Przejdź do treści

PiS mocno siedzi w siodle. Mimo błędów, skandali i oszustw władzy

Pomimo coraz większej liczby afer w szeregach władzy, galopującej inflacji, kłamstw polityków Zjednoczonej Prawicy i fatalnej organizacji pomocy Ukraińcom uciekającym przed wojną, PiS wciąż przoduje w sondażach. Dlaczego tak się dzieje? – Antydemokratyczny, opierający się na odwołaniach do struktur „feudalnych” i mafijnych, model sprawowania władzy jest diabelsko wygodny dla korzystających z niego rządzących i niesamowicie trudny do zwalczania – mówi prof. Dariusz Dąbrowski, historyk z UKW w Bydgoszczy.

W ostatnim badaniu sondażowym z końca czerwca, głosowanie na Zjednoczoną Prawicę deklaruje 31 proc. respondentów. To oznacza, że obóz rządzący stracił JEDEN proc. poparcia w porównaniu do sondażu przeprowadzonego 10 czerwca dla Gazety Wyborczej. Koalicja Obywatelska zyskała 4 pkt. – głosować chce na nią 26 proc. Lewicę popiera tylko 8 proc. respondentów, co pokazuje wyraźnie, jak się ma myśl lewicowa w Polsce. Tu wciąż walka toczy się między skrajną prawicą zanurzoną w historycznych resentymentach a liberałami, którzy próbują odzyskać utraconą władzę. Powrót na scenę polityczną Donalda Tuska na pewno liberałom sprzyja. A także coraz bardziej niezadowolona wieś, gdzie poparcie dla PiS spadło przez rok o 30 proc. Powodem z pewnością jest pogarszająca się sytuacja rolników, którzy sprzedają swoje plony po bardzo niekorzystnych cenach i PiS-owskie szczucie na Unię Europejską, czego rolnicy, jak się okazuje, mają już serdecznie dość.

Rozbudzanie strachu

W ogólnym rozrachunku PiS-owi jednak poparcie specjalnie nie spada, choć rozzuchwalenie władzy w mydleniu oczu obywatelom, przekroczyło dawno czerwoną linię. PiS nie rozlicza się z afer finansowych, obsadził swoimi ludźmi spółki Skarbu Państwa, zaanektował media regionalne rękoma Orlenu i bezpardonowo szczuje na mniejszości. Jarosław Kaczyński już ruszył w Polskę przekonywać prowincję do głosowania, mimo że do wyborów co najmniej rok. I zaczął od tematów, które zawsze dzielą społeczeństwo. „Ja bym to leczył” – powiedział bez ogródek o osobach LGBTQ+. I rechotał opowiadając anegdoty o transpłciowych dzieciach, czyli o sprawach, których nie zna i nie rozumie. Rozbudzał tym samym strach w małych miejscowościach, przekonując, że tylko PiS jest zdolne uchronić Polaków przed „zboczeniami” Zachodu. Publiczność bije brawo, a ci, którzy sprzeciwiają się dzieleniu społeczeństwa w taki sposób, wychodzą z sali. Jest ich jednak niewielu. Równie niewielu jest w stanie wykrzyczeć na spotkaniach z PiS, że władza kłamie i dzieli, bo, jak pokazuje doświadczenie aktywistów, policja brutalnie się z nimi rozprawia. To jeszcze nie Białoruś czy Węgry, ale efekt zmrożenia wyraźnie odczuwają nauczyciele, urzędnicy czy dziennikarze pracujący w mediach pod butem Orlenu.  PiS ma jednak twardy elektorat, który będzie na niego głosował bez względu na błędy władzy. Ale czy to wystarczy, aby znów wygrał?

Dr Patryk Wawrzyński, politolog z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu przekonuje, że PiS niezwykle umiejętnie potrafi diagnozować potrzeby swojego elektoratu, a zarazem zarządzać obawami. Doskonale wie, kto chce na niego głosować i jak dotrzeć do tych ludzi.

– Prezes Jarosław Kaczyński ma świadomość, że forma relacji z sympatykami może wyczerpać się wobec dynamicznych zmian poczucia bezpieczeństwa Polaków – mówi dr Wawrzyński. – Z tego powodu zrezygnował z pracy w rządzie i skupił się na kierowaniu partią oraz przygotowaniami do zbliżających się wyborów. Doskonale zdaje sobie sprawę, że oferta PiS może stracić na atrakcyjności, gdy jego wyborcy dostrzegą wpływ inflacji, rosnących kosztów kredytów czy zablokowanych przez konflikty z Brukselą funduszy unijnych.

Zdaniem dr. Wawrzyńskiego Zjednoczona Prawica ma jednak bezpieczny kapitał polityczny, który teraz – w momencie kryzysu – chce wykorzystać. Przez lata prawica budowała trwałe zaplecze zaangażowanych zwolenników, którzy wierzą, że tylko PiS jest gwarancją realizacji ważnych dla nich postulatów. Aktywna polityka społeczna i ryzykowne decyzje budżetowe odkładają w czasie moment, gdy wyborcy partii Kaczyńskiego będą musieli skonfrontować się z rosnącymi kosztami życia w Polsce. Dzisiaj wciąż nie muszą ponosić takich wyrzeczeń, jakie dotykają klasę średnią, która jest głównym zapleczem opozycji, dzięki czemu kwestie ideologiczne pozostają dla nich priorytetowe. Ciężko powiedzieć, jak długo rząd Mateusza Morawieckiego będzie zdolny chronić swoich zwolenników przed drożyzną i zarazem jak wiele grup społecznych dotkniętych kryzysem opowie się jednoznacznie po stronie opozycji.

– Koalicja Obywatelska ma przed sobą dwa wyzwania, z którymi musi zmierzyć się w tej sytuacji – prognozuje dr Wawrzyński. – Po pierwsze, potrzebuje wiarygodnej opowieści, którą przekona osoby rozczarowane polityką PiS do zmiany sympatii politycznych. Po drugie, Donald Tusk jako naturalny lider opozycji odpowiada za jej zjednoczenie przed wyborami, aby maksymalnie zwiększyć szansę skutecznej rywalizacji z PiS. Budowa proeuropejskiego bloku demokratycznego byłaby jasnym komunikatem dla wyborców, czym różnić się ma Polska opozycja od Polski Kaczyńskiego. A sprawna współpraca byłaby drogą do zdobycia zaufania Polaków, zwłaszcza tych umiarkowanych. Bez tego diagnoza społeczna i technologia propagandy PiS może wystarczyć do utrzymania władzy w kolejnych wyborach, ponieważ już dzisiaj widać, że rząd będzie chronić interesy ekonomiczne swoich zwolenników, nawet kosztem ryzykowania równoczesnej stagnacji i wysokiej inflacji. Zjednoczona Prawica potrzebuje paliwa ideologicznego, więc podsycać będzie spory i nasilać konflikty, co negatywnie odbije się na relacjach z Komisją Europejską, znacząco zmniejszając przepływ środków unijnych, potrzebnych polskiej gospodarce.

Wdzięczność i przywiązanie 

Violetta Kalka, nauczycielka z Torunia, która pomaga nauczycielom doświadczającym mobbingu doskonale orientuje się w nastrojach, jakie panują wśród pedagogów i rodziców uczniów. Także tych, którzy głosowali na PiS. I wysnuwa taki wniosek:

– Klęska opozycji była pochodną zaniedbania tej części wyborców, która stanowi teraz elektorat PiS. Brak troski o ubogich, utrzymywanie równowagi budżetowej kosztem najuboższych, polityka poniżania to główne zarzuty wobec PO, które wybrzmiewają w prostych słowach: „Za Tuska podwyższono mi emeryturę o 2,50 zł, a teraz dostałem sto złotych i trzynastkę, a moje wnuki dostają 500 plus”. Programy socjalne to był świetny chwyt marketingowy, który zmotywował wyborców, dał im poczucie zadowolenia, ale też wdzięczności i przywiązania. Można powiedzieć, że PiS wręczył swoim wyborcom karty lojalnościowe, przywiązał ich do siebie i uzależnił. Nie inwestują, a dostają. Nie myślą o konsekwencjach ekonomicznych, bo po pierwsze nie mają takiej wiedzy. Po drugie rządowa telewizja wykreowała obraz wroga, na którego mogą zrzucić winę (wina Tuska). Pakiet lojalnościowy uruchomił skłonność do wybaczania skandali i nadużyć w myśl powtarzanego przez wyborców PiS hasła „Kradną, ale się dzielą”.

I jest jeszcze czynnik – psychologiczny, który, według nauczycielki, ma ogromne znaczenie. PiS docenił swoich wyborców, uderzając w elity (prawników, lekarzy, nauczycieli). Dał im tym samym przyzwolenie na podobne zachowania i obudził demony z przeszłości. PiS nie tylko nie oceniał ich zachowań, ale zaczął je podzielać. Stąd obecność w rządowej telewizji „wybranych” celebrytów, piosenkarzy czy aktorów trafiających w gust wyborców i pokazujących, że „wszystko u nas jest w porządku”.

– Wyborcy PiS poczuli się w ten sposób docenieni – dodaje Violetta Kalka. – Nikt nie wytyka im braku wykształcenia czy uproszczonego postrzegania świata. A robienie tego przez stronę przeciwną jeszcze bardziej ich integruje. Swoją rolę odgrywają także rządowy dziennik, w którym wyselekcjonowani, prorządowi politycy sprawiają, że elektorat czuje się poinformowany, doceniony, uspokojony i utrzymany w przeświadczeniu, że jak wróci PO, to będzie bieda i odbiorą im pakiet lojalnościowy.

Utrzymującą się na wysokim poziomie popularność PiS tłumaczy historycznymi zaszłościami prof. Dariusz Dąbrowski, historyk z Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy. Afery rządu nie działają na elektorat partii rządzącej, bo ten ma inne priorytety niż rozliczanie władzy.

– Polacy są narodem, którego znaczna część (osobiście lub ich nieodlegli przodkowie) w okresie PRL-u doświadczyła błyskawicznego awansu społecznego – mówi prof. Dąbrowski. – Awans ów, dla dużej części wspomnianej populacji przybrał postać uzyskania formalnego wykształcenia (różnych szczebli i specjalności) oraz zdecydowanego polepszenia (w zróżnicowanej zresztą skali) warunków bytowych.  Przynajmniej część z tych ludzi, bo niektórzy z nich zdołali przełamać bariery mentalne, jest nośnikami tradycji społecznych i kulturowych małorolnych chłopów (i chłopo-robotników), żyjących w ubóstwie, nierzadko niepiśmiennych, a w każdym razie reprezentujących bardzo niski poziom wykształcenia. Wychowanych w zamkniętych środowiskach, bez wiedzy o zewnętrznym świecie, w duchu religianckim (bez znajomości nawet podstawowych zasad wiary, zastępowanej przez obrzędowość i słowo plebana). Mają specyficzny stosunek do praw własności (nic nie mamy, ale jeśli ukradniemy, będziemy mieć, inaczej nie da się wzbogacić) i struktur władzy (idea praworządności jest zjawiskiem zbyt abstrakcyjnym, za to z funkcjonowaniem prawa kojarzy się aparatczyk, który jest realną siłą sprawczą).

Zdaniem prof. Dąbrowskiego PiS te prawidłowości doskonale wyczuł, zbadał i wykorzystał. Stworzył, być może częściowo intuicyjnie, model zarządzania państwem i społeczeństwem opierający się na kilku prostych, lecz bardzo skutecznych zasadach. Przede wszystkim, narzucił instrumentalny sposób podejścia do prawa, który polega na tym, że prawo stanowione traktowane jest głównie jako wygodne narzędzie do realizowania różnych celów rządzących, a nie zespół norm ograniczających ich samowolę i dających społeczeństwu gwarancje funkcjonowania w demokracji, czyli sprawowania kontroli nad aparatem władzy. Poza tym PiS sprytnie wykorzystał sentymenty rodem z PRL-u, przede wszystkim karykaturalne rozumienie pojęcia „sprawiedliwości społecznej” (urawniłowka). I zasadę cedowania przez „naród”, wobec poczucia własnej bezsilności, na rząd jako jedyną siłę sprawczą odpowiedzialności za losy państwa i społeczeństwa. Dołożył do tego antyintelektualizm i sprzyjanie ksenofobicznym ciągotom części Polaków.

– Antyintelektualizm wynika z głębokiej nieufności „ludzi z awansu” wobec elit i poczucia kulturowej niższości, która przejawia się negacją roli nauki, kultury i sztuki, a także przekonaniem o możliwości zastąpienia ich przez substytuty w postaci „prawd objawionych”, „praw naturalnych” i przejawów „kultury masowej”, która podoba się „wszystkim” (aż za dobry przykład tego sprzężenia stanowi kariera polityczno-medialna disco polo) – tłumaczy prof. Dąbrowski. – Ksenofobia i niechęć do innych jest wyrazem niewiedzy i kierowania się wynikającymi z niej przesądami. W rezultacie PiS uświadomił sobie istnienie dużej części populacji (ponad 30 proc. społeczeństwa „na twardo”), która chce być kierowana i ma określone oczekiwania wobec rządzących.

Jakie? Prof. Dąbrowski określa je stwierdzeniem w rodzaju: „nakarmcie nas, a my wam damy rządzić”. Odwieczne: chleba i igrzysk, w wersji polskiej. „Dajemy wam przyzwolenie, by kraść, bo my sami zrobilibyśmy dokładnie to samo, gdybyśmy szczęśliwie byli na waszym miejscu. Zwalczajcie „obcych” (artystów, działaczy LGBTQ+, ateistów, naukowców, reprezentantów innych nacji itd.), bo my ich i tak nie lubimy. Nie rozumiemy i obawiamy.

– Korzystając z tego, wyrażanego nogami podczas wyborów przyzwolenia, PiS  zdemolował demokratyczne mechanizmy władzy, co jest zresztą na rękę ich zwolennikom – podsumowuje smutno prof. Dąbrowski. – Taki antydemokratyczny, opierający się na odwołaniach do struktur „feudalnych” i mafijnych, model sprawowania władzy jest diabelsko wygodny dla korzystających z niego rządzących i niesamowicie trudny do zwalczania.

Szczególnie jeśli nie ma opozycji zdeterminowanej, aby w oparciu o wciąż jeszcze istniejące mechanizmy prawa, rygorystycznie rozliczyć rządzących, którzy prawo łamią. Nawoływania ekspertów, by opozycja w Polsce zjednoczyła się na czas wyborów, póki co są wołaniem na puszczy. A czasu, byśmy się obudzili, zanim sami się rozbierzemy, jest coraz mniej.

 

 

nv-author-image

Karina Obara

Ukończyła politologię na UMK w Toruniu oraz Studium dziennikarstwa europejskiego w Centrum Europejskim Natolin w Warszawie. Dziennikarka, pisarka, poetka, eseistka, malarka.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

[give_form id="8322"]

News Alert

Bądź na bieżąco!

Zamawiając bezpłatny newsletter akceptuje Pan/Pani naszą ochronę danych. Wypisanie się z prenumeraty newslettera jest w każdej chwili możliwe.