Przejdź do treści

Wojna na Ukrainie. Wina i przyczyny

Źródło błędów politycznych: myśleć tylko o własnych interesach i tylko o chwili obecnej
Jean de la Bruyère (1645-1696)

Wojna na Ukrainie trwa od 24 lutego, będzie trwała jeszcze długo i w przewidywalnej przyszłości nie zakończy konfliktów narosłych między Rosją a Ukrainą i między Rosją a Zachodem.

1. Państwa bezpośrednio zaangażowane w wojnę na Ukrainie nie mają dziś najmniejszej motywacji do zakończenia konfliktu. Zanim Rosja usiądzie do stołu negocjacyjnego, chce umocnić swoje zdobycze na południu Ukrainy i uzyskać jak najwięcej na jej wschodnich rubieżach. A to nie jest proste, ponieważ Ukraińcy stawiają skuteczny opór. Kijów z kolei poczuł wiatr w żagle, od kiedy z wydatną pomocą amerykańską odparł wojska rosyjskie na północy kraju i utrzymuje linię frontu w pozostałych częściach teatru działań wojennych. Władze Ukrainy są wręcz przekonane, że możliwe jest całkowite wyparcie Rosjan z zajmowanych przez nich terytoriów.

W dodatku obie strony obwiniają się o przerwanie negocjacji, choć jednocześnie każda z nich twierdzi, że rozmowy nie są pożądane. Nic dziwnego – doskonale wiadomo, że jeżeli obie strony konfliktu uważają, że są w stanie go wygrać, motywacja do prowadzenia rozmów pokojowych niebezpiecznie przybliża się do zera. W tym sensie wojna na Ukrainie coraz bardziej zaczyna przypominać wojnę w Korei. Wojnę, która też miała trwać tylko chwilę.

Sytuacja na froncie zmieni się jeszcze nie raz – nawet w czasie, który upłynie od czasu pisania niniejszego komentarza do jego publikacji. Jeszcze nieraz strona ukraińska ogłosi sukces na froncie. Jeszcze nieraz z mediów ukraińskich usłyszymy o odzyskaniu kolejnych miejscowości. Jeszcze nieraz Rosjanie poinformują, że ich administracja na terenach południowo-wschodniej Ukrainy radzi sobie coraz lepiej. Jeszcze nieraz usłyszymy o planach rosyjskich „referendów” na zajętych terenach. Taka już jest natura wojny, że sytuacja zmienia się dynamicznie, a kolejne pozytywne wiadomości z frontu umacniają ducha walki i tworzą iluzję, że rozmowy pokojowe można bezkarnie odkładać ad calendas graecas.

Wydarzenia na froncie będą zajmować naszą uwagę jeszcze długo. W chwili wytchnienia od natłoku wielu mniej lub bardziej potrzebnych informacji należy zwrócić się jednak ku kwestii fundamentalnej, jaką jest geneza tej wojny. Zrozumienie jej przyczyn pozwoli nałożyć właściwą matrycę na informacje z pola walki i gabinetów dyplomatycznych, które codziennie płyną do nas wartkim strumieniem. Pozwoli osadzić je w odpowiednim kontekście i da podstawy, aby zastanowić się nad konsekwencjami działań, które dziś podejmują największe mocarstwa.

2. O potrzebie zrozumienia przyczyn wojny piszę nie bez powodu. W Polsce – w przeciwieństwie do państw Zachodu, a przede wszystkim USA – na ogół nie rozpatruje się przyczyn rosyjskiej inwazji, a jedynie to, kto jest jej winny. Nieproporcjonalnie wiele miejsca poświęca się winie, a zbyt mało przyczynom wojny. A nie jest to to samo. Czym jest wina? To moralny ciężar, który spoczywa na tych, którzy wojnę wywołali i na tych, którzy są bezpośrednio odpowiedzialni za to, że 24 lutego zamiast informacji o kolejnej rundzie negocjacji usłyszeliśmy nad ranem, że z wielu kierunków rozpoczął się atak na Ukrainę. To również odpowiedzialność za śmierć i zniszczenie, które dokonują się na Ukrainie już kolejny miesiąc. Temu wszystkiemu winna jest Rosja i tylko Rosja. To nie powinno ulegać najmniejszej wątpliwości.

Czasem w kompleks winy próbuje się wpędzić inne państwa, np. Węgry albo Niemcy. Winny ma być Viktor Orban, ponieważ prowadzi politykę zagraniczną, która zdecydowanie odbiega od głównego nurtu polityki europejskiej, a także bardzo silnie akcentuje związki z Rosją i niechęć do Ukrainy. Winni mają być Niemcy – teraz i kiedyś. Winna ma być Angela Merkel, która utrzymywała regularny kontakt z Putinem i za kadencji której powstawał gazociąg Nord Stream. Winny ma być Olaf Scholz, który opiera się najostrzejszym sankcjom na Rosję, nadal kupuje rosyjski gaz i nie chce wysyłać na Ukrainę ciężkiego sprzętu do walki z Rosją. Winny naiwności w końcu ma być Emmanuel Macron, który jeszcze częściej niż Merkel dyskutował z Putinem, lecz rozmowy te ostatecznie nie przyniosły pożądanego skutku.

Nawet Wołodymyr Zełenski w codziennych przemówieniach wprost mówi, że politycy europejscy, którzy nie chcą przysyłać ciężkiego sprzętu na Ukrainę, albo nie zgadzają się na całkowite gospodarcze odcięcie od Rosji, są współwinni śmierci cywilów w Mariupolu.

Trzeba jednak wyraźnie powiedzieć, że Węgry, Niemcy albo Francja nie są w najmniejszym stopniu winne inwazji, ani zbrodniom, których Rosjanie dokonują na Ukrainie. To fałszywa retoryka wykorzystywana (co w pewnej mierze zrozumiałe) przez prezydenta narodu, który walczy o przetrwanie, albo przez nazbyt licznych komentatorów, wciąż chyba niedowierzających w rozmiar tragedii za naszą wschodnią granicą.

Wina za inwazję i zbrodnie na Ukrainie leży bowiem wyłącznie po stronie Rosji, bo to jej wojska są tam zaangażowane i to rosyjskie rakiety spadają na ukraińskie miasta. Przypisywanie współwiny za te działania europejskim przywódcom, którzy przez długie miesiące podejmowali – i nadal podejmują – działania na rzecz pokoju, stabilności i kompromisu, świadczy o złej woli, bądź po prostu o niewłaściwej interpretacji ich polityki.

3. Wina to jednak tylko jeden aspekt tej ponurej historii. Czym innym są przyczyny, które doprowadziły do wojny. A tych jest wyjątkowo dużo i nie sposób ich wszystkich wyszczególnić w tak krótkim szkicu. Kiedy myślimy o przyczynach rosyjskiej inwazji powinniśmy myśleć w istocie o historii ostatnich 30 lat relacji Zachodu z Rosją. Lub by wyrazić się precyzyjniej – relacji USA z Rosją oraz NATO z Rosją. A także Rosji z Ukrainą. To narosłe przez lata animozje, pretensje, a przede wszystkim fundamentalny spór o kształt architektury bezpieczeństwa w Europie doprowadziły nas do tego, co wydarzyło się nad ranem 24 lutego.

Jeżeli teza ta brzmi w Polsce kontrowersyjnie, to tylko dlatego, że nie docierają do nas nawet echa poważnych dyskusji, które toczą się na temat przyczyn wojny na Ukrainie wśród historyków i analityków w USA, Niemczech albo Francji (albo docierają jedynie te argumenty, które lubimy słuchać). Powyższy sposób myślenia zajmuje tam równoprawne miejsce w tej dyskusji, a ona sama odbywa się przeważnie w nadzwyczaj cywilizowany sposób. Być może jest to efekt geograficznego oddalenia od teatru wojny, co zazwyczaj – choć nie zawsze – sprzyja mniej emocjonalnym reakcjom i ocenom.

Wracając jednak do przeglądu animozji i wzajemnych pretensji, to obejmuje on złamane obietnice i zawiedzione nadzieje, zapewnienia o pokojowych intencjach i próby resetu wzajemnych stosunków, pomysły stworzenia nowych struktur bezpieczeństwa i pisemne żądania niemalże w formie ultimatum. To historia lekceważenia wzajemnych interesów oraz niedopasowania celów politycznych do trudnej i skomplikowanej rzeczywistości. To zapis rozmów przywódców, polityków i wojskowych, którzy przez 30 lat próbowali wyjaśniać różnice i nieporozumienia, ale nigdy nie potrafili znaleźć wspólnego języka. To wreszcie koleje losu mocarstw obawiających się o własne bezpieczeństwo i nierozumiejących wzajemnie swoich lęków oraz interesów. Jedynie bardzo nieuważni uczniowie historii mogą twierdzić, że przyczyny konfliktu między Rosją a Zachodem można zamknąć w jednym zdaniu, tak jak czynimy to z rozstrzygnięciem rosyjskiej winy za wywołanie wojny.

Mało tego. Dla każdego, kto o historii myśli w sposób polityczny, będzie jasne, że czynniki te są i były właściwe każdemu konfliktowi między mocarstwami na przestrzeni wieków. Taka już jest paskudna natura tych starć. Myślenie polityczne – zwłaszcza w tak trudnych czasach – nie może zadowalać się wygodną opowieścią o wojnie jako starciu dobra ze złem. Choć takie rozumienie wydarzeń za naszą wschodnią granicą jest po ludzku zrozumiałe, to nie pozwala nam ono wyjść poza kategorię winy i przejść do rzetelnej analizy przyczyn konfliktu.

4. Szukając „pierwszej przyczyny” wojny na Ukrainie, warto pójść tropem, który podsuwa w swoich tekstach wybitny brytyjski myśliciel Anatol Lieven. Jako główny problem w relacjach między Zachodem a Rosją wskazuje on nierozstrzygnięty spór na temat miejsca Rosji w Europie i w jej porządku bezpieczeństwa. Spór ten toczy się zasadniczo o to, czy Rosja jest państwem europejskim i czy powinna mieć głos w kwestiach kluczowych dla Europy. W tej sprawie nie ma zgody. I to nie tylko między Zachodem a Rosją, ale również wewnątrz samego Zachodu.

Rosja uważa, że miejsce w Europie jej się należy – i to nie tylko ze względu na położenie geograficzne. Przez wieki należała do rodziny narodów europejskich. Brała udział w wojnie północnej, decydowała o kształcie Europy na kongresie wiedeńskim i wieszała sowiecką flagę w Berlinie w 1945 roku. Więzami krwi była związana z europejskimi dynastiami panującymi, a jej filozofia sztuka i literatura do dziś należą do dziedzictwa kulturowego Europy. Nawet jeszcze bardzo niedawno, bo do początku lat 90. ubiegłego wieku, zasięg jej wpływów rozciągał się aż do samego serca Europy w środkowych Niemczech.

Z perspektywy Rosji obecna sytuacja jest nietypowa, ponieważ od 30 lat jej wpływ na politykę europejską jest bardzo mocno ograniczony. Dlatego od pewnego czasu władze na Kremlu próbują odzyskać dawne wpływy na kontynencie. Robią to różnymi metodami, choć ostatnio głównie nielegalnymi i wojskowymi.

Zachód na te próby zapatruje się dwojako. Zasadniczo można przyjąć, że miejsce dla Rosji w Europie widzą państwa Europy Zachodniej, a przeciwko takiej wizji opowiadają się Amerykanie, Brytyjczycy oraz państwa naszego regionu. Ta druga frakcja również jest w stanie zaakceptować obecność Rosji w europejskim układzie sił, ale tylko wtedy, gdy przejdzie ona proces demokratyzacji, wyrzeknie się wojny jako sposobu rozwiązywania sporów z sąsiadami i zrezygnuje ze swojej strefy wpływów w tzw. bliskiej zagranicy. Szanse na taką przemianę są naturalnie nikłe, toteż różnica między tymi dwoma obozami pozostaje – i zapewne pozostanie – wyraźna.

Fiasko dyplomacji i rozpoczęcie przez Rosję wojny sprawiły, że w łonie obozu zachodniego nad wizją „kontynentalną” przeważyła wizja „anglosaska”. Amerykańscy politycy deklarują, że celem jest całkowite zwycięstwo nad Rosją, co w praktyce ma oznaczać definitywne pozbawienie jej możliwości zabierania głosu w sprawach Europy, w tym Ukrainy. Amerykanie uważają, że jeżeli osiągną ten cel, to na dobre rozstrzygną spór o miejsce Rosji w Europie.

To niezwykle ambitny cel, ale czy realny? Czy możliwe jest całkowite pokonanie Rosji, nie ryzykując przy tym użycia przez nią taktycznej broni atomowej? Wszak dyrektorka wywiadu narodowego USA Avril Haines wprost stwierdziła, że Kreml może użyć takiej broni, jeżeli będzie uważał, że przegrywa na Ukrainie.

Warto zastanawiać się też nad tym, jak amerykańska strategia wykluczenia Rosji z Europy wpłynie na przyszłą postawę Niemiec, Francji albo Włoch wobec Kremla. Czy aby na pewno będzie ona jednoznacznie wroga? Czy może – same pozbawione dziś realnego wpływu na przebieg wojny – na powrót będą chciały przyciągnąć Rosję bliżej Europy? Biorąc te wszystkie czynniki pod uwagę, warto już teraz myśleć o tym, jakie rozwiązania mają szansę zapewnić pokój i stabilność w naszej części Europy. A także, na jakich rozstrzygnięciach najbardziej skorzystałaby Polska, i która wizja – kontynentalna, anglosaska, a może połączenie obu – jest dla nas w dłuższej perspektywie bardziej korzystna.

O tej ostatniej kwestii piszę nieprzypadkowo, ponieważ nie jest ona tak oczywista, jak się powszechnie w Polsce przyjmuje. Zastanawiając się nad nią, myślmy jednak szerzej, niż tylko o własnych interesach i w zdecydowanie dłuższej perspektywie czasowej, niż tylko o tym, co tu i teraz.

nv-author-image

Łukasz Gadzała

Absolwent Uniwersytetu Warszawskiego i University of Birmingham. Zajmuje się analizą polityki wielkomocarstwowej oraz teoriami stosunków międzynarodowych.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

[give_form id="8322"]

News Alert

Bądź na bieżąco!

Zamawiając bezpłatny newsletter akceptuje Pan/Pani naszą ochronę danych. Wypisanie się z prenumeraty newslettera jest w każdej chwili możliwe.