Kim jest Annalena Baerbock?

Aby zrozumieć, co dzieje się teraz w Niemczech, warto spojrzeć na flagi państw afrykańskich, jak choćby Kenii i Zimbabwe, których barwy narodowe odzwierciedlają ewentualne koalicje partyjne w niemieckich landach i w całym kraju. Nie zapominamy też o, przywoływanej już przed kilku laty, karaibskiej  Jamajce, która już na stałe pojawia się w niemieckich serwisach informacyjnych. Na fladze tej wyspy widnieją bowiem kolory czarny, żółty, zielony, a po wyborach do Bundestagu rząd złożony z partii CDU [czarny – przyp. tłum.], Zielonych i FDP [żółty – przyp. tłum.] może dysponować parlamentarną większością. Tak samo jest w przypadku kolorów flagi Kenii, czyli CDU, Zielonych i SPD [czerwony – przyp. tłum.]. Natomiast sojusz czterech koalicjantów w kolorze flagi Zimbabwe, czyli CDU, Zieloni, SPD i FDP, póki co ma znaczenie raczej regionalne.

Analizowanie różnych scenariuszy pokazuje, że w niemieckiej polityce karty muszą zostać przetasowane, a nawet zastąpione nową talią. Kursy na giełdzie politycznej są tak niestabilne, a wyborcy tak nieprzewidywalni, że jedynie sympatycy groteski znajdują przyjemność w prognozowaniu wyników. W niedawnych wyborach do landtagu w Saksonii-Anhalt CDU odniosła znakomity wynik, zdobywając 37 proc. głosów, chociaż w sondażach osiągała jedynie 27 do 31 proc. – i to na kilka dni przed wyborami. Jeżeli jedynym elementem stałym w tych wyborach są niespodzianki, a początkowy entuzjazm przeradza się w znużenie, to kwestia osobowościowa okazuje się ważniejsza od kwestii programowych.

W nowej rozgrywce o władzę w Berlinie jedno jest pewne: nikt nie chce i nie będzie wchodzić w koalicję z prawicową Alternatywą dla Niemiec. W arytmetyce wyborczej niezagospodarowanych zostaje w ten sposób około 10 proc. do 13 proc. głosów. Lewica jako koalicyjny partner również nie wchodzi w grę, ze względu na nierozważną politykę zagraniczną i radykalną politykę wewnętrzną. Mimo wszystko przewodnicząca SPD Saskia Esken, snując uporczywie wizje o „progresywnym sojuszu”, ma na myśli koalicję z Lewicą i Zielonymi pod przewodnictwem socjaldemokratów. Aby tak się stało, jej partia musiałaby więcej zyskać niż Zieloni stracić. Natomiast Lewica pod rządami nowego duetu przewodniczących Janine Wissler i Susanne Henning-Wellsow musiałaby odwrócić nieustający trend spadkowy. Są to trzy bardzo ambitne i trudne do spełnienia warunki.

Realniejsze są jednak takie scenariusze, w których współpracują ze sobą CDU/CSU, Zieloni, SPD i FDP. Również w takim przypadku okazuje się, że ze względów personalnych programy partyjne schodzą na dalszy plan. Jesienna kampania wyborcza będzie kampanią przywódczą. Partie walczące o prymat przystąpią do walki z kandydatami, którzy czerpią swą siłę ze słabości przeciwników. Każda niezręczność ze strony Annaleny Baerbock powoduje, że Armin Laschet, który w wewnętrznej rozgrywce chadeków jako kandydat kierownictwa pokonał kandydata szeregowych posłów, czyli premiera Bawarii Markusa Södera, zyskuje na reputacji i statusie. Na jego korzyść przemawiają błędy, których nie popełnia. To, co dla Armina Lascheta na początku wyścigu stanowiło wadę, stało się zaletą, a mianowicie: nie jest taki jak Annalena Baerbock.

Współprzewodnicząca Zielonych sama odczarowała swój wizerunek, budowany w większości mediów, które były z początku dla niej nad wyraz przychylne. Laschet może być faworytem establishmentu, ale Baerbock jest ulubienicą mediów pisano. Mówiono o niej: „jak żadna inna” (Die Zeit), „w końcu inna”, oddana matka, kompetentna polityk, przywiązująca uwagę do szczegółów, ambitna, świeża, bezczelna i wspaniała. Baerbock niczym kobiecy Zygfryd z Pieśni o Nibelungach kąpie się w smoczej krwi medialnej nietykalności, stając się odporną na ciosy. Jej słabym punktem, jej piętą Achillesa, okazuje się chęć „strojenia się w piórka”. Życiorys kandydatki na urząd kanclerski to nie tylko nieścisłości i niezręczności. Jeśli nie powstał za sprawą jakiegoś bota albo nie został przełożony na niemiecki z obcego języka, to należy stwierdzić, że Annalena Baerbock zbyt pompatycznie opowiada o Annalenie Bearbock.

Annalena Baerbock. Żródło: Wikipedia

Nazywa siebie prawnikiem prawa międzynarodowego po jednym roku studiów podyplomowych Public International Law na London School of Economics, czyli na uniwersytecie, który był celem nieustannych drwin w legendarnej, brytyjskiej satyrze politycznej „Yes, Minister”. Na tym samym kierunku w serialu studiował mało uzdolniony minister, późniejszy premier Hacker. Baerbock nazywa siebie prawniczką, co jest śmiałym podsumowaniem jej akademickiej kariery również w Niemczech, która skończyła się na zaliczeniu egzaminów semestralnych z politologii. Wymienia członkostwo w zasłużonych instytucjach, które wspiera finansowo albo zna je wyłącznie z programów stypendialnych; wspomina też o zasiadaniu w komitecie doradczym, do którego już nie należy. Niechlujstwo i próżność tworzą wrażenie, że pozory przeważają nad rzeczywistością. Tego rodzaju inwencja twórcza na temat własnej osoby nie da się pogodzić z jej deklaracją na łamach tygodnika Die Zeit: „Szczerość jest dla mnie podstawową cnotą”.

Trudna do pogodzenia z aspiracjami do najważniejszego stanowiska w państwie wydaje się też skłonność Bearbock do lapsusów językowych. Mówi o „opiece nad chorobami”, kiedy ma na myśli „opiekę zdrowotną”, mówi „kobold” zamiast „kobalt”, „Dreikleid” [słowo, które można przetłumaczyć jako „potrójne ubranie” – przyp. tłum.] zamiast „Dreiklang[czyli „trójdźwięk”, „triada” – przyp. tłum.]. Natomiast po mianowaniu jej na główną kandydatkę w wyborach do Bundestagu w przemówieniu padły z jej ust takie słowa: „Kto czysto prowokuje, ten powinien mieć na rynku przywileje”. Trudno przebić niezamierzony komizm. Chodziło o źródła odnawialnej energii oraz rzecz jasna o to, że kto czysto „produkuje”, powinien mieć przywileje. Pod względem merytorycznym było to nawiązanie do wielkiej obietnicy Zielonych w kwestii regulacji ekologicznych. Rynek ma być politycznie zrestrukturyzowany, wprowadzone mają być nowe dyrektywy i opłaty, aby zielona transformacja wszystkich obszarów życia stała się rzeczywistością. Współprzewodniczący partii Zielonych Robert Habeck wzywa do „społecznej rewolucji” w związku z tak ogromnym zamierzeniem.

Armin Laschet również mówi o transformacji, prezentuje się jako polityk ekologiczny i myślący o kolejnych pokoleniach. Jednakże Laschet tak długo może unikać konfrontacji programowej z Zielonymi, jak długo ich kandydatka sama sobie podcina skrzydła. W ten sposób szef CDU mimowolnie znalazł się w roli, która mu najbardziej odpowiada – obserwatora i moderatora. W pociągu, który zmierza po władzę, może zająć miejsce w wagonie sypialnym. Tymczasowy stan rzeczy wygląda bowiem tak, że CDU uzyskało nad Zielonymi przewagę, która wynika głównie ze spadku notowań tych ostatnich. CDU i Zieloni mogliby jesienią ewentualnie utworzyć wspólny rząd, ale może będą potrzebować FDP, aby uruchomić „Jamajkę”. Jednakże liberałowie obecnie są tak mocni, że nie można wykluczyć koalicji czarno-żółtej. W takim wypadku byłaby to koalicja na wzór flagi Badenii-Wirtembergii na szczeblu federalnym.

Jak wspomniano, jest to jednak tymczasowy stan rzeczy. Nie należy lekceważyć sympatii dużej części mediów do Zielonych, jak i zamiłowania Armina Lascheta do niekonsekwentnych wystąpień i niejasnych słów. Jak szybko zmieniły się nastroje, tak samo szybko mogą powrócić do stanu poprzedniego. Po tym jak ujawniono kilkanaście rozbieżności w życiorysie Baerbock, kobiecy magazyn Für Sie w połowie czerwca napisał: „Po prostu coraz lepiej widać, że Annalena Baerbock jest jedną z nas – i właśnie to czyni ją tak sympatyczną”. Natomiast w tym czasie Redaktionsnetzwerk Deutschland [Niemiecka Sieć Redakcyjna, do której należy wiele gazet regionalnych w Niemczech – przyp. tłum.] sprawiała wrażenie agencji PR, która pracuje na zlecenie kandydatki Zielonych: „Kariera akademicka Baerbock jest dość niezwykła – ale wytłumaczalna”. W związku z przerwaniem pracy doktorskiej stwierdzono ze zrozumieniem, że Bearbock „chyba nie doceniła potrójnego obciążenia, spowodowanego mandatem poselskim, rodziną (w 2011 r. urodziła się jej pierwsza córka) i pracą akademicką”. Wychodzi na to, że kandydatka na kanclerza raczej przeceniła siebie samą.

Każde demokratyczne wybory są wynikiem rozmowy narodu z samym sobą. W wyborach kondensuje i objawia się wola suwerena. Obecnie obywatele Republiki Federalnej Niemiec pod względem retorycznym chcą tego, co obiecuje Annalena Baerbock: „najlepszego ze wszystkich światów” – zjednoczenia tego, czego nie da się połączyć, a więc rzeczy typowo niemieckiej. Ratować klimat, ale z niczego nie rezygnować; pouczać świat, ale być przez niego kochanym; rozdzielać bogactwo, ale go nie tracić. Wyścig jest otwarty. Szala zwycięstwa wciąż się kołysze.

 

Z języka niemieckiego przełożył Konrad Miller

 

nv-author-image

Alexander Kissler

Alexander Kissler, literaturoznawca i historyk. Pracuje w berlińskim biurze Neue Züricher Zeitung i jest autorem licznych publikacji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *