W poszukiwaniu utraconego centrum

Powiew świeżego wiatru pojawia się w polskiej polityce cyklicznie. Pojawia się nowy lider, powstaje nowe ugrupowanie, a media, ciągle poszukujące nowych tematów, zapraszają nowych bohaterów do siebie  poświęcając im dużo uwagi. Co kilka dni publikowane są wyniki sondaży, które dostarczają materiału do rozmów i interpretacji układanki politycznej. Najprawdopodobniej tak właśnie będzie przez następne dwa lata, ponieważ wybory parlamentarne i samorządowe odbywają się dopiero w 2023 roku.

Szymon Hołownia, który polityczny chrzest bojowy przeszedł podczas ostatnich wyborów prezydenckich, uzyskując przyzwoity wynik (prawie 14 proc.), od kilku miesięcy wywołuje poruszenie i przyciąga uwagę mediów swoim ruchem Polska 2050. Na pierwszy rzut oka jego ambicje nie są nowe, nie on pierwszy próbuje je realizować, a mianowicie przezwyciężyć wyczerpującą walkę polityczną, która utkwiła w martwym punkcie.

Najwyraźniej już od kilku lat w Polsce istnieje zapotrzebowanie na taką siłę polityczną, o czym świadczą dotychczasowe sukcesy wyborcze nowych ugrupowań. Jednakże do tej pory, samozwańczy trybuni, którzy deklarowali nowy rodzaj polityki, ponosili spektakularne porażki. Schemat pozostawał ten sam: przed wyborami powstawały ugrupowania skupione wokół jednej osoby, uzyskiwały przyzwoite wyniki w sondażach, z miejsca dostawały się do sejmu, a potem znikały ze sceny bez echa  lub zostawały zmarginalizowane. Janusz Palikot, Paweł Kukiz, Ryszard Petru, Robert Biedroń – rzut oka na kariery polityczne tych ludzi pokazuje szybki wzlot i upadek ruchów politycznych, które opierały się wyłącznie na medialnie wylansowanej popularności danego lidera. Czy podobny los spotka cenionego obecnie Szymona Hołownię i jego Polskę 2050?

Zależy to od tego, w jakim stopniu nowemu pretendentowi uda się umiejscowić swoje ugrupowanie w politycznym centrum przed następnymi wyborami do sejmu. Centrum stanowi bowiem takie miejsce na politycznej mapie, które zostało zmiażdżone w trakcie bezustannych walk o władzę między liberalną Platformą Obywatelską a narodowo-konserwatywnym Prawem i Sprawiedliwością. Taka jest istota sporu między PiS i PO, który trwa już 16 lat i uniemożliwia ponadpartyjne kompromisy w niemal wszystkich sprawach wagi państwowej.

Od czasów wielkiego konfliktu w 2005 roku, kiedy nie doszła do skutku planowana koalicja między nowymi wówczas partiami PiS i PO (obydwie założone w 2001 roku), polityczna walka w Polsce rozgrywa się w zasadzie tylko między tymi dwoma obozami. Obydwie partie, które niegdyś znajdowały się w politycznym centrum, porzuciły swoje pozycje i oddaliły się w przeciwnych kierunkach.

O ile PiS szybko dało do zrozumienia, że partia reprezentuje wiele rzeczy, ale nie umiarkowane konserwatywno-republikańskie centrum, o tyle po utracie władzy w 2015 roku PO przekształciła się w partię na wskroś opozycyjną i wydaje się gotowa do zawarcia sojuszu z każdym ugrupowaniem, niezależnie od jego politycznej orientacji, aby osiągnąć tylko jeden cel – odsunąć PiS od władzy. Myśl, że potrzeba czegoś więcej, własnych pomysłów i wizji na czas po rządach PiS, solidnego programu dla polityki wewnętrznej i zagranicznej, nigdy nie była dostrzegana na liście priorytetów PO, która jako wiodąca siła Koalicji Obywatelskiej (KO) w Sejmie musiała pogodzić się już z niejedną porażką. Na podstawie najnowszych sondaży wyłania się kolejny problem dla KO, która musi obawiać się o swój status najsilniejszej siły opozycyjnej na rzecz rosnącego w siłę ruchu Polska 2050.

Rozgorzały jesienią 2020 roku konflikt wokół zakazu aborcji sprawił, że niezadowolenie z działań rządu przybrało na sile, ale nie doprowadziło do radykalnego spadku notowań w sondażach. Zjednoczona Prawica nadal może liczyć na największą przychylność wyborców, ale obecna tendencja nie osiąga już 40 proc. poparcia, lecz zmierza ku 30 procentom. Do tego dochodzą konflikty wewnątrz Zjednoczonej Prawicy, która jest podzielona jak nigdy wcześniej – wielu komentatorów obecnie mocno powątpiewa, czy sojusz przetrwa do kolejnych wyborów. Gdyby wierzyć obrazowi przekazywanemu przez media, lewica powinna zyskiwać poparcie w związku z trwającymi od miesięcy protestami przeciwko zaostrzeniu interpretacji prawa aborcyjnego i coraz liczniejszymi odejściami z Kościoła. Ale w Polsce tak nie jest. Ostatnie wyniki sondaży okazują się dla lewicy bardzo otrzeźwiające (5-10 proc. w zależności od instytutu badania opinii publicznej). Znacząco spada też popularność Koalicji Obywatelskiej.

Nie jest rzeczą nową, że wielu Polaków nie ma już ochoty na wybieranie między PiS a PO. Duopol udało się na razie przełamać jedynie na poziomie samorządowym – w wielu polskich miastach od lat rządzą lokalni politycy, którzy nie należą do żadnej z partii głównego nurtu i cieszą się niesłabnącą popularnością. Z kolei na poziomie krajowym żadnej sile politycznej nie udało się przebić jako potencjalna alternatywa dla PiS i PO. Polska 2050 Szymona Hołowni, która obecnie osiąga wysokie notowania w sondażach, może budzić takie nadzieje, upłynie jednak jeszcze sporo czasu, zanim wyborcy znów będą mogli oddać swoje głosy w wyborach. Do tego czasu Polska 2050 musi ciągle pracować nad swoim wizerunkiem jako partia nowa. „Nowa” oznacza przede wszystkim: nowe idee i nowe twarze. Jednakże zdeklarowany przez Hołownię cel, aby stać się świeżym ruchem młodych ludzi, który chce na nowo zdefiniować system polityczny, jest na własne życzenie podważany poprzez chętne przyjmowanie polityków z innych partii. Najdobitniejszym tego przykładem jest przyjęcie Joanny Muchy z PO, która była m.in. ministrem sportu i turystyki w rządzie Donalda Tuska. A kolejnych chętnych kandydatów na zmianę barw klubowych nie powinno w przyszłości zabraknąć.

Właśnie ten aspekt jest jedną z największych bolączek polskiej polityki po 1989 roku i nadwyręża zaufanie społeczeństwa do politycznego establishmentu. W Polsce – czy to w samorządach, czy w sejmie – jest wielu polityków, którzy pod względem przynależności partyjnej okazywali się bardzo elastyczni. Przejście od socjaldemokratów do liberałów, od liberałów do prawicowych populistów, z PiS do PO, z lewicy do prawicy, a często również do nowych ugrupowań politycznych – to wszystko  stało się oczywistością. Nic dziwnego zatem, że w komentarzach często mówi się o politycznym rynku transferowym, tak jakby chodziło o transfery piłkarzy. I to jednak, że Szymonowi Hołowni udało się pozyskać trzech posłów i jednego senatora, a w samorządach również coraz więcej polityków przechodzi na jego stronę, wydaje się krokiem koniecznym, ponieważ bez doświadczonych polityków bardzo trudno byłoby budować ogólnokrajowe struktury w pustce. Już teraz widać, że przede wszystkim członkowie KO szukają nowej politycznej ojczyzny.

Przedłużający się kryzys liberalnego KO, z którym nie mogli poradzić sobie ani aktualny, ani poprzedni przewodniczący, nowy skręt w lewo (poparcie dla liberalizacji zakazu aborcji) i spadające notowania w sondażach sprawiają, że niejeden polityk z konserwatywnego skrzydła rozważy swoją dalszą obecność w tej partii. Również na prawej stronie mnożą się głosy, że mniejsi koalicjanci PiS – Porozumienie i Solidarna Polska – szukają nowych możliwości zapewnienia sobie politycznego przetrwania po przewidywanym wcześniej czy później rozpadzie Zjednoczonej Prawicy. Można jednak przyjąć, że będą oglądać się raczej za innym politycznymi opcjami (PSL lub Konfederacja) albo założą nowe formacje niż przejdą do obozu Hołowni, przy czym w polskiej polityce niczego nie można wykluczyć. W każdym razie, czytając polską prasę, okres transferowy już się rozpoczął.

Niezależnie od tego, czy Zjednoczona Prawica dotrwa do 2023 roku, czy opozycja utworzy szeroką koalicję lub stanie do wyścigu indywidualnie, to najważniejsze zadanie w przyszłości polega na samookreśleniu się Polski wewnątrz i na zewnątrz kraju przy udziale większości społeczeństwa. Dla każdej politycznej siły, która po erze Kaczyńskiego będzie chciała sięgnąć po władzę oznacza to, że w tym procesie należy uwzględnić przynajmniej część wyborców PiS. Tutaj tkwi duży potencjał dla stworzenia nowego programu, który mógłby przezwyciężyć dwubiegunową walkę polityczną i podział społeczeństwa. Pod tym względem nowy, umiarkowany centrowy ruch polityczny miałby całkiem spore szanse na sukces – ponieważ celowałby właśnie w centrum – i docierałby zarówno do wyborców PiS, jak i KO.

Polska 2050 znajduje się wprawdzie w powijakach, ale już teraz wzbudza ogromne zainteresowanie. Ruch inwestuje sporo w swój wizerunek medialny jako sojusz umiarkowanych pragmatyków, dla których ważne są przede wszystkim merytoryczna debata, rzeczowy ton oraz prezentacja konkretnego planu dla rozwoju kraju, czyli wszystko to, czego do tej pory opozycja nie potrafiła właściwie zrobić. Nowa rzeczowość? To byłoby pożądane antidotum dla rozemocjonowanej kultury politycznej w Polsce i jej permanentnie rozdrażnionych polityków.

 

Przetłumaczył z języka niemieckiego Konrad Miller

nv-author-image

Arkadiusz Szczepański

Slawista, kulturoznawca i tłumacz, redaktor naczelny FORUM DIALOGU

1 myśl na “W poszukiwaniu utraconego centrum”

  1. Pingback: Rysy w obozie Zjednoczonej Prawicy | FORUM DIALOGU | Tematy z Niemiec i Polski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *