Przejdź do treści

Polskie zarządzanie strachem

W Polsce wszystkie dziedziny życia wymagają odnowy i systemowej przemiany: edukacja, sądy, opieka zdrowotna, polityka, media, biznes czy służby mundurowe. Zamiast silnych rządów kompetentnych ludzi, rządzi tu zmartwienie każdej władzy: czy jak ruszymy ten bałagan, to znów nas wybiorą?

Wszystko trzeba zreperować. PiS postawił już podobną diagnozę. Ale to, co robi do tej pory, niszczy i tak kruche struktury państwa prawa, demokracji i wspólnoty. Dlaczego dotąd proces przemiany się nie powiódł? Czy można by to zrobić inaczej? A co najważniejsze – jak? Kilka lat temu, zanim PiS doszedł do władzy, Jerzy Urban, wydawca satyrycznego tygodnika „NIE” powiedział mi, że Polską można rządzić albo tchórzliwie, albo oddać władzę nacjonalistycznej sekcie. Wciąż zastanawiam się, czy miał rację? I co poszło nie tak, skoro każdy rząd w Polsce przekonuje, że troszczy się o kraj?

Prof. Michał Wróblewski, socjolog z UMK w Toruniu uważa, że rządy PiS dokonały w ciągu ostatnich sześciu lat wielu znaczących i zauważalnych dla życia zwykłych obywateli zmian. Program 500+, podniesienie pensji minimalnej, obniżenie wieku emerytalnego czy wprowadzenie 13. i 14. emerytury z pewnością dużo w polskich realiach zmieniło. Z drugiej strony, polityczną energię skierowano na przebudowę systemu prawnego w imię walki z kastami i rzekomo nadmierną władzą sędziów. Z jedną i drugą ścieżką zmian jest wiele problemów. Zmiany w zakresie polityki społecznej, chociaż potrzebne, nie doprowadziły do zmian instytucjonalnych, np. poprzez podniesienie jakości świadczonych przez państwo usług. Pomimo rekordowo wysokiego poziomu transferów socjalnych, efektem programów typu 500+ jest jedynie podniesienie siły nabywczej zwykłych obywateli, a nie poprawa różnych systemów państwowych. Nadal mamy słabe szkoły i szpitale. A to właśnie jakość ich usług świadczy o rozwoju społecznym.

– W obszarze wymiaru sprawiedliwości, po sześciu latach wojny o sądy, wiemy już, że jest to przykład marnotrawstwa zasobów i energii oraz błędu w rozpoznaniu priorytetowych obszarów zmiany – tłumaczy prof. Wróblewski. – Za działaniami PiS wymierzonymi w sędziów stało rozpoznanie: powinniśmy najpierw zreformować kościec systemu, by móc reformować państwo w innych obszarach. Bilans tej wojny jest skrajnie niekorzystny. System wymiaru sprawiedliwości działa gorzej niż przed 2015 r., jeżeli chodzi np. o tempo rozpatrywania spraw. „Reforma” spowodowała kryzys w relacjach międzynarodowych z UE, a także umocniła największego konkurenta Jarosława Kaczyńskiego, czyli Zbigniewa Ziobrę, którego pozycja jest dziś na tyle duża, że może on blokować kluczowe decyzje rządu (na przykład w zakresie polityki klimatycznej czy szczepień).

Zmiany w wymiarze sprawiedliwości doprowadziły też do ograniczenia prawa do aborcji (o czym zdecydował upolityczniony Trybunał Konstytucyjny) czy zablokowania środków europejskich przyznawanych w ramach Krajowego Planu Odbudowy. Polska wyglądałaby zupełnie inaczej, gdyby PiS zajął się systemem oświaty, opieką zdrowotną czy polityką energetyczną z taką samą determinacją, z jaką wprowadza kolejne „reformy” sądów.

Dr Adam Jarosz, politolog z SGH w Warszawie jest jednak zdania, że PiS wygrało w 2015 r. wybory obiecując głęboką przemianę wielu dziedzin życia i po kolei zaczęło je realizować. Nie wszystko się udało, bo napotkał przeszkody.

– Część reform wywołała opór i konflikty, jak np. reforma edukacji, gdzie krytykowano zbyt szybkie tempo zmian i brak dialogu, czy reforma sądownictwa, w której środowisko sędziowskie wraz z opozycją nie zaakceptowało proponowanych rozwiązań i kwestionowało uchwalone przez parlament ustawy – przyznaje dr Jarosz. – Nie mając przewagi na rynku medialnym, gdzie największą oglądalność i poczytność mają media sympatyzujące z opozycją i ostro krytykujące rząd, PiS przejął media publiczne (Telewizję Polską i Polskie Radio), a nowo zatrudnieni dziennikarze stworzyli w nich jednostronny przekaz, bezpardonowo atakujący liderów opozycji. Taka narracja zniechęciła wielu odbiorców do tych mediów oraz podważyła ich wiarygodność. Wrogo też nastawiła do rządu i partii dużą część społeczeństwa.

Kolejne pomysły i propozycje reform spotykały się z całkowitą negacją opozycji, która mobilizowała różne grupy do protestów oraz negowała większość propozycji PiS-u, czasem nawet zanim pojawiły się na stole. – Częstokroć partie opozycyjne nie proponowały żadnej alternatywy i chęci merytorycznej dyskusji, a PiS dalej forsował kontrowersyjne rozwiązania – dodaje dr Jarosz.

Prof. Anna Siewierska-Chmaj, politolożka z Uniwersytetu Rzeszowskiego przekonuje, że po 1989 r. w Polsce mnóstwo rzeczy się jednak udało, chociażby przejście do gospodarki rynkowej. Podobnie w 2004 r., gdy zostaliśmy członkiem UE. Spełniliśmy wszystkie warunki akcesji, a zatem stan państwa był na tyle dobry, aby myśleć z optymizmem o przyszłości.

– Problem jednak w tym, że kolejne lewicowe i liberalne rządy koncentrowały się na stymulowaniu gospodarki, zaniedbując edukację, naukę, a przede wszystkim wychowanie obywatelskie – mówi prof. Siewierska-Chmaj. – Nauczono nas postrzegać Unię jako biurokratyczną, opresyjną instytucję rozdzielającą pieniądze, całkowicie niemal pomijając kwestię europejskich wartości – wolności, demokracji, tolerancji, różnorodności, które decydują o kształcie UE. Konserwatywne ugrupowania polityczne w Polsce, ale także w innych krajach nowej „dziesiątki” wykorzystały to zaniedbanie przy pierwszej nadarzającej się okazji, aby rozgrywać lęki obywateli przed kryzysem finansowym czy imigrantami. Przez sprawne zarządzanie strachem, a przy okazji przy poważnym wsparciu unijnych pieniędzy można się skoncentrować na upolitycznieniu każdej sfery życia publicznego i zapewnieniu sobie władzy na kolejne lata.

Zdaniem politolożki PiS wiele mówi o reformach, zwłaszcza edukacji i systemu sądownictwa, tyle że w obu przypadkach instytucje te wymagały raczej dofinansowania i lekkiej korekty zarządzania, a nie ideologicznej rewolucji. Tymczasem służba zdrowia, która faktycznie potrzebuje całkowitej przebudowy, może liczyć ewentualnie na „gospodarskie wizyty” prominentnych członków partii rządzącej. W gruncie rzeczy PiS koncentruje się na polaryzowaniu społeczeństwa i zwiększaniu własnego elektoratu, a nie na przeprowadzaniu trudnych i niezbędnych reform.

Prof. Lech Witkowski, filozof z Akademii Pomorskiej w Słupsku nie ma wątpliwości, że Polska przeżywa obecnie historycznie trudny okres, może nawet jeden z najtrudniejszych. Zapaść wynika z dopuszczenia do władzy formacji politycznej, która cofa osiągnięcia Polski ostatnich dekad. Wdraża politykę nacjonalistyczną, fundamentalistyczną katolicko i paradoksalnie, neguje wartości chrześcijańskie. „Dobra zmiana” działa więc po orwellowsku. Zmienia w odwrotnym kierunku, niż oficjalnie deklaruje. Ostatnie spotkania liderów nacjonalistycznych ugrupowań w Warszawie, nie pozostawiają złudzeń. Władza w Polsce już nie ukrywa, że stawia na środowiska nacjonalistyczne i faszyzujące, takie, które rozbijają UE od wewnątrz.

– Naszych rządzących interesują jedynie korzyści ekonomiczne z faktu przynależności do Unii, odrzucają zarazem monitorowanie jakości w sferze praworządności – dodaje prof. Witkowski. – Jeśli zbliżające się wybory parlamentarne tego procesu nie zahamują i nie odwrócą, to Polska na dłuższy czas może wypaść z rodziny państw demokratycznych.

Z prof. Ewą Marciniak, politolożką z Uniwersytetu Warszawskiego, zastanawiamy się, dlaczego każdej władzy tak trudno zmienić Polskę w nowoczesny kraj? I co się okazuje? Obietnice polityczne czasowo wzbudzają entuzjazm wyborców. Oczami wyobraźni dostrzegają, że państwo może być lepsze, lepiej zorganizowana administracja, opieka zdrowotna czy edukacja. Z czasem entuzjazm opada, a rządzący spotykają na swej drodze przeszkody administracyjne, formalno-prawne, mentalne. Te ostanie odnoszą się też do społeczeństwa. Zmiana jest wyzwaniem, koniecznością wyjścia z własnych stref przyzwyczajeń, nawyków. Co prawda chętnie korzystamy z dobrych, nowoczesnych rozwiązań, np. związanych z usługami publicznymi w innych krajach. We własnym – wystarcza nam narzekanie i uruchamianie ścieżek „załatwiania”, korzystania ze znajomości. Dzięki temu możemy mieć powód do samozadowolenia z własnej sprawczości. Wciąż utrzymuje się w Polsce dziedziczony kulturowo podział na publiczne/państwowe (gorsze, niefunkcjonalne) i indywidualne/prywatne (lepsze, wysokiej jakości). Wartościowanie tych dwóch sfer sprzyja tolerancji urzędniczej nieudolności, opieszałości, a nawet cywilizacyjnemu zacofaniu w niektórych obszarach. Badania dowodzą, że jeśli Polacy mają sukces zawodowy, materialny, to częściej przypisują go własnej zaradczości, a nie rozwiązaniom systemowym, które sprzyjają sukcesowi. Wniosek? Potencjalny dobrostan zawdzięczamy sami sobie, a nie państwu. Tak myśli większość z nas.

– PiS chciało zmienić ten stan rzeczy i pokazać, że państwo jest sprawcze, że podejmowane działania służą ludziom – zauważa prof. Ewa Marciniak. – Miały być mniejsze kolejki w sądach, lepsza edukacja, służba zdrowia, e-administracja itd. Rządzący mieli nieustannie diagnozować potrzeby społeczeństwa i podążać za ich realizacją. Praktyka rządzenia wiąże się jednak z różnymi trudnościami. W przypadku PiS, przede wszystkim z nieumiejętnością wyjścia z ofertami poza własny elektorat. Kwestie wsparcia finansowego są adresowane do wszystkich, ale inne reformy czy pseudoreformy, odnoszące się do sfery instytucjonalnej, kulturowej, symbolicznej, były wielkim katalizatorem podziałów, napięć, konfliktów.

Polską bolączką jest więc perspektywa partyjna. Interesy elektoratu. A raczej podlizywanie się mu. Kierując się takim wskaźnikiem, partia rządząca nie jest w stanie rządzić efektywnie.

Czy można jeszcze zmienić Polskę w zdrowy sposób? I jak to zrobić, gdy populizm wgryzł się już tak głęboko w tkankę społeczną?

Prof. Ewa Marciniak wskazuje kilka miękkich rozwiązań, które rozłożyć należy na lata. Po pierwsze uczyć się wzajemnie, że różnice między nami są czymś naturalnym. Taka jest demokracja, że wzajemnie akceptujemy i szanujemy różnorodność. To trudna lekcja, bo przeważa narracja, że coś jest słuszne, poprawne, pożądane. I tak, wraz ze zmieniającą się w Polsce władzą, przychodzą różne „słuszności” i definicje Polaka, patriotyzmu, narodu, społeczeństwa, dobrego obywatela. A my się w tym gubimy.

– Trzeba patrzeć na dialog jako coś angażującego intelektualnie i emocjonalnie różne grupy w budowaniu minimum wspólnotowości. Naiwne? Być może. Ale nie niemożliwe – przekonuje prof. Marciniak. – W szkole, w organizacjach społecznych, w parafiach, w grupach koleżeńskich. Każdy na własnym polu, w możliwym zakresie może rozmawiać, tkać tę własną społeczność, respektując poszanowanie dla innych. Partie polityczne też mają dużo do odrobienia. Nie słyszę szacunku dla elektoratu innych partii, słyszę gorszące epitety i inwektywy. Nie tędy droga.

I jeszcze jedno w Polsce musi się zmienić, jeśli ta ma stać się krajem nowoczesnym. Partie powinny oduczyć się tego, że rywalizacja polityczna jest wyłącznie konfliktem. I przestać traktować współpracę jak wymianę – coś za coś. Dopóki „co ja z tego będę miał?” nie zastąpimy pytaniem „jak wyjść z błędnego koła polskiej bezradności wobec zmieniającego się świata?”, cytat z Doroty Masłowskiej, że „tylko w Polsce jest Polska” będzie aktualny znacznie dłużej niż rosyjska wielka smuta.

 

 

 

 

 

 

 

nv-author-image

Karina Obara

Ukończyła politologię na UMK w Toruniu oraz Studium dziennikarstwa europejskiego w Centrum Europejskim Natolin w Warszawie. Dziennikarka, pisarka, poetka, eseistka, malarka.

1 komentarz do “Polskie zarządzanie strachem”

  1. Tak się zastanawiałem czytając czy coś będzie o faszyzmie. I się nie zawiodłem. To znaczy zawiodłem. Bo cokolwiek myślisz pomyśl odwrotnie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

[give_form id="8322"]

News Alert

Bądź na bieżąco!

Zamawiając bezpłatny newsletter akceptuje Pan/Pani naszą ochronę danych. Wypisanie się z prenumeraty newslettera jest w każdej chwili możliwe.