Przejdź do treści

O solidarności z walczącą Ukrainą

Wojna, która wybuchła po ataku rosyjskim na Ukrainę od początku zaskakuje. Zachodnia opinia publiczna do końca nie wierzyła, że to się może wydarzyć. Kiedy atak nastąpił, armii ukraińskiej dawano kilkadziesiąt godzin przed totalnym pogromem. Jednak po kilku dniach stało się oczywistym, że nie uda się Moskwie zainstalować marionetkowego rządu w Kijowie, a Ukraina pozostanie niepodległa. Wtedy Zachód ruszył z polityczną i gospodarczą odsieczą w postaci sankcji, które jednak nie zatrzymały Putina. Dopiero potworne zbrodnie w Buczy i kilku innych miejscowościach wstrząsnęły cywilizowanym światem na tyle, żeby skłonić do istotnej zmiany strategii wobec Kremla.

Zaczęło się od dostaw łatwej w obsłudze lekkiej broni obronnej (którą Amerykanie przekazywali jeszcze przed inwazją), lecz rosnąca fala solidarności obywatelskiej wkrótce popchnęła rządy mocarstw zachodnich do bardziej stanowczych działań. Fenomenalna postawa społeczeństwa polskiego i kilku innych krajów Europy zostanie opisana w podręcznikach historii – sama tylko Polska przyjęła trzy miliony uchodźców z Ukrainy. Mieszkańcy kraju otworzyli dla uciekających przed bombami kobiet i dzieci nie tylko portfele, ale i własne domy, dzięki czemu mimo tak potężnej migracji, w Polsce nie doszło do zjawiska bezdomności. Również rząd i samorządy, choć dopiero w drugiej kolejności po społeczeństwie, zasługują na słowa uznania. Oprócz deklaracji rządzących i zabiegów dyplomatycznych na arenie unijnej, od pierwszych dni wojny obserwujemy bezwarunkową solidarność z Ukrainą niemal wszystkich środowisk politycznych. Dla przyśpieszenia aklimatyzacji uchodźców rząd uruchomił nadawanie numerów PESEL, dzięki którym setki tysięcy uciekinierów mogło skorzystać z takich programów socjalnych jak 500 plus czy z jednorazowej pomocy finansowej w wysokości 300 złotych. Ponadto, linie kolejowe ogłosiły darmowe przejazdy dla obywateli ukraińskich, którzy wjechali do kraju po 24 lutego (do polskiej inicjatywy wkrótce przyłączyły się także koleje niemieckie).  Podobnie uczyniły samorządy, znosząc opłaty za bilety komunikacji miejskiej czy uruchamiając na dworcach punkty i infolinie dla uchodźców z ogarniętego wojną kraju. O miliardach euro przekazanych Ukrainie dowiadujemy się z oficjalnych komunikatów Brukseli, ale dokładne oszacowanie sumarycznej pomocy tysięcy obywateli w ramach choćby zbiórek pieniędzy, żywności i ubrań wydaje się niemożliwe z uwagi na bezprecedensową skalę. Ten niebywały zryw społeczny stał się drogowskazem dla rządzących, choć nie we wszystkich krajach politycy nadążyli za głosem obywateli.

W mediach europejskich trwający konflikt relacjonowano w co najmniej dwóch kontekstach: doniesień z frontu i kryzysu uchodźczego. O ile na temat pomocy dla uciekinierów wojennych cały czas mówi się w pozytywnym tonie dzięki postawie społeczeństwa, o tyle pierwszy, militarny komponent od początku wojny podzielił Unię Europejską na dwa obozy: zwolenników dostaw ciężkiego uzbrojenia dla walczącej Ukrainy i ich przeciwników na czele z rządami Niemiec i Węgier. Drażniło to nie tylko Kijów, ale i sojuszników zza Atlantyku. Prezydent Biden od początku aktywnie zabiegał o jedność Zachodu, lecz Unia działała ospale. Dlatego gdy kilka dni po inwazji Olaf Scholz wygłosił w Bundestagu przełomowe, jak się wydawało, oświadczenie, w którym przedstawił kilkupunktowy plan zmian polityki zagranicznej Berlina, u wielu osób pojawił się rozsądny optymizm. Niektórzy komentatorzy zinterpretowali wypowiedź niemieckiego kanclerza jako zerwanie z koncepcją Ostpolitik, polegającą na zmiękczaniu niedemokratycznych reżimów przez rozbudowę kontaktów handlowych, co w przypadku Rosji de facto oznaczało przymknięcie oka między innymi na aneksję Krymu i areszt Nawalnego. Plan zakładał wsparcie Ukrainy, zaostrzenie sankcji i wzrost nakładów na uzbrojenie, „żeby wojna Putina nie rozszerzyła się w Europie”. Za słowami nie poszły jednak czyny, gdy w marcu Niemcy przez kilka tygodni blokowały na przykład sprzedaż 56 bojowych wozów piechoty BMP-1, które Czesi przejęli od Szwedów a ci z zasobów armii ludowej NRD. Już wcześniej nie było mowy o dostawach broni dla Kijowa, ponieważ niemieckie elity w gruncie rzeczy ufały rosyjskiej narracji o jakoby niezdolności ukraińskich sił zbrojnych do przeciwstawienia się „drugiej armii świata”. Zapowiedź przełomu w tym myśleniu pojawiła się dopiero pod koniec marca, kiedy Rosjanie zaczęli wycofywać się z północy Ukrainy, co słusznie zinterpretowano jako klęskę ich maksymalistycznych planów. W kwietniu ogłoszono też zasadniczą korektę strategii amerykańsko-brytyjskiej, której nowym założeniem stało się maksymalne osłabienie potencjału militarnego Rosji. Nowa ocena przełożyła się na pozytywną decyzję o dostawach dla armii ukraińskiej potrzebnej ilości ciężkiego sprzętu wojskowego jak haubice, wozy opancerzone, czołgi i systemy przeciwlotnicze, który wkrótce pomoże odmienić losy trwającej wojny.

W tym miejscu zaryzykuję stwierdzenie, że przejęcie przez Ukraińców inicjatywy od początku kwietnia nie było głównym powodem zmiany stanowiska Berlina w kwestii dostaw uzbrojenia. W myśleniu o roli, jaką rząd Niemiec odegra w toczonym konflikcie zasadniczym elementem jest dynamika nastrojów społecznych. A te, jak pokazują sondaże, już teraz są po stronie Ukrainy, aczkolwiek z niewielką przewagą. Symbolicznym wyrazem solidarności obywatelskiej Niemców była stutysięczna demonstracja poparcia, do której doszło 27 lutego w Berlinie, nie wspominając o dziesiątkach inicjatyw oddolnych i prywatnych. Gdy w marcu i kwietniu wciąż trwała dyskusja władz o przekazaniu ciężkiego sprzętu wojskowego, sondaże informowały, że 55 procent Niemców „opowiada się za dostarczaniem Ukrainie broni ofensywnej dla odparcia rosyjskiej inwazji” i uważa, że „kraj powinien zrezygnować z importu rosyjskiego gazu i ropy naftowej”. Dla państwa, silnie przywiązanego do roli gospodarczego hegemona Europy i związanego z tym dobrobytu mieszkańców, które wciąż pielęgnuje winę przed Rosją (niesprawiedliwie pomijając inne republiki byłego ZSRR) za ideologię narodowego socjalizmu, taka zmiana wymaga prawdziwego wstrząsu. Tym szokiem niestety stała się dopiero największa wojna w Europie po 1945 roku, w trakcie której wielu Niemców być może odkryło ze zdziwieniem, że „Ukraina to nie Rosja”, jak pisał kiedyś Leonid Kuczma. Ale to już przełom, który pociągnie za sobą daleko idące przewartościowania nie tylko w polityce zagranicznej Niemiec. Jeśli obywatele mówią, że są gotowi ponieść dotkliwe konsekwencje gospodarczego embarga na rosyjskie węglowodory w imię solidarności z Ukrainą, rząd w Berlinie tak czy siak będzie musiał dostosować się do tych oczekiwań. Sensownie brzmią słowa Klausa Bachmanna, zwracającego uwagę w jednym z podkastów Gazety Wyborczej, że opieszałość rządu niemieckiego w kwestii ukraińskiej jest związana z wysokim poziomem zdecentralizowania kraju, gdzie mnogość regulacji często opóźnia podejmowanie decyzji. Ta decentralizacja, jak mówi prof. Bachmann, to swoisty bezpiecznik, żeby „Niemcy nie mogły ponownie zaatakować innych krajów Europy”. To ważny argument, ukazujący skomplikowaną naturę zjawisk i procesów, zachodzących w tym państwie i jego systemie politycznym.

W każdym razie, obiecana przez Scholza zmiana politycznego kursu wobec Rosji (a więc i stanowiska w kwestii wsparcia militarnego dla Kijowa) ruszyła z miejsca wraz z zapowiedziami dostaw ciężkiego sprzętu dla ukraińskiej armii oraz gotowością natychmiastowego embarga na rosyjskie surowce. Niemcy nadal dramatycznie odstają od dynamiki tej wojny i działań innych sojuszników, choćby pod względem ilości przekazywanego sprzętu czy pomocy finansowej. Ale tym się różnią choćby od Węgier, że poparcie społeczeństwa dla broniącej się strony i przemożna krytyka mediów głównego nurtu mogą zmusić polityków do korekty dotychczasowej polityki unisono ze stanowiskiem zachodnich partnerów. To, że niemiecki walec gospodarczy może wkrótce przejechać się po Rosji zrozumiano i na Kremlu, gdy rosyjskie gazety napisały z nieukrywanym rozczarowaniem: „Berlin w końcu uległ szantażowi USA”. W nadchodzących tygodniach będziemy więc obserwować rozwój debaty w Niemczech i czytać badania opinii publicznej z nadzieją, że owe 39 proc. przeciwników dozbrajania Ukrainy z cytowanego wyżej sondażu zmieni swoje zdanie.

nv-author-image

Nedim Useinow

Członek Rady Koordynacyjnej Światowego Kongresu Tatarów Krysmkich w Polsce. Absolwent studiów w zakresie nauk politycznych na Uniwersytecie Gdańskim. Od 2003 roku związany z sektorem pozarządowym w Polsce i na Ukrainie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

[give_form id="8322"]

News Alert

Bądź na bieżąco!

Zamawiając bezpłatny newsletter akceptuje Pan/Pani naszą ochronę danych. Wypisanie się z prenumeraty newslettera jest w każdej chwili możliwe.