Polska i Niemcy czyli małżeństwo po kryzysie

Relacje polsko-niemieckie w ciągu ostatnich kilku lat rządów Prawa i Sprawiedliwości w Polsce przeszły przez bardzo poważną próbę i były wyraźnie gorsze niż miało to miejsce za rządów Platformy Obywatelskiej. Obecnie napięcia wyraźnie osłabły, ale stosunki nie wróciły jednak do kształtu sprzed zwycięstwa wyborczego PiS. Wnikliwi obserwatorzy relacji polsko-niemieckich pytani przeze mnie na potrzeby tego tekstu o to, jak zdefiniowaliby obecne relacje udzielali długich, zawiłych i zazwyczaj mało konkretnych, by nie rzec pokrętnych odpowiedzi. Gdyby spróbować znaleźć jakiś wspólny mianownik który łączyłby wszystkie odpowiedzi to słowem, które najlepiej określałoby obecne relacje Warszawy i Berlina byłoby słowo „nijakie”. Polska i Niemcy są trochę jak stare małżeństwo, które po latach bliskości bardzo się pokłóciło, ale rozumiejąc, że ani nie może, ani nie chce ani też na dobrą sprawę nie ma po co się rozwodzić (bo alternatywnych partnerów nie ma) uznało, że będzie jakoś dalej wspólnie żyć. Problem polega na tym, że kłótnie zostały zastąpione nie przez powrót do czasów, gdy obie strony były sobie bliskie, ale przez ciszę i rosnącą obojętność. Politycznie Polska i Niemcy to już tylko małżeństwo z rozsądku.

Polska i Niemcy czyli małżeństwo po kryzysie Witold Jurasz

Angela Merkel i Mateusz Morawiecki, foto © Wikimedia Commons, kolaż: Forum Dialogu

Jeśli przyjrzeć się Warszawie z pozycji Berlina, to można zrozumieć, że Niemcy mają przekonanie, że z Polską rządzoną przez Prawo i Sprawiedliwość nie za bardzo można się porozumieć. Taka konstatacja jest w znacznym stopniu prawdziwa, bo PiS Niemiec w istocie nie lubi, a ponadto nawet gdy chce się porozumieć to czyni to tak koślawo i nieudolnie choćby wysyłając zupełnie sprzeczne sygnały, że opierającej się na logicznej analizie niemieckiej dyplomacji ciężko jest zapewne zrozumieć o co tak naprawdę Polakom chodzi.

Polityka PiS w stosunku do Niemiec powodowana jest w znacznym stopniu nie kalkulacją bowiem i nawet nie interesami, a raczej odruchami warunkowymi, resentymentami i instynktowną niechęcią połączoną z obawą przed Niemcami. Świadomość tego, że Niemcy są dziś innym państwem niż były w historii jest oczywiście istotnym elementem świadomości polskiej klasy politycznej, ale okazuje się, że proces pojednania jakkolwiek zaszedł już daleko to równocześnie był nadmiernie skierowany do już pogodzonych ze sobą, a nie do tych, którzy sobie nie ufali. Można oczywiście uznać, jak czyni to wielu, że PiS to jedynie paranoicy, a pojednanie było doskonałe, ale skoro propaganda antyniemiecka nadal działa na sporą część polskiego społeczeństwa to architekci pojednania powinni zapewne jednak wykazać się większą pokorą w ocenie swojego dzieła.

Problemem w relacjach jest brak realizmu rządzącej Polską prawicy, która o polityce myśli w kategoriach emocjonalnych i nie bierze pod uwagę realnego, choćby gospodarczego, potencjału Polski. Polska prawica nawet wówczas, gdy chce się dogadywać z Niemcami czyni to w sposób nieudolny, bowiem przeszacowuje polski potencjał. Najbardziej uderzającym przykładem całkowitego odrealnienia rządzących Polską był moment, gdy po zwycięstwie w wyborach prezydenckich w Stanach Zjednoczonych Joe Bidena prezydent RP ostentacyjnie nie wysyłał gratulacji prezydentowi-elektowi. Polska tym samym będąc na kursie kolizyjnym z Rosją skonfliktowała się równocześnie i z Niemcami i z nową administracją amerykańską. Spór z Niemcami, niezależnie od tego jak się go ocenia, można zrozumieć, gdy Warszawa idzie na zwarcie z Berlinem mając poparcie Waszyngtonu i usiłując relacjami z USA lewarować swoją pozycję w relacjach z Republiką Federalną. Równoczesny spór i z Berlinem i z Waszyngtonem to już jednak tylko przykład politycznego szaleństwa.

Innym przykładem politycznego szaleństwa było podnoszenie kwestii reparacji, przy czym nie chodzi o sam fakt, ale o sposób, w który to uczyniono. Rząd Prawa i Sprawiedliwości tak naprawdę otóż w sprawie nie zrobił niczego na poważnie i ograniczył się do mówienia o sprawie, a żadnych roszczeń i tak nie wysunął. Mówiąc całkowicie cynicznie podniesienie kwestii reparacji (choć zapewne bardziej rozsądne byłoby mówienie o odszkodowaniach) i zapłacenie ceny w postaci wywołanych tym turbulencji politycznych mogłoby mieć sens, gdyby w jakiejś perspektywie doprowadziło to do jakichkolwiek korzyści. Tych jednak nie będzie skoro roszczeń w efekcie nie wysunięto. Przykład kwestii reparacji to idealny przykład tego, że PiS kieruje się raczej odruchami warunkowymi, a nie kalkulacją polityczną. PiS w warstwie werbalnej gotów jest na wiele, ale w rzeczywistości jego działania zaczynają się od słów i na słowach się kończą. Polska pod rządami PiS, czy to usiłując się godzić, czy też – jak w tym wypadku – kłócąc się z Niemcami tylko pozoruje działania. Nietrudno zrozumieć, że Berlin takiego partnera nie traktuje nadmiernie na serio.

Wbrew pozorom nie tylko jednak Berlin ma podstawy, by bez szczególnego entuzjazmu patrzeć na Warszawę. Politycy w Warszawie przy czym, co będzie zapewne zaskoczeniem dla niemieckiego czytelnika, również politycy opozycji zauważają, że Niemcy bardzo wyraźnie jeśli wręcz nie ostentacyjnie lekceważą Polskę. Czołowi politycy opozycji publicznie potępiają rzecz jasna rządzące Polską Prawo i Sprawiedliwość za zaostrzenie relacji z Niemcami, ale już w prywatnych rozmowach zauważają, że Niemcy Polsce od lat nigdy w niczym nie ustąpiły, a nawet – jak w wypadku Nord Stream 2 – lekceważyły i lekceważą zupełnie podstawowe polskie interesy bezpieczeństwa. Jeden z najważniejszych doradców byłego prezydenta Bronisława Komorowskiego w rozmowie z autorem tego tekstu stwierdził wręcz, że „PiS się Niemcom przyda jako nauczka na przyszłość, żeby się dogadywać z Polską, gdy Polska jest Niemcom życzliwa”.

Nord Stream i Nord Stream 2 to nie jedyne niestety przykłady ignorowania przez Berlin polskich interesów, by przypomnieć długoletni sprzeciw Republiki Federalnej przeciwko wzmacnianiu wschodniej flanki NATO, forsowanie skrajnie niekorzystnej dla Polski polityki klimatycznej, wprowadzenie uderzających w polskie firmy przewozowe rozwiązań prawnych i podatkowych, brak równowagi w traktowaniu mniejszości narodowych etc. Nawet gesty – takie jak budowa pomnika poświęconego polskim ofiarom II wojny światowej – przychodzą Niemcom z trudnością i trzeba o nie zabiegać, co pozbawia je tego, co jest walorem gestów, czyli autentyzmu. Z perspektywy Warszawy okazuje się, że nie ma większego znaczenia czy traktuje się Berlin życzliwie, czy nie, bowiem Berlin i tak robi swoje w ogóle nie licząc się z głosem Warszawy. Problem polega na tym, że taka konstatacja właściwa jest dla relacji dwóch państw, z których jedno – to silniejsze – ma poczucie wyższości wobec drugiego.

Niemcy nie mają chyba w ogóle świadomości tego, iż ich nieustępliwość jest odnotowywana nie tylko przez rządzącą Polską delikatnie rzecz ujmując niezbyt proniemiecką prawicę, ale również przez życzliwą wobec Republiki Federalnej opozycję. W polskiej debacie publicznej przyjęło się bowiem, że jeśli jest się częścią opozycji to należy mówić o UE, Brukseli i Berlinie wyłącznie dobrze. Debata publiczna to jednak co innego, niż opinie wyrażane wówczas, gdy nie ma kamer i nie chodzi o walkę polityczną. Problemem są też niektórzy proniemieccy lobbyści w Polsce, którzy stali się tak zaciekle proniemieccy, że wyprzedzają w swoim entuzjazmie dla Niemiec nawet chyba niemiecką ambasadę. Z nieznanych przyczyn Niemcy wolą mieć jednak w Polsce lobbystów skrajnie proniemieckich, których obecnie nikt nie słucha, a i wcześniej nikt nie traktował na serio, a nie krytycznych, ale jednak przyjaciół. Rzecz w tym, że taki pomysł na niemieckie lobby w ogóle pomija podstawową cechę narodową Polaków, którą jest przekora.

W sferze politycznej najgorszy kryzys mimo to mamy chyba za sobą. Szkoda tylko, że i Berlin i Warszawa uznały bylejakość za jedyny możliwy stan relacji. Powyższe stwierdzenie na szczęście dotyczy jednak jedynie polityki. Jeśli bowiem przyjrzeć się współpracy gospodarczej i relacjom międzyludzkim, to sytuacja jest zgoła odmienna, a stosunki polsko-niemieckie wręcz doskonałe. W pewnym sensie można powiedzieć, że całokształt sytuacji przypomina nieco sytuację powojennych Włoch, w których politycznie panował permanentny chaos i kryzys, ale z czasem okazało się, że gospodarka i życie społeczne toczą się niejako na równoległym, choć też i przyznajmy – blisko położonym – torze. Polska gospodarka dzięki bliskiej kooperacji z gospodarką niemiecką stała się w znacznym stopniu immunizowana na kolejne kryzysy, choć warto dodać, że dzieje się tak po pierwsze dlatego, że Polska jest wewnątrz (Unii Europejskiej), ale zarazem inaczej niż np. Grecja na zewnątrz (strefy Euro). Ludzie, pomijając oczywiście ograniczenia wynikające z pandemii, podróżują w obu kierunkach i nie ulegają chwilami złej atmosferze politycznej.

Pytaniem, które warto sobie zadać jest to jak wygląda sprzężenie zwrotne pomiędzy polityką z jednej strony, a gospodarką i relacjami międzyludzkimi z drugiej. Tradycyjnie w stosunkach międzynarodowych było tak, że nienajlepsze relacje polityczne zawsze z czasem wpływały negatywnie na wymiar gospodarczy i społeczny. Obecnie nic takiego nie ma miejsca, ale podobnie też nic niestety nie wskazuje na to, żeby z kolei dobre relacje gospodarcze i międzyludzkie przekładały się na poprawę relacji politycznych. Polska i Niemcy aby przezwyciężyć raz na zawsze brzemię historii muszą tymczasem doprowadzić do sytuacji, w której nasze relacje będą harmonijne we wszystkich trzech wymiarach i aby tym samym w Polsce granie kartą antyniemiecką stało się już jedynie dziwactwem, ale też aby z kolei w Niemczech przekonanie, że można Polsce nigdy w niczym nie ustępować również przeszło w końcu do historii.

Aby tak się stało ktoś musi zdobyć się na wielkość, która jest przepustką nie do kolejnej wygranej w wyborach, ale do historii. Politycy po jednej ze stron muszą zdobyć się na coś więcej niż dialog. Relacje polsko – niemieckie potrzebują paliwa symbolicznego na lata, wielkiego gestu, który byłby czymś więcej niż zagrywką polityczną. Biorąc pod uwagę kształt niemieckiej sceny politycznej i fakt, iż Niemcy za kilka miesięcy będą po wyborach, a Polska jest w środku wyjątkowo ostrej politycznej zimnej wojny domowej łatwiej wyobrazić sobie taki gest z niemieckiej strony. Biorąc pod uwagę historię tego rodzaju gest wręcz powinien wyjść ze strony Niemiec. Czymś takim nie stanie się wymuszona, wymęczona, wynegocjowana rezygnacja z dokończenia budowy Nord Stream 2. Jeśli jednak do władzy mieliby dojść Zieloni i zdecydowaliby się oni na taki krok to być może relacje polityczne pomiędzy Warszawą a Berlinem mogłyby w końcu być równie dobre jak te gospodarcze i międzyludzkie. O ile oczywiście zaraz po rezygnacji z Nord Stream 2, ew. nowa niemiecka kanclerz nie zaczęłaby forsować w Brukseli ekologicznej rewolucji w energetyce, która oczywiście jest koniecznością również i dla Warszawy, ale która w wypadku biedniejszej i uzależnionej od węgla Polski musi zająć więcej czasu.

nv-author-image

Witold Jurasz

Witold Jurasz, dziennikarz Onetu i Dziennika Gazety Prawnej, Prezes Ośrodka Analiz Strategicznych. Były pracownik Zakładu Inwestycji NATO, dyplomata w Moskwie oraz chargé d’affaires RP na Białorusi. W przeszłości był też gospodarzem talk-show w Polsat News, gdzie przeprowadził ponad 700 wywiadów. Pracował też w spółce zajmującej się międzynarodowym handlem bronią.

2 myśli na “Polska i Niemcy czyli małżeństwo po kryzysie”

  1. Marek Brzezowski

    Panie Witoldzie,
    Celna analiza stanu obecnego. Jednak w końcówce felietonu opiera się Pan na marzeniach o cudzie. O ile można sobie wyobrazić zmianę władzy w Polsce na bardziej przyjazną Niemcom, to nie bardzo widzę motywację rządzących Niemcami do poprawy stosunków na zasadzie partnerskiej z Polską. Bo w imię czego? Zasad? To polityka, Niemcy i Polska nie są w próżni, rozsypuje się stary i tworzy nowy ład. Jedynie twarde interesy (i silne lewary ze strony polskiej) mogą przekonać Niemcy o konieczności zmiany relacji z Polską. Polska potrzebna jest Niemcom jako niskokosztowe zaplecze. Niskokosztowe – dotychczas otrzymywali co chcieli bez wysiłku. Po co mają się wytężać?

  2. Racjonalne dostrzeganie relacji politycznych z Niemcami, oczywiście nie ułatwi niczego. Faktem jest zawziętość niemiecka oraz polska przekora, ale to nie wszystko. Stale obecne jest poczucie wyższości Niemców i Polska duma nieuznająca niczyjej wyższości. Niemcy nie tylko nie odstąpią od własnych planów gospodarczo-politycznego zdominowania krajów na wschód od swojej granicy, ale też zrobią wszystko by utrącić wszelkie pomysły budowania równoważącej siły (trójmorze). Może niesłusznie, ale podejrzewam umoczenie niemieckich paluchów w duńskim cofnięciu zgody na lądowy odcinek rury do Polski. Naiwność polityczna Polski opiera się na emocjonalnych i doraźnych relacjach. Tak interesów nie prowadzi żaden z zachodnich członków UE. NS2 dokończy każdy nowy rząd RFN. I każdy rząd RFN będzie bronił niemieckich interesów jak niepodległości. U nas było to tylko ładne hasło, u Niemców raz podjęte decyzje są obowiązkiem każdego.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *