Atomowe rozgrywki z zielenią w tle

W  marcu minęła dziesiąta rocznica katastrofy w elektrowni atomowej w Fukushimie.  Przywołana rocznica zbiegła się z  decyzją rządu federalnego Niemiec o oficjalnym wycofaniu się z energii jądrowej, zapoczątkowanym już przez „konsensus atomowy” z czerwca roku 2020. Ambiwalentny stosunek Niemców do energii atomowej już w 2011 roku nie był niczym nowym. Brak zaufania do tego źródła energii sięga jeszcze okresu zimnej wojny, a żywił się on najpierw lękiem zachodnioniemieckiego społeczeństwa przed rozmieszczonymi po obu stronach żelaznej kurtyny głowicami jądrowymi, których użycie – nawet jeśli było to mało prawdopodobne – miałoby katastrofalne skutki przede wszystkim na terytorium niemieckim. Strach przed bombą atomową opanował zachodnioniemiecką kulturę emocjonalną do tego stopnia, że społeczna potrzeba podjęcia koniecznych kroków zapobiegawczych sięgnęła nawet gotowości do porzucenia wartości demokratycznych Republiki Federalnej (hasło: „Lieber rot als tot!” – „lepiej [być] czerwonym niż martwym”). Narodziny Zielonych jako siły politycznej także żywiło się coraz popularniejszym odrzuceniem przez społeczeństwo pokojowego zastosowania energii jądrowej, zwłaszcza po katastrofie w Czarnobylu w 1986 roku. W drugiej połowie XX wieku powstało wprawdzie w Niemczech ponad sto (łącznie z badawczymi) reaktorów jądrowych, nasilał się też jednak społeczny i polityczny opór przeciwko budowie i utrzymywaniu elektrowni jądrowych. Ostateczne ich zamknięcie jest już postanowione, a ma ono nastąpić najpóźniej pod koniec 2022 roku.

Mniej więcej w tym samym czasie, czyli w ciągu ostatnich dziesięciu lat, w polskiej polityce energetycznej wzrosło  zainteresowanie alternatywnymi źródłami energii wobec węgla, choć kraj nadal skazany jest na węgiel, skupiając też na nim politykę (wewnętrzną). Górnictwo to w Polsce sprawa narodowa, a państwo polskie już od lat zadaje sobie wiele trudu, aby w miarę możliwości – w zależności od sytuacji także ze względu na głosy wyborcze – w miarę podtrzymać nierentowny sektor gospodarczy kosztownymi subwencjami państwowymi. Bądź co bądź w lutym  rząd nieoczekiwanie zakomunikował, że Polska będzie jednak dążyć do odejścia od węgla, ale nie w najbliższym czasie. Celem jest rok 2049. W ten sposób kwestia innych źródeł energii staje się jeszcze bardziej paląca. Nawet jeśli w Polsce coraz szerzej stosuje się energię z wiatru i słoneczną, to jednak – zwłaszcza za rządów PiS – niekoniecznie zamierza się obrać kurs niemiecki. Więcej, Warszawa planuje przejść na energię jądrową. W październiku 2020 roku podpisano z USA stosowną umowę, przewidującą budowę pierwszej elektrowni jądrowej w Polsce; do 2043 roku ma ich powstać w sumie sześć.

Tym samym istnieje nie dająca się zlekceważyć możliwość sporu w relacjach polsko-niemieckich, który mógłby się przenieść na płaszczyznę europejską. Niemcy nie są bowiem specjalnie pozytywnie nastawieni do polskich zamiarów, zwłaszcza że celem rządu federalnego jest działanie wewnątrz Unii Europejskiej na rzecz powszechnej rezygnacji z energii jądrowej. Wprawdzie ze względu na stanowisko Francji wydaje się obecnie mało prawdopodobne, żeby przebiła się niemiecka polityka energetyczna, ale bądź co bądź Niemcy mogłyby spróbować osiągnąć zakaz budowy nowych elektrowni jądrowych w państwach UE. Tym samym polskie plany napotkałyby na trudności, czego Warszawa jest świadoma. Lecz polska strona nie byłaby w tej kwestii całkiem bezbronna – Niemcy nie są w stanie tylko wiatrem i słońcem pokryć swojego zapotrzebowania na energię, będąc czwartą siłą gospodarczą na świecie. Wydobycia węgla jeszcze nie zaprzestano, gaz ziemny i ropa naftowa nadal są niezastąpione, co potwierdza akurat kontrowersyjny projekt Nord Stream 2 (NS2), choć z niemieckiej perspektywy chodzi tutaj bardziej o polityczne niż o czysto gospodarcze przedsięwzięcie. Znany jest negatywny stosunek do niemiecko-rosyjskiego projektu Polski i innych państw środkowoeuropejskich oraz Ukrainy, ponadto też niektórych zachodnioeuropejskich partnerów, a nawet samych Stanów Zjednoczonych. Polska mogłaby utrudnić jeśli nie budowę, to przynajmniej uruchomienie gazociągu, zgłaszając na przykład w Parlamencie Europejskim wniosek o sprawdzenie przez specjalną komisję, czy projekt NS2 nie łamie zasady solidarności zawartej w traktatach. Można również zaobserwować pierwsze napięcia na Bałtyku – w marcu Polska pozbawiła hamburską firmę Krebs, której statki biorą udział w budowie NS2 przy wybrzeżu Meklemburgii-Pomorzu Przednim, a zarejestrowane są w Gdańsku, prawa do polskiej bandery z uwagi na „zagrożenie bezpieczeństwa Polski”. Ponadto Marynarka Wojenna RP krąży w bezpośrednim sąsiedztwie budowy.

Z powodu tego rodzaju powiązań i zależności energia jądrowa mogłaby się stać pewnym aspektem europejskiej problematyki energetycznej, która z perspektywy UE w obliczu geopolitycznego znaczenia dla Kremla dostaw gazu coraz bardziej stałaby się kwestią z zakresu polityki bezpieczeństwa. Z kolei dla Niemiec odrzucających energię jądrową istniałoby również niebezpieczeństwo przyjęcia pozycji coraz bardziej przeciwnej pozycji Francji. We francuskim pakiecie energetycznym energia jądrowa zachowuje jak na razie bezdyskusyjną pozycję dominującą, a realizowany w południowej Francji z szerokim udziałem międzynarodowych aktorów projekt ITER – budowa reaktora termonuklearnego – pokazuje, że Paryż zasadniczo stawia na dalszy rozwój technologii energetyki jądrowej. Energia jądrowa stała się zresztą dla Francji nie tylko niezastąpionym źródłem energii, lecz stanowi również ważny towar eksportowy. Dlatego francuski przemysł jądrowy z poparciem rządu od lat próbuje pozyskać nowe rynki zbytu także w Polsce, a budowa francuskiej elektrowni jądrowej nad Wisłą od lat jest wciąż powracającym tematem. Dotychczas Paryżowi nie udało się przekonać Warszawy, a sukces amerykańskiej konkurencji – podobnie jak przy zakupie nowego wyposażenia dla wojska, na przykład myśliwców czy śmigłowców bojowych – był uzasadniony bardziej politycznie niż technologicznie. Współpraca polsko-francuska w tej dziedzinie otrzymała jednak więcej wsparcia z Warszawy poprzez przyjęcie w 2008 roku deklaracji o Polsko-Francuskim Partnerstwie Strategicznym, a Francja nadal nie zaprzestała prób zyskania zainteresowania polskiego partnera francuską technologią i francuskim know-how, przy czym wysyłani w ostatnich latach z Quai d’Orsay do Warszawy francuscy ambasadorowie mieli pod tym względem bardzo jasny profil. Lobbing na obszarze energetyki jądrowej odniósł już niejeden sukces, na przykład ostatnio, w lutym tego roku, została zawarta umowa o współpracy pomiędzy francuskim koncernem Framatome i Politechniką Wrocławską, mająca na celu kształcenie przyszłych polskich ekspertów w dziedzinie energetyki jądrowej.

Stąd też, ze względu na mijające się agendy dotyczące polityki energetycznej, wewnątrz Unii Europejskiej oraz i tak już nadszarpniętego Trójkąta Weimarskiego, który pod koniec sierpnia będzie świętował (?) trzydziestą rocznicę swojego powstania, można zaobserwować potencjalnie silne odśrodkowe tendencje. Ich źródło to z jednej strony diametralnie różne stanowiska trzech państw wobec polityki energetycznej, z drugiej zaś strony nie można wykluczyć ryzyka powrotu do dawnych dwustronnych wzorców zachowań wewnątrz Trójkąta: w kontekście nadal słabo zdefiniowanej unijnej polityki sąsiedzkiej wobec Europy Wschodniej mało subtelna polityka Niemiec wobec Rosji może doprowadzić do rozbudzenia dawnych lęków – nie tylko w Polsce, ale też we Francji, choć w bardziej stonowanym wydaniu. Mimo podjętej przez Emmanuela Macrona „ofensywy wdzięku” podczas spotkania z Władimirem Putinem latem 2019 roku w letniej rezydencji prezydentów Francji, zamku Brégançon, również Paryż jest nieufny wobec Moskwy, o czym świadczy jego negatywna pozycja w kwestii NS2. Jeśli stanowisko rządu federalnego zostanie w następnych miesiącach ocenione nad Sekwaną jako akcja solowa i w dodatku zagrażająca francuskiej polityce zagranicznej, zaistniałaby wielka pokusa, aby przynajmniej taktycznie i tymczasowo sięgnąć po wzorzec „dwóch przeciwko jednemu”, czyli wyhamować niemiecką politykę zagraniczną zarówno wewnątrz UE, jak i w kierunku wschodnim poprzez polsko-francuskie zbliżenie (słowo „sojusz” brzmiałoby tutaj anachronicznie). Niemcy i Francja są wprawdzie dobrze zgranymi partnerami w UE, lecz ich wspólne interesy nie wykluczają na pewnych obszarach konkurencji, jak pokazują trwające od lat zabiegi niemieckiego i francuskiego przemysłu zbrojeniowego o względy Warszawy w kwestii zakupu łodzi podwodnych dla polskiej armii.

Byłoby jednak nieporozumieniem, jeśli polski rząd wychodziłby z założenia, że mógłby czerpać korzyści z ewentualnej próby poróżnienia swoich najważniejszch partnerów w UE. Wprawdzie istnieją – mimo obecnej rosyjskiej polityki zachodniej i niepewności wobec przyszłej polityki europejskiej Stanów Zjednoczonych – alternatywy dla Trójkąta Weimarskiego, na przykład makroregionalne związki jak Inicjatywa Trójmorza; na razie nie ma chyba jednak lepszej konstelacji, która zapewniłaby Polsce silniejszy transeuropejski głos w ramach UE. Pozostaje mieć nadzieję, że również Niemcy i Francja dostrzegą dodatkową wartość tego już od pewnego czasu niepopularnego trilateralnego projektu w kontekście polityki europejskiej.

 

Z niemieckiego przełożyła Monika Satizabal Niemeyer

nv-author-image

Pierre-Frédéric Weber

Dr hab. Pierre-Frédéric Weber jest historykiem i politologiem, wykłada na Uniwersytecie Szczecińskim. W swojej najnowszej publikacji rozprawia się z fenomenem strachu przed Niemcami w Europie po 1945 r. ("Timor Teutonorum")

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *