Przejdź do treści

Biedni Polacy patrzą na zgony

Jak zaczną umierać migranci, zmieni się nastawienie do polityki rządu w sprawie granicy. Zaczęli, nie zmieniło się. Jak zaczną umierać dzieci… Nie zmieniło się. Ale w zasadzie – dlaczego miałoby? Większości Polaków zdaje się nie obchodzić, że z powodu polityki rządu umierają – od ponad roku – dziesiątki tysięcy ich rodaków. Nie widać oburzenia. Dlaczego wyborcy mieliby odwrócić się od PiS tylko dlatego, że na granicy umrze Kurd, Irakijczyk, Syryjczyk? Nawet nieletni.

Poparcie dla Zjednoczonej Prawicy w ostatnich tygodniach co prawda maleje, ale podzielona opozycja nadal pozostaje wyraźnie w tyle. Mimo „wielkiego wymierania”, jakie Polakom funduje rząd.

Polskie statystyki dotyczące pandemii COVID-19 są dalece niedoskonałe. Powód – oczywisty: od początku, od wiosny 2020 roku, piętą achillesową strategii walki – czy też raczej radzenia sobie – z pandemią, była niewielka liczba wykonywanych testów. W efekcie Polska, pod względem liczby wykonanych od początku pandemii testów w przeliczeniu na milion mieszkańców zajmuje uwłaczające potencjałowi kraju miejsce pod koniec pierwszej setki (przez kilka tygodni, na przełomie października i listopada, znalazła się nawet na 101. miejscu, dane za Worldometers.info). W Europie mniej od Polski testuje tylko kilka krajów. Wśród krajów UE – żaden.

Eksperci nie mają wątpliwości, że w tej sytuacji danych z Polski – dotyczących tak liczby zakażeń w przeliczeniu na populację, czy liczby zgonów – nie można w prosty sposób zestawiać z danymi z Niemiec, Francji, Włoch czy nawet większości krajów Europy Środkowo-Wschodniej. Jednak jest wskaźnik, który nie jest powiązany w żaden sposób z testowaniem – to liczba tzw. zgonów nadmiarowych, obiektywny i niepodważalny. W jakim miejscu jest Polska? Bardzo wysoko w kluczowym i wymiernym (jedynym wymiernym) wskaźniku, jakim jest nadmiarowa liczba zgonów: pierwsze miejsce wśród krajów europejskich, drugie w rankingu krajów OECD (po Meksyku). Średnia OECD za cały okres pandemii (do października 2021 roku) to 1499 nadmiarowych zgonów na milion mieszkańców. Wskaźnik dla Meksyku – 4456, dla Polski – 3663. Trzecie miejsce w tym zestawieniu zajmują Czechy, z wynikiem niecałych 3,5 tysiąca. Na drugim biegunie – Islandia czy Dania (poniżej 200), ale przede wszystkim Norwegia, w której nie tylko nie odnotowano w czasie pandemii nadmiarowych zgonów, ale śmiertelność wręcz spadła (wskaźnik ujemny, -211).

W listopadzie – jak wynika z danych Głównego Urzędu Statystycznego – znów śmiertelność ogółem (nie tylko z powodu COVID-19) zaczęła wyraźnie rosnąć. Polska jest też w czołówce krajów Europy z powodu zgonów covidowych, ale to tylko fragment rzeczywistości – nie oddający grozy sytuacji. Przyczyny są… złożone. Rzecznik Ministerstwa Zdrowia, urzędnik państwowy, tłumaczy, że Polacy umierają z powodu COVID-19, bo są „schorowanym społeczeństwem”. Eksperci wskazują na paradoks – Polska, przy stosunkowo niskim poziomie zaszczepienia przeciw COVID-19, praktycznie prowadzi cały czas (stan na 24 listopada) politykę „zero restrykcji”. Tak, jakby – mówi to otwarcie dr Paweł Grzesiowski, wybitny immunolog i ekspert Naczelnej Rady Lekarskiej ds. walki z COVID-19, ktoś świadomie przeprowadzał eksperyment na żywej, społecznej, tkance. – Jeśli nic się nie zmieni, w najbliższych miesiącach umrze 10 proc. osób powyżej 50. Roku życia – mówi dr Grzesiowski w mediach.

Co miałoby się zmienić? Najwybitniejsi specjaliści z dziedzin wirusologii, immunologii, epidemiologii, chorób zakaźnych, doradzający rządowi, apelują – od miesięcy – o wprowadzenie częściowego obowiązku szczepień (np. dla pracowników ochrony zdrowia, ale też nauczycieli, służb mundurowych, urzędników czy pracowników handlu). Chcą też, by Polska – wzorem innych krajów Europy – wprowadziła egzekwowanie certyfikatów covidowych w zamkniętych pomieszczeniach – np. restauracjach czy kinach. Rząd twardo mówi „nie”, miesiącami pozorując prace nad niewiele wnoszącym projektem, który przewiduje, że pracodawca będzie mieć możliwość sprawdzania statusu covidowego, według zasady 3G (zaszczepiony, ozdrowieniec, negatywny wynik testu). Co więcej – rząd zakłada, że osoby, które nie chcą się szczepić, będą się mogły testować na koszt podatnika.

Ale i ten ułomny projekt wzbudza opór sporej części polityków Zjednoczonej Prawicy, przede wszystkim posłów Solidarnej Polski Zbigniewa Ziobro. Ale i w partii Jarosława Kaczyńskiego jest kilku, może nawet kilkunastu, parlamentarzystów, którzy są niechętni „sanitaryzmowi”, „segregacji sanitarnej”, „faszyzmowi szczepionkowemu” – te wszystkie określenia, choć może trudno w to uwierzyć – pojawiają się w publicznych wypowiedziach i na forum parlamentu i w medialnych wystąpieniach polityków obozu rządzącego. Niektórych, ale jednak.

W tej sytuacji partia rządząca – jak wieść gminna niesie, przy niechętnej zgodzie prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego – która (to również oficjalne wypowiedzi) jeszcze niedawno opozycję nazywała niekiedy „zarazą gorszą niż COVID-19”, wyciąga rękę do tejże „zarazy”, by pomogła – dzięki ponadpartyjnemu porozumieniu – uchwalić projekt, rzekomo zwiększający bezpieczeństwo w miejscu pracy. Absurd goni absurd – bo po pierwsze, rozwiązania tego projektu niczego nie gwarantują, nie rozwiązują żadnych pandemicznych problemów, po drugie – nawet gdyby projekt zawierał ważne rozwiązania i był istotny, Polska zbliża się do szczytu zakażeń w jesiennej fali – nastąpi on, jak wynika z modeli matematycznych, w pierwszej dekadzie grudnia. Tymczasem kalendarz parlamentarny jest ułożony w taki sposób, że w najlepszym razie uchwalona ustawa może trafić na biurko prezydenta tuż przed świętami Bożego Narodzenia.

Gdyby rzeczywiście choć trochę pomagała w ograniczeniu rozprzestrzeniania się wirusa – mogłaby mieć znaczenie. Wiele firm do pełnej pracy wróci dopiero po Nowym Roku, część pracowników (i szkół) – zapewne dopiero 9 stycznia. Ale – patrz wyżej – projekt w tym kształcie, w jakim promuje go PiS i minister zdrowia, będzie mieć śladowe znaczenie w walce z pandemią. Spowoduje zaś niemałe polityczne zamieszanie. Tym razem na zamieszaniu PiS raczej nie zyska i może narazić się dużej części swoich wyborców.

To prawdziwy dylemat godny greckiej tragedii: wprowadzać decyzje, które ratują ludzkie życie, czy nie wprowadzać ich i ratować słupki w sondażach. Na razie rząd Mateusza Morawieckiego konsekwentnie broni słupków. Zaś Polacy przyglądają się temu bez większych emocji, koncentrując uwagę na obronie własnych portfeli. Lata prowadzenia beztroskiej polityki pieniężnej właśnie zaczynają przynosić plon w postaci galopującej inflacji, zaś mało stabilna sytuacja zewnętrzna (konflikt na granicy z Białorusią) i inne zawirowania geopolityczne dodatkowo osłabiają złotego. Z przerażeniem na kurs wobec franka szwajcarskiego patrzą posiadacze kredytów frankowych, z obawą o wysokość swoich rat czekają na decyzje Rady Polityki Pieniężnej w sprawie stóp procentowych posiadacze kredytów w rodzimej walucie. Ci, którzy nie mają żadnych kredytów też nie mogą spać spokojnie, bo artykuły pierwszej potrzeby, w tym żywność, drożeje z dnia na dzień. Socjalne programy, w tym flagowe 500+, również kapitulują przed inflacją. Nie pomaga siermiężna propaganda mediów publicznych, podkreślających, jak bardzo słaby kurs złotego pomaga eksporterom czy tym, którzy wymieniają euro czy dolary na krajową walutę.

PiS doskonale wie, że część elektoratu jest „kupiona”. Mając często diametralnie inne poglądy w ważnych sprawach – choćby kwestii legalnej, nawet w ograniczonym zakresie, aborcji – w ostatnich sześciu latach ci wyborcy głosowali na partię Jarosława Kaczyńskiego, bo to się, mówiąc brutalnie, opłacało. Trawestując hasło z innej zupełnie epoki, ale jakże bliskiej myśleniu obecnie Polską rządzących, kraj rósł w siłę, a ludzie żyli dostatnio. Ale – jak wszystkie propagandowe bon moty, i ten podlega falsyfikacji i nie wytrzymuje konfrontacji z rzeczywistością.

Gdy w 2016 roku PiS na dobre zaczęło rozmontowywać wymiar sprawiedliwości – za co teraz Polska płaci i będzie płacić w relacjach z Unią Europejską, i to nie w przenośni, ale całkiem dosłownie, bo kary za niewykonanie wyroków TSUE to jedno, ale wstrzymanie funduszy czy ich opóźnienie – to już całkiem inna półka problemów – wielu komentatorów twierdziło, że Polacy się obudzą. Jeszcze więcej jednak – wśród nich również ja – prognozowało, że PiS zacznie przegrywać, gdy Polacy odczują skutki polityki we własnych portfelach.

A co do inflacji, pandemii i wizji utraty choćby części funduszy unijnych mają zgony migrantów, zamarzających w lasach na granicy z Białorusią? Więcej, niż można sobie wyobrazić. Dla PiS to szansa na choćby czasowe odwrócenie trendu sondaży. Może i nie radzimy sobie z pandemią, może umierają dziesiątki tysięcy osób, które przy lepszej organizacji systemu żyłyby nadal, może inflacja bije rekordy a obiecanych miliardów euro, które miały ożywiać gospodarkę nie widać, ale nasi żołnierze bronią granicy tak, że mysz się nie prześlizgnie – zdaje się przekonywać partia Jarosława Kaczyńskiego, miotając na prawo i lewo oskarżeniami o serwilizm wobec reżimu Łukaszenki (zabawne w kontekście wizyt prominentnych polityków rządzącej większości, jeszcze całkiem niedawno, w Mińsku) i zdradę ojczyzny wobec tych, którzy upominają się o ludzkie traktowanie migrantów. Również nielegalnych.

Zaś przez granicę prześlizgują się nie tylko myszy. O tym, że w Niemczech znajduje się już blisko 10 tysięcy osób, które przeszły (przejechały) przez całą Polskę, ministrowie fotografujący się z żołnierzami, strażnikami granicznymi i policjantami w strefie zamkniętej, wolą nie mówić. A może nawet i nie myśleć.

nv-author-image

Małgorzata Solecka

Dziennikarka portalu Medycyna Praktyczna i miesięcznika Służba Zdrowia, w latach 1998-2007 dziennikarka i redaktor w "Rzeczpospolitej", pracowała również w "Życiu", PAP oraz tygodniku "Newsweek".

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

[give_form id="8322"]

News Alert

Bądź na bieżąco!

Zamawiając bezpłatny newsletter akceptuje Pan/Pani naszą ochronę danych. Wypisanie się z prenumeraty newslettera jest w każdej chwili możliwe.