyskiwania w zamian żadnych wymiernych efektów. De facto, niemiecki budżet przeznaczony na kwestie obronności wynoszący 52 miliardy euro na rok jest tylko o dziesięć miliardów mniejszy niż budżet Rosji. Powrót Bundeswehry do konstytucyjnego nakazu obrony kraju należy zatem rozpocząć od pytania, dlaczego nie było to możliwe w poprzednim budżecie. Pod względem militarnym najważniejsza jest przede wszystkim całkowita reorganizacja armii, a zwłaszcza jej nieprzejrzystego systemu zaopatrywania.

W polityce zagranicznej problem jest jeszcze bardziej skomplikowany, gdyż kurs rządu Scholza wobec Ukrainy naznaczony jest dwoma sprzecznymi celami. Po pierwsze, Putin w żadnym wypadku nie może wygrać tej wojny. Po drugie, Niemcy względnie NATO w żadnym wypadku nie mogą stać się stroną w tej wojnie, w przeciwnym razie grozi to wybuchem III wojny światowej. (Powstaje przy tym następujący dylemat: im więcej Putin traci na tej wojnie – do czego dąży Zachód – tym bardziej wzrasta niebezpieczeństwo wybuchu wielkiej wojny, w której użyta może być broń atomowa.). Dla obecnej koalicji rządowej jest to niczym taniec na linie: Z jednej strony, jest on zobowiązany do zbrojnego wsparcia Ukrainy uznając jej prawo do samoobrony (art. 51 Karty Narodów Zjednoczonych), z drugiej zaś, musi zrobić wszystko, aby jako państwo paktu NATO nie wdać się w wojnę z Rosją – chociażby z tego powodu, że rząd niemiecki zobowiązany jest tu przysięgą do przeciwdziałania szkodom wobec narodu niemieckiego.

Rzeczywiste zadania społeczno-polityczne sięgają jednak dalej. W obliczu putinowskiej ekspansji konieczna jest zasadnicza debata na temat naszej społecznej gotowości do obrony demokracji. W ubiegłych latach w kraju ogromnie wzrosło pogardliwe jej traktowanie. Jeszcze nie tak dawno na manifestacjach ruchu PEGIDA (Patriotische Europäer gegen die Islamisierung des Abendlandes; Patriotyczni Europejczycy przeciw Islamizacji Zachodu) czy też tak zwanych Querdenker rozbrzmiewały hasła „Putin, pomóż” („Putin, hilf”), a część środowiska kwestionującego pandemię koronawirusa była co najwyżej gotowa na przyjęcie szczepionki Sputnik V.

Bądź co bądź, obecnie, pod wrażeniem rosyjskich zbrodni wojennych okrzyki te nieco ucichły. W żadnym razie nie oznacza to jednak, że rząd Olafa Scholza już stabilnie siedzi w siodle. Jedno jest pewne: skutki wojny trwającej przypuszczalnie długo w dużym stopniu dotkną w końcu i Niemcy, poważnie zagrażając demokracji. Dotychczas bowiem to wzrost dobrobytu był zwykle w Niemczech zabezpieczeniem dla demokracji. Międzynarodowy Fundusz Walutowy już teraz znacznie obniżył swoją prognozę dotyczącą wzrostu gospodarki światowej, nie mogąc przewidzieć zakończenia wojny. Wskutek tego dotychczasowe założenia gospodarcze rządzącej koalicji nie są już aktualne.

Rząd Scholza rozpoczął okres legislacyjny z dwoma całkowicie sprzecznymi obietnicami: pierwsza związana była z potrzebą pilnej ekologicznej transformacji społeczeństwa przemysłowego, a druga – z kontynuacją dotychczasowej historii dobrobytu i wzrostu gospodarczego. Jednak 24 lutego umowa ta w dużej mierze stała się makulaturą. Już teraz rosnąca inflacja, jak również możliwa stagflacja powstała wskutek słabej gospodarki światowej pokazały, że w przyszłości nie będzie porównywalnego wzrostu gospodarczego jak w ostatnich niemal 75 latach istnienia RFN. „Będziemy coraz ubożsi” – podsumował tę sytuację minister gospodarki Robert Habeck.

Tymczasem nowa rzeczywistość nie dotarła jeszcze w ogóle do społeczeństwa. Co więcej, od początku istnienia Republiki Federalnej pod rządami Konrada Adenauera stale rosły oczekiwania ludzi wobec ich życia, a w związku z tym – także oczekiwania wobec polityki.

Dlatego rząd Scholza stoi przed podwójnym zadaniem: po pierwsze, musi wyjaśnić społeczeństwu tę zasadniczo nową sytuację w polityce zagranicznej, jak i wynikające z niej dylematy. Po drugie, rząd będzie musiał wpoić obywatelom konieczność polityki wewnętrznej nie w zakresie dalszego rozwoju ekonomicznego, lecz częściowego spadku.

Koszty powinni przy tym ponosić ci, którzy w ubiegłych dekadach pokoju i dobrobytu zbudowali silny finansowy obszar buforowy. Będzie to również zależało od sprawiedliwego podziału energii, a więc od oszczędności przykładowo w ogrzewaniu lub w zużyciu benzyny. Jeżeli, zdaniem rządu, Niemcy nie mogą już bezpośrednio wycofać się z importu gazu z Rosji, to powinny przynajmniej jak najmniej dawać zarobić rosyjskiej machinie wojennej. Dlaczego nie umożliwić dziś – jak w przypadku kryzysu naftowego z lat 70. w o wiele bardziej dramatycznych okolicznościach – ogłoszenia wybranych niedziel dniami bez samochodów? Albo wprowadzić ograniczenie prędkości przynajmniej na jakiś czas?

Ostatecznie chodzi o zakończenie iluzji normalności, że w przewidywalnym czasie sytuacja materialna znowu ulegnie poprawie, zwyżkując jak w ubiegłych dekadach. Począwszy od kryzysu pandemicznego, poprzez katastrofę klimatyczną, aż do nowej konfrontacji geopolitycznej pomiędzy Zachodem i „nowym blokiem wschodnim” – Rosją i Chinami – jedno staje się jasne: tkwimy w brutalnej globalnej rywalizacji o zmniejszające się zasoby naturalne oraz w nowym globalnym konflikcie systemowym. Jednak część rządu w oczywisty sposób nie jest w stanie sprostać nowej sytuacji historycznej. Nigdy przedtem żaden gabinet federalny już po tak krótkim czasie urzędowania nie został do tego stopnia nadwyrężony. Pierwszą wpadką była niefortunna minister ds. rodziny Anne Spiegel. Mocno pokiereszowany jest minister zdrowia Karl Lauterbach i to nie tylko z powodu niepowodzenia programu obowiązkowych szczepień przeciw Covid-19. A już w samym centrum krytyki znajduje się pani minister obrony Christine Lambrecht. Mści się tutaj to, że przez długie lata życia w czasach pokoju ministerstwo obrony było karygodnie zaniedbywane i mało kto się obraził, gdy ten ważny urząd objęła osoba zupełnie nieobeznana w temacie wojska.

Ostatecznie w przezwyciężeniu tego historycznego kryzysu ważną rolę odegra przede wszystkim kanclerz. Ale najwidoczniej także do Olafa Scholza nie dotarły jeszcze nowe realia dzisiejszego świata. Odkąd 27 lutego ogłosił w Bundestagu wspomnianą „zmianę epoki”, nie zdołał jeszcze wyjaśnić, co konkretnie należy przez to rozumieć. Jednak ogłoszenie tej zmiany to jedno, a jej rzeczywista realizacja to coś zupełnie innego. Scholzowi trudno będzie po raz drugi pozwolić sobie na to, by postawić partie rządzące, a w szczególności własną SPD, ale także Partię Zielonych przed faktem i w taki sposób je podejść w kwestii – już w normalnych okolicznościach wysoce kontrowersyjnych – „nakładów specjalnych” (czytaj: długów) w wysokości 100 miliardów. Sytuacja wyjątkowa, jaką jest wojna, sprawia, że na początku wiele rzeczy jest możliwych. Ale w normalnych warunkach tego typu rzeczy są wykluczone. Samodzielne decyzje jak te, które Konrad Adenauer mógł bez sprzeciwu podejmować bezpośrednio po wojnie i w wysoce autorytarnym społeczeństwie, są zazwyczaj w ogóle niemożliwe do zrealizowania w dzisiejszym społeczeństwie liberalnym, zorientowanym na partycypowanie i współdecydowanie.

Przy tym jedna rzecz łączy wyraźnie pierwszego kanclerza Republiki i obecnego: Scholz, podobnie jak Adenauer, ma bogate doświadczenie polityczne. Ponadto, również podobnie jak Adenauer, obecny kanclerz jest małomówny i bardzo rzeczowy, a równocześnie niekoniecznie empatyczny, co w obecnej sytuacji kryzysowej stanowi już problem. Aby przekonać większość społeczeństwa, ale również własną koalicję, kanclerz będzie musiał zdecydowanie zadbać o komunikację w obliczu olbrzymich problemów, w szczególności spraw koniecznych do wyegzekwowania. Do tej pory nie miało to jednak miejsca, przeciwnie: największa słabość Scholza – słabo rozwinięta umiejętność komunikowania i wynikająca stąd „skąpość w wyjaśnianiu” („Süddeutsche Zeitung”) – ukazywana jest właśnie teraz w negatywnym świetle.

Dewiza kanclerza opiera się głównej zasadzie królowej Elżbiety „Never complain, never explain” (Nigdy nie narzekaj, nigdy nie wyjaśniaj). Oznaczać to może tyle: niczego nie uzasadniaj, pozwól przemówić faktom. W sytuacji nieporównywalnego kryzysu, jakim jest sytuacja obecna, to po prostu za mało. Chociaż nie musi to być przemowa pełna krwi, potu i łez: należy przygotować kraj na nowe, trudniejsze czasy. Jedynym człowiekiem, który do tej pory w wystarczający sposób starał się to uczynić w kwestii wojny i kwestii klimatu, jest minister gospodarki Robert Habeck. Społeczeństwo dziękuje mu za to rosnącymi wskaźnikami poparcia.

W przypadku kanclerza można było natomiast odnieść wrażenie, że wyjątkowe wyzwanie historyczne wzmocniło jeszcze jego skłonność do podejmowania samotnych decyzji. Preferencje Scholza dotyczące autorytarnej formy rządzenia dzisiaj okazują się fatalne. Bez regularnego publicznego wyjaśniania swej polityki nie będzie w stanie – podobnie jak kraj – sprostać historycznym wyzwaniom.

Co oświadczył kanclerz jeszcze podczas ostatniej debaty budżetowej w Bundestagu? Że odwagi dodaje mu fakt, iż ten kraj w czasach kryzysu przekracza własne ograniczenia. Jest to zdanie, które uderza rykoszetem w niego samego: tylko wtedy, gdy Olaf Scholz w najbliższych tygodniach, miesiącach i latach przełamie się sam w kwestii komunikacji, będzie mógł dodać Republice odwagi do zmian, odwagi, której kraj pilnie potrzebuje do rozwiązywania ogromnych problemów. Niemcy, ale i Europa, bardzo tego potrzebują. Bowiem tylko wraz z pewnymi swego Niemcami Unia Europejska będzie w stanie poradzić sobie z wielkimi problemami najbliższych lat i dekad.

 

Z niemieckiego przełożyła Aleksandra Rduch

Tekst pochodzi z  najnowszego numeru Magazynu Polsko-Niemieckiego DIALOG

 

nv-author-image

Albrecht von Lucke

Prawnik, politolog oraz redaktor "Blätter für deutsche und internationale Politik". W 2015 r. ukazała się jego książka "Die schwarze Republik und das Versagen der deutschen Linken" ("Czarna Republika i porażka niemieckiej lewicy").

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

[give_form id="8322"]

News Alert

Bądź na bieżąco!

Zamawiając bezpłatny newsletter akceptuje Pan/Pani naszą ochronę danych. Wypisanie się z prenumeraty newslettera jest w każdej chwili możliwe.