Przejdź do treści

O rozkwicie i upadku imperiów

Rozmowa DIALOGU z brytyjskim historykiem Dominikiem Lievenem

 

Jan Tokarski: Pańska książka „W pożogę. Imperium, wojna i koniec carskiej Rosji” opowiada o pierwszych dwóch dekadach XX wieku. Jednak jak każda wybitna praca historyczna, opowiada nie tylko o wydarzeniach, ale pokazuje również szersze, bardziej uniwersalne mechanizmy, kształtujące relacje między państwami. Panie Profesorze, odmalowuje Pan zatem obraz Rosji zmierzającej do wojny, jednocześnie przypatrując się postępującej erozji ładu międzynarodowego, który ostatecznie unicestwiła I wojna światowa. Czy wybuch tej wojny był nieunikniony?

Dominic Lieven: Wybuch I wojny światowej nie był nieunikniony, ale nie był również przypadkiem. Wielka ironia tego konfliktu polegała na tym, że wojna, u której podstaw tkwiła rywalizacja między imperiami niemieckimi (Hohenzollernów i Habsburgów) i imperium rosyjskim, zakończyła się porażką wszystkich trzech. Pokój wersalski zawarto bez udziału Niemiec i Rosji oraz przeciwko Niemcom i Rosji. Dlatego też od samego początku konstrukcja nowego porządku nie była stabilna. W tym sensie koniec I wojny światowej nie prowadził wprost do rozpoczęcia drugiej, ale niewątpliwie czynił taki właśnie scenariusz bardzo prawdopodobnym.

Co zatem spowodowało tę bezprecedensową zapaść europejskiej polityki? Czy upadek imperiów (lub ich strategiczne wycofanie się) musi oznaczać pojawienie się pustych przestrzeni, o które zabiegać będą nowe potęgi?

Ujmując rzecz w bardzo ogólnych kategoriach, wiek XIX to epoka imperiów. Jedynie tego rodzaju forma polityczna, z racji ogromnych zasobów surowcowych oraz poważnej siły militarnej, była w stanie kształtować wydarzenia i narzucać porządek podczas pierwszej fazy globalizacji, z którą mieliśmy wtedy do czynienia. Jednocześnie najskuteczniejszym sposobem wewnętrznej konsolidacji wspólnot politycznych, legitymizowania rządów oraz sprawujących je elit był już wówczas naród. Tak więc napięcie między imperium i narodem było moim zdaniem tym czynnikiem, który doprowadził do upadku ówczesnego porządku. Proces ten był jednak niezmiernie skomplikowany i nie można zamknąć go w prostej formule: „Imperia stopniowo upadały, a narody zyskiwały na sile”. Owszem, poniekąd tak właśnie było, ale takie stwierdzenie nie wyczerpuje sprawy.

Przyjrzyjmy się naszym czasom. Na czym polega najpoważniejszy problem współczesnej Europy? Jeżeli Europejczykom nie uda się w jakiś sposób wspólnie wykorzystać zasobów całego kontynentu i stworzyć jakiejś formuły skutecznego (a więc również posiadającego legitymizację rządu) zarządzania, istnieje spore ryzyko, że Europa zostanie zepchnięta na margines globalnej polityki. Kwestie takie jak zmiana klimatu będą miały ogromne przełożenie na sytuację na naszym kontynencie, zwłaszcza jeżeli weźmiemy pod uwagę, co może wydarzyć się w Afryce. Poważne zmiany klimatyczne na tym kontynencie mogą sprawić, że niedawny kryzys migracyjny okaże się jedynie zapowiedzią tego, co może nas czekać. Dlatego w dobrze rozumianym interesie Europy leży pozostanie wspólnotą. Jak można to jednak osiągnąć tam, gdzie wymyślono ideę etniczno-językowej wspólnoty narodowej? Jest to idea zawsze naznaczona partykularyzmem, który kłóci się z poczuciem jedności wykraczającym poza narodowe granice. I nic nie wskazuje na to, by rychło ten stan rzeczy miał się zmienić. Nie chcę opisywać tego zjawiska za pomocą marksistowskiego pojęcia „sprzeczności”, ale z pewnością dostrzegamy tu poważne napięcie.

Jeżeli z kolei spojrzymy na obecną sytuację z perspektywy Chin – a sporą część życia spędzam właśnie we wschodniej Azji – można powiedzieć, że mamy do czynienia z dylematem analogicznym, jak w 1914 roku, tyle że oglądanym niejako z drugiej strony. Myśliciele zajmujący się więcej niż sto lat temu zagadnieniami światowej geopolityki w wielu kwestiach bynajmniej nie tkwili w błędzie. Dlaczego dziś myślimy o Chinach, Stanach Zjednoczonych czy, potencjalnie, o Indiach, jako kluczowych graczach przyszłego porządku światowego? Przede wszystkim dlatego, że wiemy, jak ogromne zasoby znajdują się pod ich kontrolą! Warto więc przypomnieć pewną nieprzyjemną prawdę. Otóż imperiami – za sprawą samej ich natury – sterować jest bardzo trudno: są tak rozległe, skomplikowane i różnorodne. W dawnych czasach – mam tu na myśli wiek XVIII oraz wcześniejsze stulecia – rządzący musieli liczyć się jedynie z przedstawicielami ówczesnych elit. Był to najwyżej jeden procent całego społeczeństwa. Dzisiaj rządzenie imperiami jest o wiele trudniejsze. Niemniej, właśnie od wspomnianych przed chwilą państw zależeć będzie kształt wyłaniającego się na naszych oczach porządku międzynarodowego. Gdyby miał nas czekać kryzys podobny do tego, jaki wydarzył się w lipcu 1914 roku (a wydaje mi się to możliwe, zwłaszcza gdy myślę o Azji Wschodniej), przywódcy staną przed podobną jak przed stuleciem logiką wydarzeń oraz ogromem odpowiedzialności za podejmowane lub zaniechane działania. Jedno wydaje mi się w tym kontekście szczególnie ważne: dzisiejsi przywódcy z całą pewnością nie są ani bardziej inteligentni, ani bardziej przyzwoici aniżeli ich odpowiednicy z roku 1914. Ta perspektywa nie nastraja optymistycznie.

Wspomniał Pan, że narody Europy muszą działać wspólnie, trochę tak, jak imperium, aby sprostać wyzwaniom współczesnego świata. Odnoszę jednak wrażenie, że taka perspektywa budzi największe obawy Europejczyków – zdaje się czymś, czego ze wszystkich sił pragnęlibyśmy uniknąć?

Od razu na myśl przychodzą mi Niemcy – naturalny lider Europy w XX wieku. Wydaje się, że w większym stopniu niż inne narody rozliczyły się one z grzechami własnej przeszłości. Choć dodać trzeba, że grzechy te są również większe niż w przypadku jakiegokolwiek innego narodu europejskiego. Z tym wiąże się jednak wniosek, jaki płynie dla Berlina z tej historycznej refleksji. Otóż sprowadza się on do głębokiej niechęci Niemców do zajmowania roli twardego przywódcy na arenie międzynarodowej.

Powracając zatem do Pańskiego pytania, powiem wprost: ma Pan rację, stoimy tu przed wielkim wyzwaniem. Obawiam się, że nawet w naszych czasach protestancka, północna Europa nie pospieszyłaby w razie kryzysu z pomocą Europie katolickiej, południowej. Zwłaszcza, gdyby chodziło o stawienie czoła nowej, większej jeszcze niż w 2015 roku, fali uchodźców z Afryki. Co więcej, wydaje mi się, że nie tylko Niemcy, ale właściwie wszystkie narody europejskie są raczej niechętne przyjęciu pewnych elementów logiki imperialnego działania, których wymaga skuteczne przeciwdziałanie tego rodzaju kryzysom. Nie chciałbym jednak brzmieć jak skrajny pesymista. Na szczęście systemy polityczne posiadają zdolność odnowy, która niejednokrotnie dawała o sobie znać właśnie jako odpowiedź na powstające w nieoczekiwany sposób wyzwania. Jeżeli nawet dzisiejsza Europa nie ma dobrej odpowiedzi na tego typu zjawiska, to przyznajmy szczerze: nie mają jej również inni aktorzy na globalnej scenie.

Tłumaczy Pan w swojej książce, jak rozpadł się system równowagi sił w 1914 roku. Był to końcowy etap długiego procesu, rozpoczętego jeszcze pod koniec XIX wieku procesu stopniowego wyłaniania się dwóch zwartych geopolitycznych bloków. W naszych czasach również doświadczamy tektonicznych przesunięć na poziomie porządku światowego, przede wszystkim obserwujemy stopniowe osłabienie dominacji Zachodu. Coraz wyraźniej wyłania się nowy, wielobiegunowy porządek, głównie pod wpływem potęg z Azji Wschodniej, w szczególności Chin. Jak postrzega Pan tę przemianę?

Europejski system równowagi sił, utworzony w 1815 roku, naruszyła wpierw rewolucja przemysłowa, a mówiąc dokładniej, przeniesienie jej z zachodniej do wschodniej części kontynentu. Owo przesunięcie dokonywało się stopniowo przez cały właściwie wiek XIX. W efekcie, na początku XX stulecia skutki tej rewolucji ujawniły się najpełniej w Rosji, czyniąc ją głównym jej beneficjentem. Biorąc pod uwagę, że Rosja kontrolowała wówczas terytorium od całej właściwie wschodniej części Europy aż do Pacyfiku, całkiem uzasadnione mogło być przekonanie, że z czasem stanie się ona jedynym europejskim supermocarstwem. Rosja wydawała się, najprościej rzecz ujmując, jedynym państwem na kontynencie zdolnym utrzymać rozległe imperium.

© Zygmunt Januszewski

W pewnym sensie to, z czym mamy do czynienia współcześnie, przypomina zatem sytuację z XIX wieku. Tak, jak nie było niczego specyficznie angielskiego w rewolucji przemysłowej, nie ma również niczego specyficznie zachodniego w obecnej fazie globalizacji. Nie ma więc nic dziwnego w tym, że na przykład Japonia potrafiła z tak dobrym skutkiem przyjąć europejską nowoczesność. Pod wieloma względami państwo to bardzo przypomina Europę. Ale podobnie jak w wieku XIX, centrum przemian przemieszcza się z wyspy w stronę kontynentu – wówczas z Wielkiej Brytanii na wschód, współcześnie z Japonii w stronę Chin i Azji kontynentalnej. Warto odnotować również istotne różnice. W przypadku Azji Wschodniej, inaczej niż w Europie, postindustrialna rewolucja ekonomiczna zapuszcza korzenie w państwie, które nie tylko jest największe pod względem liczby ludności, ale kóre posiada także najdłuższą tradycję imperialną.

Nietrudno przewidzieć, że wynikną z tego mniej lub bardziej poważne turbulencje. Już samo historyczne porównanie powinno wzbudzać w nas pewien niepokój. Jeżeli zdominowany w znacznej mierze przez Anglików porządek sprzed 1914 roku nie był w stanie skutecznie zintegrować liberalnego i europejskiego państwa takiego jak Niemcy, to równie marne są szanse na zintegrowanie z obecnym systemem Chin, państwa unikalnego ze względu na swój rozmiar oraz wielowiekową tradycję. A przy tym musimy jeszcze uwzględnić inne aspekty dzisiejszej sytuacji – chociażby rozwój technologiczny. Przed 1914 rokiem technologia umożliwiała ówczesnym potęgom wtargnięcie na tereny, którymi, po pierwsze, nikt się dotąd specjalnie nie interesował, oraz, po drugie, przekształcenie ich w przedmiot rywalizacji. Działo się tak przede wszystkim za sprawą kolei, która stanowiła koło zamachowe rozwoju imperiów i pozwoliła im przenikać do samego wnętrza kontynentów, opanowywać je, a następnie eksploatować. Współcześnie podobna rywalizacja toczy się na dnie mórz i oceanów, jak też w przestrzeni kosmicznej. Istnieją również analogie między Niemcami z początku XX stulecia a dzisiejszymi Chinami – przede wszystkim łączy je ustrój autorytarny, uznający nacjonalistyczną ideologię za najpewniejsze źródło własnej legitymizacji, a jednocześnie rozpoznanie, jak trudno jest zaspokoić bestię, którą w ten sposób powołano do życia.

Ale spójrzmy na sprawy, o których rozmawiamy z bardziej optymistycznej perspektywy. Otóż Rzesza Wilhelmińska zdecydowała się na wojnę, ponieważ uznała, że przyszłość należeć będzie do Rosji. Dzisiejsi przywódcy Chin wydają się natomiast przekonani, że przyszłość już należy do nich. Nikt nie wysadza w powietrze świata, jeżeli wszystko wskazuje na to, że go odziedziczy. Nie zmienia to faktu, że przestrzeń dla błędnych kalkulacji i przyziemnych pomyłek pozostaje znacząca – wystarczy wspomnieć sprawę Tajwanu.

Warto też pamiętać, że na współczesne stosunki międzynarodowe istotny wpływ wywiera coś, z czym nie mieliśmy do czynienia przed wiekiem, a mianowicie kryzys ekologiczny. Zmiany w dostępności zasobów naturalnych zawsze stanowiły poważne źródło napięć politycznych. Co się stanie, jeżeli zarówno w Chinach, jak i w Indiach pojawi się deficyt wody? Chińczycy już dzisiaj podejmują działania zmierzające do zbudowania tam lub odwrócenia biegu niektórych rzek, które obecnie doprowadzają wodę do północnej części Indii oraz innych obszarów południowo-wschodniej Azji. Pierwsze efekty tej zmiany niedługo się pojawią. W Europie ten sam problem może pojawić się w postaci trzech miliardów Afrykańczyków, którzy będą próbowali wydostać się z kontynentu, który z czasem może stać się niezdatny do życia z powodu suszy, słowem – gigantycznego deficytu wody. Z niektórymi z tych wyzwań mieliśmy do czynienia przed 1914 rokiem, z innymi nie. Jeżeli będziemy mieć nieco szczęścia, nie nałożą się one wszystkie na siebie jednocześnie.

To globalne przesunięcie widoczne jest również z drugiej strony – z perspektywy Chin. Jeszcze całkiem niedawno Pekin konsekwentnie realizował sformułowaną przez Denga Xiaopinga tzw. „doktrynę 24 znaków”, polegającą na tyleż dyskretnym, co konsekwentnym budowaniu własnej potęgi, bez prężenia muskułów. Pod rządami Xi Jinpinga to się zmieniło. Chiny poczuły, że nadszedł ich czas i zapragnęły, aby wszyscy gracze uznali je za globalne supermocarstwo. Czy ten wielki powrót Państwa Środka na międzynarodową scenę nie jest wynikiem wewnętrznych napięć, próbą swoistej ucieczki do przodu? W książce wspomina Pan, że dzisiejsze Chiny mają więcej wspólnego z carską Rosją niż z imperialnymi Niemcami sprzed 1914 roku.

Najważniejsze i zarazem najbardziej oczywiste podobieństwo między współczesnymi Chinami a Rosją sprzed 1914 roku sprowadza się do wyzwań, piętrzących się wtedy i dzisiaj przed każdym z tych państw. Zarządzanie bytami politycznymi tak ogromnych rozmiarów jest istnym koszmarem. Obydwa kraje obawiały lub obawiają się wewnętrznej niestabilności, a jednocześnie żywią przekonanie, że przyszłość należy do nich. Oczywiście, istnieją również poważne różnice.

Oglądane z zewnątrz Chiny sprawiają wrażenie bardzo pewnych siebie i niebezpiecznych. Jeżeli ktoś mieszka w Tokio, jak ja, taki punkt widzenia może być w pełni uzasadniony. Podejrzewam jednak, że sam Xi Jinping patrzy na te sprawy inaczej i dostrzega fundamentalne zagrożenia dla stabilności chińskiego systemu politycznego, częściowo w oparciu o to, co wiemy z historii. Nieuchronność wzrostu, a następnie rozpadu imperium dynastycznego stanowiła sam rdzeń chińskich przekonań geopolitycznych od bardzo dawna. Historia potwierdziła zasadność tej koncepcji. Przywódcy Chin mają coś w rodzaju obsesji na temat rozpadu Związku Radzieckiego. Studiują ten przypadek bardzo dokładnie – przede wszystkim po to, aby nie pójść w ślady radzieckich towarzyszy. A to oznacza, że z pewnością nie będą słuchać ludzi pokroju Michaiła Gorbaczowa, przekonujących wszystkich, że liberalizm można pogodzić z autorytarną tradycją oraz dalszym trwaniem imperium.

Jeszcze jedna paralela między czasami współczesnymi a tymi sprzed laty wydaje mi się bardzo wymowna. W 1917 roku Stany Zjednoczone w spektakularny sposób wkroczyły na arenę międzynarodową jako nowy wielki gracz. Waszyngton od początku nie chciał zresztą być jednym z wielu mocarstw, ale miał ambicję ustanowienia nowych reguł rządzących polityką międzynarodową. Prezydent Woodrow Wilson pragnął nie tylko stabilnego pokoju, ale równiez ustalenia zasad, które obowiązywałyby wszystkich aktorów na międzynarodowej scenie i które byłyby zgodne z elementarnym poczuciem sprawiedliwości. Rok 1917 to zatem symboliczny moment, w którym Stany Zjednoczone porzucają swój tradycyjny izolacjonizm i przyjmują na siebie rolę globalnego mocarstwa. Czy dziś nie mamy do czynienia z czymś odwrotnym? Czy po stuleciu prowadzenia mniej lub bardziej aktywnej polityki międzynarodowej nie pojawiła się w USA ponownie pokusa wycofania się, zamknięcia i skupienia na sobie?

W jakimś sensie tak, ale wydaje mi się, że chodzi tu o coś więcej. Problem z zaangażowaniem Stanów Zjednoczonych w I wojnę światową polegał na tym, że najpierw ich aktywny udział pomógł rozstrzygnąć wojnę na korzyść aliantów oraz zaprojektować pokój, zaraz potem jednak Waszyngton powrócił do swojego tradycyjnego izolacjonizmu. Fundamenty układu wersalskiego zostały tym samym podważone, co miało, jak doskonale wiemy, katastrofalne skutki w dłuższym okresie czasu.

Po tym, jak zachodni Europejczycy pozwolili, by cały kontynent po raz drugi pogrążył się w wojennym chaosie, Amerykanie wrócili i uratowali im skórę. W najbardziej podstawowym wymiarze Stany Zjednoczone pełniły odtąd rolę gwaranta europejskiego bezpieczeństwa. To Amerykanie zajmowali się wszystkimi najważniejszymi wyzwaniami geopolitycznymi, oni nadawali ton w stosunkach międzynarodowych. Dzisiaj się to zmienia. Amerykańska potęga, która uratowała los liberalnej demokracji przed 75 laty, wydaje się wchodzić w fazę schyłku, jest wewnętrznie niestabilna. Nie powinniśmy popadać jednak w żaden sztywny determinizm. Amerykanie niejednokrotnie demonstrowali już fantastyczną zdolność samoodnowy. Trudno jednak nie zauważyć, że stoją przed poważnymi wyzwaniami. Jedno z kluczowych – a nie jest to wyłącznie amerykański problem – polega na rozwodzie liberalnej demokracji i globalnego kapitalizmu. Obydwie te siły przynajmniej od czasów I wojny światowej żyły ze sobą we względnej zgodzie między innymi dlatego, że tzw. Pierwszy Świat korzystał z większości owoców globalizacji, podczas gdy Trzeci Świat ponosił lwią część związanych z nią kosztów. Przesunięcie w ogólnoświatowym układzie sił oznacza, że powyższy rozdział korzyści i kosztów w coraz mniejszym stopniu odpowiada rzeczywistości. W Pierwszym Świecie przedstawiciele klasy średniej oraz tego, co dawniej stanowiło klasę robotniczą, tracą swoją pozycję. Londyn – by skupić się na moment na przykładzie jednego tylko miasta – przypomina dziś rozległą enklawę kompradorów, mocniej powiązanych z globalną gospodarką, aniżeli z angielskim „zapleczem”.

Co nie mniej ważne, w poprzednich stadiach globalizacji jej ofiary były praktycznie pozbawione głosu. W naszym świecie ich głos daje się natomiast wyraźnie słyszeć, choćby w sprzeciwie wobec elit czy imigrantów. I nawet jeżeli nam się to nie podoba, warto zrozumieć, skąd się bierze. Jeżeli mieszkasz w Cambridge, dwóch na trzech taksówkarzy to osoby azjatyckiego pochodzenia. Kiedy weźmie się takie fakty pod uwagę, łatwo pojąć, dlaczego przyjezdni z innych krajów mogą budzić niechęć na przykład wśród kierowców taksówek. Nie chodzi jedynie o to, że tańsza siła robocza zastępuje droższą. Rzecz ma znacznie szerszy zasięg i dotyczy nie tylko produkcji przemysłowej, ale również sektora usług, w którym postępują zarówno automatyzacja, jak i umiędzynarodowienie. Głosowanie za Brexitem wydaje mi się niezbyt mądrą reakcją na powyższe zjawiska, można jednak zrozumieć sposób myślenia oraz emocje, jakie stoją za tego rodzaju decyzją. Mówiąc w największym skrócie, wiele przemawia za tym, że trwający mniej więcej 250 lat okres dominacji anglo-amerykańskiego Zachodu dobiega właśnie końca. Tego rodzaju wielkim przeobrażeniom jedynie z rzadka nie towarzyszą konflikty.

Skoro jesteśmy już przy Brexicie: hasło kampanii zachęcającej Brytyjczyków do głosowania za opuszczeniem struktur Unii Europejskiej brzmiało: „Take back control” – „Odzyskajmy kontrolę”. Wydaje mi się, że w tej lapidarnej formie całkiem dobrze uchwycono to, co stało się w sercach wielu mieszkańców Zachodu na przestrzeni ostatnich dziesięciu czy piętnastu lat. Mam na myśli wrażenie, że mój głos jest w gruncie rzeczy pozbawiony znaczenia, gdyż mogę wybierać jedynie spośród niespecjalnie różniących się od siebie wariantów tej samej rzeczy. A kiedy takie przekonania stają się powszechne, pojawia się pokusa mocnego wstrząśnięcia całym systemem. Na zasadzie: „Rozchwiejmy wszystko i zobaczmy, co będzie dalej”.

No cóż, wynika to wszystko z tego, że kapitalizm zdaje się mocniejszy od demokracji – przynajmniej kapitalizm w skali globalnej. Ta dysproporcja sił ma zaś poważne konsekwencje dla systemu, w którym żyjemy. Skala wpływu kapitalizmu na politykę dobrze widoczna była już przed stuleciem, prowadząc zresztą już wtedy do rozmaitych napięć. Wystarczy pomyśleć o granicach etnicznych imperium austro-węgierskiego. Około 1840 roku w Radzie Miejskiej w Pradze zasiadały niemal wyłącznie osoby niemieckiego pochodzenia. Pięćdziesiąt lat później w tej samej instytucji nie było już ani jednego Niemca. Jednak należy przy tym pamiętać, że przed 1914 rokiem austriackie władze zarządzały napięciami wewnątrz ludności imperium o wiele skuteczniej, aniżeli Brytyjczycy w tym samym czasie – zapewne również skuteczniej, niż ktokolwiek inny. Dlaczego? Z prostej przyczyny. Napięcia pomiędzy poszczególnymi grupami etnicznymi stanowiły w Austro-Węgrzech chleb powszedni. Natomiast w przypadku Wielkiej Brytanii choćby problem Irlandii był czymś absolutnie wyjątkowym, jedynym w swoim rodzaju.

Jeżeli współczesna Europa zapomniała już, czym w stosunkach międzynarodowych jest siła, to z pewnością państwem, które wciąż doskonale wie, o co chodzi, pozostaje Rosja Putina. Proszę wybaczyć, jeżeli moje pytanie będzie podszyte czymś w rodzaju polskiej „nadwrażliwości geopolitycznej”: jak postrzega Pan imperialną tradycję Rosji? Wielu historyków i komentatorów uważa, że imperializm stanowi sam rdzeń rosyjskiej tożsamości. Wielka Brytania miała imperium, Rosja nim była.

Pod wieloma względami taki pogląd wydaje się prawdziwy. Łatwiej jest – podkreślam – utrzymać rozdział między tożsamością narodową i imperialną, kiedy imperium jest położone z dala od metropolii (a więc, paradoksalnie, od własnego centrum). Nawet w takim wypadku problemy będą jednak piętrzyć się w nieuchronny sposób. Jednym z rzadziej wskazywanych powodów Brexitu jest niewątpliwa nostalgia za dawnym imperium oraz arogancja charakterystyczna dla tego rodzaju mentalności.

Rzecz przedstawia się inaczej w przypadku wielkich imperiów lądowych. W ich przypadku granica między tożsamością narodową a imperialną jest o wiele bardziej zagmatwana. Widać to znakomicie nie tylko na przykładzie Rosji, ale również Chin. Państwo Środka, które znamy współcześnie, różni się diametralnie od dawnych Chin z okresu panowania dynastii Song czy Ming. To Chiny imperialne, stworzone przez podboje dynastii Qing. Ogromne terytoria islamskiej Azji Środkowej – dzisiejszy Sinciang – zostały zaanektowane w 250 lat po tym, jak Hiszpanie dotarli do Ameryki Środkowej i Południowej. Niemniej, przywykliśmy myśleć o Chinach jako o „wiecznym” imperium. Tymczasem trzeba mieć na uwadze tego rodzaju kwestie, kiedy zastanawiamy się nad problemem rosyjskiej tożsamości.

Imperium stanowi niezwykle ważny element rosyjskiej tradycji i tożsamości. Również dziś pozostaje ściśle związane z (historycznie zrozumiałym) kompleksem wykluczenia, bycia pogardzanym przez oświeconą Europę – słowem, z poczuciem, że Rosja nie jest pełnoprawnym członkiem europejskiej cywilizacji. Siła stanowi przeciwwagę dla tego kompleksu niższości. Towarzyszy temu proste przekonanie: Zachód będzie nas szanował tylko wtedy, gdy będzie się nas bał. Ten rodzaj myślenia bardzo wzmocniły wydarzenia z lat 90. ubiegłego stulecia. Rozumiem, że to, co powiem, dla wielu będzie brzmiało jak usprawiedliwienie, warto jednak spróbować zrozumieć punkt widzenia wielu Rosjan. Upadek Związku Sowieckiego był dla nich tym, czym dla wielu Brytyjczyków byłby hipotetyczny rozpad brytyjskiego imperium w latach 30. XX stulecia, kiedy brytyjskie panowanie nad światem postrzegano jako element odwiecznego porządku rzeczy. Należy wyobrazić sobie jednoczesne wyzwolenie Szkocji i Walii (przy czym warto podkreślić, że porównanie to jest wadliwe, gdyż brytyjskie tradycje religijne nie mają swych źródeł w Edynburgu, rosyjskie zaś mają swoje korzenie w Kijowie). Do tego należy dodać załamanie monarchii konstytucyjnej oraz systemu parlamentarnego, które odpowiadałoby rozpadowi partii komunistycznej i całego systemu władzy ZSRR. Wreszcie, recesję gospodarczą i masowe bezrobocie, pod wieloma względami gorsze od tego, jakie pamiętamy z lat 30. Zatem nie powinno nikogo dziwić, że tego rodzaju kryzys odbija się dzisiaj w Rosji nacjonalistyczną czkawką i nostalgią za dawną potęgą imperialną.

Rozmawialiśmy o upadku imperiów oraz erozji porządku międzynarodowego. Na koniec chciałbym więc zapytać Pana o awers tej historii: o narodziny wielkich potęg. Jak one powstają? I w jakich warunkach to, co wydaje się w rozpadzie, może się odnowić?

Odpowiedź na takie pytanie wymagałaby osobnej rozmowy. W stosunkach międzynarodowych potęga jest bowiem zawsze relatywnym pojęciem. Powstanie jednych imperiów oznacza osłabienie innych. Tak czy inaczej, wiem z historii, że imperia, które niosły na swych sztandarach hasła jakiejś wielkiej uniwersalnej religii albo wyższej formy cywilizacyjnej, potrafiły przetrwać znacznie dłużej niż te, które wspierały się na nagiej sile oraz ekonomii „chleba i igrzysk”.


Dominic Lieven jest brytyjskim historykiem, profesorem w Cambridge University. Członek British Academy i Royal Historical Society. Zajmuje się imperialną historią Rosji carskiej XIX i początków XX wieku.

 

 

 


Jan Tokarski jest filozofem i historykiem idei. Doktor nauk humanistycznych Instytutu Historii PAN. Autor książek „Historie przyszłości. Wizje bolszewizmu w Rosji, 1917–1921” i „Neokonserwatyści a polityka zagraniczna USA w nowym wieku”.

 

 

 

 

 

Rozmowa ukazała się w Polsko-Niemieckim Magazynie DIALOG nr. 134

nv-author-image

Rozmowa DIALOGU

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

[give_form id="8322"]

News Alert

Bądź na bieżąco!

Zamawiając bezpłatny newsletter akceptuje Pan/Pani naszą ochronę danych. Wypisanie się z prenumeraty newslettera jest w każdej chwili możliwe.