Kto chłopa nie zna…

W marzeniu o życiu na wsi, które w czasach lockdownu i przepełnionych metropolii stało się udziałem wielu mieszkańców miast, rzadko pojawia się rolnictwo. Zapach gnojowicy, kukurydza sięgająca horyzontu czy wyruszające nocą żniwiarki nie mają wstępu do niemieckich magazynów lifestyle’owych typu Landlust (Ochota na wieś), Landgarten (Ogród wiejski) czy Mein schönes Landhaus (Mój piękny dworek). Wyobrażenie gospodarstwa rolnego waha się pomiędzy książkową idyllą z mini zoo i kolorową estetyką dożynkową z jednej strony, a z drugiej – ze spryskaną pestycydami, stechnologizowaną nowoczesną gospodarką rolną, z monokulturami i masową hodowlą zwierząt. Prawie nikt nie zna osobiście jakiegoś rolnika.

rolnik

Zresztą jak, kiedy już tylko poniżej dwóch procent niemieckiej ludności aktywnej zawodowo pracuje w rolnictwie? Przed kilkoma dekadami wyglądało to jeszcze zupełnie inaczej. Na przykład w latach 50. XX wieku prawie jedną czwartą aktywnych zawodowo można było znaleźć w gospodarce rolnej. Od tamtego czasu malała też wciąż liczba przedsiębiorstw rolniczych. Dlatego  niewielu ludzi ma szansę na zakup mleka od sąsiada rolnika. Jednocześnie rośnie najwyraźniej tęsknota za czymś „prawdziwym”, za sklepikiem z żywnością regionalną w miejsce supermarketu.

Kim zatem jest ten rolnik (niem.: Bauer), ta nieznana istota, której bądź co bądź zawdzięczamy nasz chleb powszedni? W języku ogólnym utrzymały się przymiotniki czy przysłowia, które kreślą raczej mało pochlebny wizerunek chłopa. Bäurisch jako synonim ociężałego i nieokrzesanego; Bauernopfer, kiedy w grze w szachy w imię wyższych celów poświęca się pionka (niem.: Bauer), czyli coś mniej ważnego; i oczywiście niemieckie przysłowie, które mówi, że najgłupszy rolnik zbiera największy plon ziemniaków (Der dümmste Bauer erntet die dicksten Kartoffeln). Wszystko to ma oczywiście niewiele wspólnego z rzeczywistością. Rolnicy posiadają gruntowną wiedzę, zarządzają skomplikowanymi, często niezwykle nowoczesnymi przedsiębiorstwami. Rośnie liczba rolników po wyższych studiach.

Obraz chłopa czy rolnika od czasów starożytnych wielokrotnie się zmieniał. Sama Biblia pełna jest przypowieści związanych z uprawą roli i hodowlą bydła. W eposie Prace i dni Hezjoda przekazana została dziś już prawie 2700-letnia instrukcja dotycząca gospodarowania i życia rolnika, który ciężko i sumiennie, mądrze i przewidująco wykonuje szlachetną pracę. Również Rzymianie uważali rolnictwo za szanowane zajęcie, które w rosnących przedsiębiorstwach, czasów starożytnych, stawało się jednak coraz bardziej udziałem niewolników. Ponadto Wergiliusz, Katon, Pliniusz i inni pisali wyczerpująco na temat rolnictwa.

W okresie feudalnym chłop z dzisiejszej perspektywy jawi się jako haniebnie wyzyskiwana ofiara panujących. Wysokie daniny, pańszczyzna, daremszczyzna, poddaństwo, przejmowanie wspólnych pastwisk przez władzę zwierzchnią, bieda i marginalizacja tak utrudniały chłopom życie, że kilka razy postanowili się bronić. Powstania chłopów podczas Wojny chłopskiej (Bauernkrieg) w XVI wieku zostały krwawo stłumione, lecz zaowocowały naprawdę imponującym dokumentem: Dwunastoma Artykułami Chłopstwa Szwabskiego z 1525 roku. Czyta się je jak pionierskie postulaty na rzecz równych praw człowieka. Chłopi jako prekursorzy w walce o prawa i wolność! Marcin Luter, którego słowa o wolności chrześcijańskiej zainspirowały chłopów, zwrócił się jednak przeciwko nim, nie chcąc zaakceptować walki przeciwko władzy i mordowania. Zbuntowany chłop jawił się zatem jako żądna krwi bestia.

Fryderykowi II Wielkiemu, któremu przypisuje się piękną wypowiedź „Rolnictwo jest pierwszą ze wszystkich sztuk; bez niego nie byłoby kupców, poetów i filozofów. Prawdziwym bogactwem jest tylko to, co daje ziemia”, nie udała się próba zniesienia lub złagodzenia poddaństwa w królewszczyznach z powodu właścicieli ziemskich. Formalne zniesienie poddaństwa miało miejsce w Prusach dopiero w 1807, a w Bawarii w 1808 roku. Nie oznacza to jednak, że chłopi i robotnicy rolni pozbyli się wówczas wszystkich swoich trosk i zależności. Dotkliwa bieda skłaniała wielu do migracji do miast, w których stawali się z kolei „mięsem armatnim” industrializacji.

W mniej odległej przeszłości rolnictwo doświadczyło wiele instrumentalizacji i przełomów. Narodowi socjaliści ze swoją ideologią Blut und Boden (krew i ziemia) propagowali narodowy romantyzm agrarny („Chłopi jako źródło życia rasy nordyckiej”). Krzepkie chłopki z włosami blond i gromadką dzieci oraz heroicznie kroczący za pługiem żywiciel rodziny, to popularne motywy wiernej reżimowi sztuki propagandowej. Mówiąc dzisiejszymi słowami, agro-lobby wzrosło niezwykle w siłę, rozrastał się aparat agropolityczny. Hitler liczył na wiele głosów wyborczych wśród ludności wiejskiej. Ponadto dla nazistów przygotowujących wojny podstawą było niezależne zaopatrzenie społeczeństwa w artykuły spożywcze. Ucieczka ze wsi nie ustała jednak także w czasach III Rzeszy. Jedynie dzięki zniewoleniu w rolnictwie milionów robotniczek i robotników przymusowych, pochodzących głównie z Polski i ze Związku Sowieckiego oraz wyzyskowi okupowanych obszarów, ludność niemiecka miała w latach wojennych co jeść.

Nacechowany ideologicznie i zinstrumentalizowany wizerunek rolnika propagowano również w NRD, „państwie robotników i chłopów”. Restrukturyzacja gospodarki rolnej w sowieckiej strefie okupacyjnej opierała się bardziej na ideologii niż na ekonomicznym rozsądku. Pod hasłem Junkerland in Bauernhand (Ziemia junkrów w rękach chłopów) wywłaszczono rolników posiadających ponad 100 hektarów ziemi oraz tych, którzy znaleźli się na liście według kryteriów (prawdziwych lub zarzucanych) takich jak np. nazistowskie zbrodnie. W ten sposób trzy miliony hektarów trafiło do mniejszych i nowych rolników. Spadła produkcja, a wiele rodzin chłopskich uciekło na Zachód. W latach 50. i 60. XX wieku miała ostatecznie miejsce kolektywizacja rolnictwa, mimo znacznego sprzeciwu wielu rolników.

Traktaty rzymskie z 1957 roku zaznaczają wreszcie początek europejskiej polityki rolnej. Dziś Unia Europejska prawie połowę swojego budżetu przeznacza na Wspólną Politykę Rolną, aby europejscy rolnicy mieli jakąkolwiek szansę na rynku światowym.

Bogatą, niemalże zapierającą dech w piersiach panoramę różnych epok kreśli germanistka i politolożka Uta Ruge w swojej książce Bauern, Land. Die Geschichte meines Dorfes im Weltzusammenhang (Chłopi, ziemia. Historia mojej wsi w kontekście świata), która ukazała się w 2020 roku. Ruge opowiada historię swojej rodziny, która w latach 50. XX wieku przejęła gospodarstwo w północnych Niemczech. Opowiada także o książętach, którzy w XVIII wieku chcieli zamienić tamtejsze bagna w ziemię uprawną i osiedlili tam chłopów. O rozwoju maszyn rolniczych i nawozów. Opowiada o prawie już zanikłej kulturze chłopskiej, którą poznała jeszcze jako dziecko, z jej własnymi kodami i tradycjami, o radykalnych zmianach spowodowanych rozwojem technologii oraz o uzależnieniu od unijnych subwencji. I o swoim bracie, swojej szwagierce i swoim bratanku, którzy zrobili to, co robi już tylko niewielu – przejęli po rodzicach gospodarstwo i gospodarują dalej, mimo wszelkich przeciwności. Z kolei Uta Ruge, która stała się w międzyczasie człowiekiem miasta, przyjeżdża często w odwiedziny, patrząc na wieś i gospodarstwo innymi oczami. „Dlaczego w ogóle miałoby się ratować wsie i rodzinne gospodarstwa rolne?” – zastanawia się jej rodzina. „Dużo pracy, presja dla następnego pokolenia, ogromny nakład pracy dla kobiet, która często jest tak mało doceniana”. Pytanie o sens pada nie tylko raz w rozmowach Ruge z bratem rolnikiem.

A jak dziś wygląda rzeczywistość gospodarstw rolnych w Niemczech? Według ankiety przeprowadzonej w 2019 roku wśród rolników przez instytut badań opinii społecznej Forsa, najpilniejsze problemy dla rolnictwa w Niemczech stanowi, po pierwsze, presja cenowa wywierana przez dyskonty i konsumentów oraz przez rosnące ceny za produkcję i powierzchnie; po drugie, niska akceptacja i brak szacunku dla pracy rolnika w społeczeństwie, a po trzecie, za dużo biurokracji.

Przy tym niemieccy rolnicy są bardzo wydajni. Podczas gdy w 1949 roku jeden rolnik był w stanie wyżywić średnio 10 osób, to dziś zaopatruje od 130 do 150 osób. Wielokrotnie wzrosła również liczba hodowanych zwierząt. Jeden rolnik gospodaruje przeciętnie na 60 hektarach ziemi. Zmalała jednak znacznie liczba mniejszych gospodarstw i osób zatrudnionych w gospodarce rolnej, a wzrosła wielkość pojedynczych przedsiębiorstw. Więcej powierzchni uprawnych, więcej mleka, więcej mięsa. Jest to głównie następstwem unijnej polityki rolnej, która uzależnia płatności bezpośrednie dla rolników przede wszystkim od wielkości gospodarstwa. Tracą na tym drobni rolnicy, a zyskują wielkie zakłady. Dlatego częścią prawdy jest też fakt, że co drugie rodzinne gospodarstwo rolne stanowi tak zwane przedsiębiorstwo funkcjonujące w niepełnym wymiarze godzin. Oznacza to, iż oprócz rolnictwa konieczne są inne wpływy zapewniające egzystencję. Pracownik pełnoetatowy w niemieckim rolnictwie zarabia przeciętnie 18 tysięcy euro brutto na rok (2017). To dużo poniżej przeciętnej pensji wszystkich zatrudnionych, podczas gdy czas pracy jest ponadprzeciętnie wysoki. Robotnicy sezonowi czy pomocnicy przy żniwach, którzy najczęściej pochodzą z zagranicy, zarabiają jeszcze mniej. Rolnicy indywidualni zarabiają więcej, są to przeciętnie 34 tysiące euro brutto na rok. Nie wliczone tu zostały ewentualne dodatkowe zarobki związane z produkcją energii odnawialnej itp. Rolnicy ekologiczni zarabiają notabene już więcej niż ci gospodarujący konwencjonalnie.

Również dziś rolnictwo wydaje się być obszarem bardziej naładowanym ideologicznie, ale zupełnie inaczej niż w czasach obu niemieckich dyktatur XX wieku. W obliczu zmian klimatycznych i postępującego wciąż niszczenia środowiska naturalnego wybuchło coś w rodzaju kulturkampfu pomiędzy rolnikami konwencjonalnymi a ekologicznymi. Przy czym rolnik stał się tutaj obiektem projekcji: z jednej strony mamy konwencjonalnego rolnika trującego pszczoły, wyzyskującego zwierzęta i zatruwającego wody gruntowe, z drugiej zaś jaśnieje rolnik ekologiczny, ratujący  świat bohater, związany z naturą, przyjazny dla zwierząt i nowoczesny, żyjący w zgodzie z naturą i środowiskiem naturalnym.

Chleb na talerzu staje się kwestią wiary, podobnie jak kawałek mięsa i szklanka mleka. Dla jednych jedzenie i jego pochodzenie staje się częścią ich tożsamości, a ponadto sprawą zrównoważonego rozwoju i ratowania klimatu; dla innych ma być przede wszystkim tanie. Polaryzację tę przyspieszają części polityki oraz media. Przykład to akcja plakatowa byłej minister ds. ochrony środowiska Barbary Hendrick, mająca na celu propagowanie nieszkodliwego dla natury rolnictwa z „nowymi zasadami dla rolników”, co wielu z nich zezłościło: Steht das Schwein auf einem Bein, ist der Schweinestall zu klein (Jeśli świnia stoi na jednej nodze, chlew jest za mały). Teoretycznie nie można temu sloganowi nic zarzucić. Ale rolnicy i ich stowarzyszenia poczuli się zbiorowo pociągnięci do odpowiedzialności za problemy związane z ochroną środowiska, choć trzymają się ustawowych wytycznych.

Już i tak wielu konwencjonalnie gospodarujących rolników odczuwa coraz większą presję usprawiedliwiania się wobec konsumentów i mediów, dlaczego (jeszcze) nie przestawili się na gospodarkę ekologiczną. Historie „nawrócenia” w stylu „jak z masowego hodowcy zwierząt stałem się rolnikiem ekologicznym” są niezwykle popularne w telewizji i mediach społecznościowych. Dla wielu taka zmiana się opłaca, pod względem ekonomicznym, dla własnego sumienia czy w sferze zrównoważonego rozwoju. Od 2023 roku również dotacje unijne mają być ściślej powiązane z działaniem na rzecz środowiska naturalnego i klimatu, na przykład z tworzeniem pasów kwietnych czy zwiększaniem powierzchni niezagospodarowanej, dobrem zwierząt etc. i będą silniej wspierać mniejsze gospodarstwa. Ale prawdziwie gruntownej rewolucji europejskiej polityki rolnej raczej nie można się spodziewać. Rolnicy gospodarujący nadal konwencjonalnie i tak nie są często w stanie zrozumieć krytyki, zważywszy na ich codzienną ciężką pracę na rzecz zapewnienia żywności. Przecież dyskonty i konsumenci żądają funta sznycla wieprzowego za 3,50 euro, a litra mleka za 60–80 centów. Dlaczego zatem rolnik, który musi ciężko harować na każdego centa, jest jeszcze atakowany za to, że pokrywa zapotrzebowanie? Za taką cenę nie dostanie się „szczęśliwych świń”.

Stowarzyszenia rolników przeprowadzają wiele kampanii wizerunkowych, są młodzi rolnicy, którzy niczym influenserzy opowiadają o swojej pracy na You Tubie i Instagramie, istnieje Federalne Centrum Informacji Rolnictwa i mnóstwo innych rzeczy, mających pomóc dostrzec i lepiej zrozumieć rolnictwo. Istnieją programy telewizyjne, takie jak Unser Land (Nasz kraj) na regionalnych kanałach telewizji publicznej oraz takie oferty jak Fragen Sie einen Landwirt (Zapytaj rolnika), gdzie można nadesłać pytania, na które odpowiadają prawdziwi rolnicy. Ich celem jest większa obecność rolnictwa w świadomości społeczeństwa.

Istnieje też wielu ludzi, którzy dążą do gruntownej zmiany w rolnictwie, trafiając w czuły punkt. Kto chciałby zostać członkiem SoLaWi (Solidarische Landwirtschaft, pol.: Solidarne Rolnictwo) musi się nastawić na dłuższe listy oczekujących, tak jest przynajmniej w Berlinie. Są to swego rodzaju spółdzielnie, w których konsumenci finansują rolnika (również uprawiającego warzywnictwo) stałą składką miesięczną. W zamian w określonym rytmie otrzymują części plonów. Składkę płaci się również przy złym urodzaju, dlatego producent nie musi się martwić o swoją egzystencję. Sięga się przy tym do dawnych metod, na przykład zrównoważonej gospodarki leśnej, w ramach której łączy się drzewa i krzewy z uprawą roli i hodowlą zwierząt.

Wertykalne farmy czy akwaponika to z kolei koncepcje niezależne od czasu i przestrzeni rolnictwa, które mogłyby sprawić, że tradycyjni rolnicy staną się zbędni. Już w niedalekiej przyszłości możliwa jest produkcja żywności na wielką skalę w miastach, bez zużywania powierzchni i bez okruszka ziemi, niezależnie od pory roku czy pogody i blisko konsumenta. Skończyłby się   transport zwierząt, ich cierpienie, a nawet ubój. Wówczas zwierzęta – jak w idyllicznej książce dla dzieci o gospodarstwie rolnym – rzeczywiście istniałyby tylko po to, żeby je głaskać.

„Kiedy to już nastąpi, garstka ekologicznych agrariuszy będzie już tylko produkować dla dobrze zarabiającej elity, mogącej sobie pozwolić na coś ‘prawdziwego’. I zniknie kultura wiejska, żywiąca się procesami cyklicznych powrotów, działaniem skierowanym na naturę. Miłość do natury byłaby już faktycznie tylko utopią, odejściem od konsekwencji produkcji, z której owoców bezmyślnie korzysta wciąż rosnąca ludność”. Dla Uty Ruge taki obraz przyszłości stanowi raczej koszmar, aniżeli ziemię obiecaną. Ale kto chłopa nie zna, temu nie będzie go może brakować.

nv-author-image

Katharina Abels

Katharina Abels jest kulturoznawczynią, studiowała w Marburgu, Frankfurcie nad Odrą i Warszawie. Pracuje jako asystentka naukowa w Bundestagu. Interesuje się szczególnie stosunkami polsko-niemieckimi i Izraelem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *