Rok z „koroną”: koniec czy przełom?

Już dziś, nieco ponad rok po wybuchu pandemii koronawirusa, jest jasne, że mamy  do czynienia z chyba najostrzejszym globalnym przełomem od czasu epokowej cezury 1989-1990 roku. Różnica w porównaniu z rokiem 89 nie może być większa. W tamtym czasie upadek muru berlińskiego przyniósł nam koniec Układu Warszawskiego i obalenie komunistycznych reżimów. Tym razem to historyczne wydarzenie wykatapultowało z urzędu „przywódcę wolnego świata”, Donalda Trumpa.

Historia się zatem powtarza, ale prawie w odwrotnym kierunku. To, co 1989 było upadkiem sowieckiego imperium, w roku 2020 jest końcem amerykańskiego rządu – i to akurat w momencie, kiedy Trump próbował obronić swoją władzę w sposób autokratyczny. Tym samym korona stała się game changer. Lecz o ile przełom 1989/1990 fundamentalnie dotknął Wschodu, a na Zachodzie nie musiało się zmienić nic lub niewiele, o tyle dziś  to zachodnie demokracje są pod obstrzałem.

Jednocześnie autorytarny reżim w Chinach – skąd pandemia wyszła w świat – siedzi jeszcze mocniej w siodle niż dotychczas. W ten sposób kryzys związany z koronawirusem okazuje się takim fundamentalnym „demokratycznym obciążeniem”, o którym mówiła pani kanclerz. A dokładniej mówiąc, chyba największym wyzwaniem dla demokracji od upadku jej totalitarnego przeciwnika w 1990 roku.

Pod koniec pandemicznego roku, spod znaku korony, demokracje osiągnęły granicę zdolności do działania – tym razem w obliczu ogromnych wyzwań wewnątrz państw. Dotyczy to również Niemiec. Podczas 75 lat swojego istnienia Republika Federalna nie tylko jeszcze nigdy nie została w tak dramatycznym stopniu ograniczona ekonomicznie, lecz nigdy też nie było potrzeby gruntownego przewartościowania relacji między państwem i społeczeństwem, jak miało to miejsce w 2020 roku.

Ale i w tej kwestii doświadczyliśmy zdumiewającego odwrócenia politycznych znaków. Radykalna krytyka państwa, a nawet systemu, pojawia się dziś nie ze strony lewicy, lecz prawicy. Ci rzekomo nowi konserwatyści, jak chętnie przedstawiają się członkowie i zwolennicy partii AfD, okazują się libertariańskimi anarchistami i radykalnymi antyetatowcami, którzy działają w zmowie nawet z jawnymi wrogami państwa, jak na przykład z tzw. Reichsbürger podczas próby „ataku na Reichstag”– jako prawicowa opozycja antyparlamentarna.

Z pomocą idei rzekomego „wielkiego resetu” uroili sobie rewolucję od góry przeciwko narodowi– poprzez deep state (państwo w państwie) jako przedstawiciela „globalistów”, od Billa Gatesa po George’a Sorosa. Jednak przede wszystkim prawicowa opozycja okazała się być napędzana wyłącznie egoizmem jako przeciwieństwem państwowo-politycznej odpowiedzialności. Kiedy mówi ona o wolności i „odpowiedzialności osobistej”, krytykując w ten sposób ograniczenia ze strony państwa, kryje się za tym albo naiwne wyobrażenie o dobrym człowieku – co też nie ma nic wspólnego z konserwatyzmem – albo (i to przede wszystkim) radykalnie egoistyczna chęć otrzymania od państwa jednego: żeby zostawiło obywateli w absolutnym spokoju i nie poddawało ich żadnego rodzaju ograniczeniom.

Z drugiej strony przeżyliśmy zdumiewającą nową koalicję złożoną z chrześcijańskich demokratów czy chrześcijańskich socjałów i całej potencjalnej lewicy w kraju – Lewicy, SPD i Zielonych. Jeśli chcielibyśmy się tutaj odnieść do rózróżnienia Maxa Webera pomiędzy etyką odpowiedzialności a etyką przekonań, to można by dostrzec w tej koalicji polityków świadomych swojej odpowiedzialności, podczas gdy AfD i po części także FDP czują się zobowiązane jedynie wobec swoich infantylno-egoistycznych „przekonań”.

Tym samym centralnym sporem tego roku będzie otwarta wrogość wobec państwa versus obrona interweniującej roli państwa. Rok po wybuchu pandemii koronawirusa jedno jest pewne, a mianowicie to, że rok 2021 może być nawet ważniejszy niż rok 2020.

W tym roku w Niemczech odbędzie szczególnie dużo wyborów parlamentarnych, okaże się, czy z kryzysu związanego z koronawirusem zostaną wyciągnięte decydujące konsekwencje. Korona jest bowiem jedynie oznaką kryzysu klimatycznego jako faktycznej kwestii stulecia, którego następstwa daleko przekroczą te wynikające z obecnej zarazy. Rozprzestrzenianie się korony nie zważa na święta, jak słusznie się mówi. Ale to, co dotyczy wirusa, dotyczy jeszcze bardziej globalnego ocieplenia. Uczenie się od korony oznacza zatem uczenie się prewencji. Jeżeli nie przeprowadzimy dzisiaj radykalnych zmian, już jutro cała planeta wyląduje na oddziale intensywnej terapii – bez perspektywy na uzdrowienie. Dlatego najważniejsze pytanie brzmi, czy demokracje są w stanie działać z konieczną umiejętnością, potrzebą do zwalczenia katastrofy klimatycznej – i to w sposób bardziej podstawowy, sięgający fundamentów naszej formy życia, niż ma to miejsce w walce przeciwko koronie? Zglobalizowany od 1989 roku zachodnio-konsumpcjonistyczny świat poprzez swoją emisję dwutlenku węgla jest bowiem „super-rozsiewaczem” kryzysu klimatycznego.

Również w kontekście podjęcia koniecznych działań porównanie obecnej sytuacji do ostatniej historycznej cezury pozwala lepiej ją zrozumieć. Przełom lat 1989/1990 oznaczał globalne otwarcie, socjalne kontakty bez granic. Jednocześnie upadek muru wywołał oszałamiający indywidualizm: lata 90. stały się dekadą euforycznego życia tu i teraz, lecz tym samym też zapomnienia o przyszłości. Liczyła się tylko maksymalizacja przyjemności, zabawy i hedonizmu, z beztroską Love Parade jako signum temporis. „Koniec końców liczę się tylko ja” to motyw przewodni lat 90. Gdzie kiedyś stało słowo „my”, miało stać już tylko słowo „ja”. Okrzyk bojowy neoliberałów brzmiał: There is no society, there are only individuals and families.

1989/1990 jako globalne zniesienie granic

Lata 90. zdawały się być światem nieograniczonych możliwości. Równolegle na Szczycie Ziemi w Rio de Janeiro w 1992 roku stworzono piękną utopię „Jednego Świata”, która jednak coraz bardziej okazuje się być farsą. Dziś widzimy głęboko podzielony świat, odznaczający się milionową nędzą uchodźców przebywających w katastrofalnych warunkach w Libii,  Syrii, Turcji czy Grecji. A jeśli pomyślimy jeszcze o działaniach przeciwko kryzysowi klimatycznemu, to było to stracone 30 lat, lat braku odpowiedzialności – bez jakichkolwiek zabezpieczeń. Wbrew wszelkim międzynarodowym kodyfikacjom na końcu zwyciężył nacjonalistyczny czy indywidualistyczny rachunek korzyści. Donald Trump, narcyz w Oval Office, był w tym kontekście jedynie logiczną konsekwencją, ukoronowaniem niepohamowanej epoki.

Wraz z nadejściem epidemii i odwołaniem Trumpa ta 30-letnia era zniesienia granic znalazła swój kres. 2020 stał się rokiem dystansu społecznego, ograniczenia wszelkich kontaktów. Powróciło państwo, którego rządy w dotąd wręcz niewyobrażalnym stopniu rozciągnęły się na sferę prywatną. A mianowicie – i tutaj znajdziemy właśnie największą różnicę w porównaniu z sytuacją w bloku wschodnim na przełomie 1989/1990 – w celu zapewnienia ochrony swoim obywatelkom i obywatelom i ponadto za ich przeważającym przyzwoleniem, wynikającym ze zrozumienia konieczności tego rodzaju działań. Dlatego właśnie w kontekście ostatnich trzech dekad pojawia się pytanie, czego powinniśmy się nauczyć z doświadczeń z kryzysem Covid-19, i które z tych nauk warto wprowadzić w życie.

Nauki płynące z kryzysu Covid-19

Co jest dzisiaj konieczne, to radykalne odejście od zasady czysto ekonomicznej ekspansji. Po epoce maksymalnego zniesienia granic od 1989 roku musi nastąpić epoka ograniczenia. Pytanie o wyrzeczenia, na które odpowiedzieliśmy w tym roku poprzez powściągliwość w utrzymywaniu kontaktów, a w pewnym stopniu również w konsumpcji, jest w odniesieniu do kryzysu klimatycznego jeszcze bardziej fundamentalne. Całe zachodnie społeczeństwo konsumpcyjne jest bowiem praktykowanym trumpizmem w małym wydaniu. Pytanie, czy kolektywność, wspólnotowość, myślenie o globalnych commons będą miały w przyszłości szansę przeciwstawienia się hiperindywidualizmowi. Co ma pierwszeństwo, maksymalizacja indywidualnych interesów czy interes przeżycia gatunku – i zapewnienie dobrego życia wszystkim? Jest to decydująca kwestia następnych dziesięcioleci.

Na podstawie kryzysu związanego z koronawirusem można już rozpoznać dwie strategie jego zwalczania.

Pierwsza z nich to droga konwencjonalna, która zakłada, że z ogromnych długów wyjdzie się poprzez wzmożony wzrost gospodarczy. „Kupowanie to akt patriotyczny”, zadekretował odpowiednio minister ds. gospodarki Peter Altmaier bożonarodzeniowe przesłanie. A redaktor naczelny dziennika Bild posłusznie mu zasekundował: „Niemcom najlepiej powodziło się zawsze wtedy, kiedy naszą wiarę w lepszą przyszłość wyrażaliśmy poprzez konsumpcję”.

W tym przypadku konsumpcja staje się – z imponującą szczerością – prawdziwą i ostatnią narodową kulturą przewodnią (Leitkultur). Zgodnie z tą logiką, planowane szczepienia na Covid-19 mają działać jako skuteczne antidotum na wszystko, żebyśmy z taką samą siłą uprawiali konsumpcyjną ekspansję. Byłoby to oczywiście tylko powrotem do fatalnego status quo ante. Założenie, że szczepionka nagle uzdrowi wszystko, stanowi kuszącą, lecz wielce niebezpieczną iluzję. Przeciwko kryzysowi klimatycznemu nie istnieje bowiem żadna szczepionka.

Pytanie zasadnicze brzmi zatem: w jaki sposób społeczeństwo rzeczywiście może się uodpornić przeciwko następnemu wirusowi – a także przeciwko wirusowi kryzysu klimatycznego? Jak możemy wyjść z kryzysu systemowego napędzanego przez gospodarkę kapitalizmu bez ciągłego nakręcania konsumpcji, prowadzącego do coraz silniejszego pogłębiania kryzysu? To centralne wyzwanie tego stulecia.

Demokratyczny Zachód najwyraźniej nie ma obecnie w zanadrzu żadnej alternatywy wobec konsumpcyjnego modelu życiowego, który po 1989/1990 uczynił powszechnie panującym. Naglące by tu było absolutne zrewidowanie priorytetów – z solidarnością jako pojęciem kluczowym, a nawet wręcz z konieczną narodową jak i globalną kulturą przewodnią.

Aktualne zwalczanie kryzysu poprzez podejmowanie miliardowych kredytów stanowi z kolei politykę na kreskę – choć jest ona konieczna. Gdyż wraz z ogromnymi długami kwestia ich spłaty przekładana jest jedynie na przyszłość. Ponadto słychać już obawy, że i bogatym Niemcom kiedyś „skończą się pieniądze”, jeżeli kryzys Covid-19 będzie trwał dalej. Ale kto będzie musiał podźwignąć te ciężary? Obecnie tego pytania unikają przede wszystkim partie rządzące, które wolą przesunąć odpowiedź do dnia po wyborach do Bundestagu.

Tutaj potrzebny jest specjalny korona-podatek, w sensie wielkiego społecznego wyrównania obciążeń. Kryzys Covid-19 dotknął bowiem ludność w sposób wielce asymetryczny – o wiele silniej tych i tak już prawie bezbronnych, słabszych nie tylko pod względem zdrowotnym, ale i materialnym, niż tych lepiej sytuowanych.

Kryzys Covid-19, a w jeszcze większym stopniu kryzys klimatyczny stawiają pytanie o solidarność akurat w tym momencie, kiedy – kolejna ironia historii – dla ponad 90 procent podatników kończy się wprowadzony przed 30 laty podatek solidarnościowy. Dziś chodzi jednak o jeszcze bardziej fundamentalną solidarnościową składkę – pod względem narodowym, jak i międzynarodowym, ale także pokoleniowym.

Solidarność jest dzisiaj, jeszcze silniej niż kiedyś, kwestią pokoleniową. W minionym roku wykazała się nią w przeważający sposób młoda generacja na rzecz starszej, bardziej narażonej. W przypadku kryzysu klimatycznego sytuacja wygląda dokładnie na odwrót. Tutaj to młodzi ludzie są bardziej zagrożeni już choćby z powodu dłuższego życia – i kompletnie zależni od samoograniczenia się w konsumpcji przez często lepiej sytuowanych starszych ludzi.

Krokiem milowym  byłoby sprawdzenie, które wyrzeczenia związane z mobilnością i konsumpcją podjęte w 2020 roku byłyby egzystencjalne dla człowieka, a z których można by spokojnie zrezygnować. Ekstremalnie szkodzące środowisku naturalnemu loty krajowe bez wątpienia nie należą bowiem do zaspakajania podstawowych potrzeb, zwłaszcza że kryzys Covid-19 pokazał również, z iloma rzeczami da się z łatwością uporać poprzez wideokonferencje. Pewne jest jedno: w obliczu kryzysu klimatycznego osobiste samoograniczenie na rzecz ochrony prawa do wolności innych stanie się głównym warunkiem liberalnego, wolnościowego społeczeństwa. Dotyczy to jednostek, ale też i państw.

Podczas kryzysu Covid-19 państwa narodowe były głównie zajęte samymi sobą, co miało fatalne skutki. Przyczyny tego stanu rzeczy były banalne – w walce przeciwko rozprzestrzenianiu się wirusa można postawić narodowe i inne przestrzenne granice, ograniczając radykalnie mobilność. W przypadku kryzysu klimatycznego nie jest to rozwiązaniem. Dwutlenek węgla nie zna granic. Dlatego narodowa solidarność nie wystarczy w walce z kryzysem klimatycznym.

Również w przypadku kryzysu Covid-19 wybuchający obecnie nacjonalizm szczepionkowy, na czele z Wielką Brytanią, jest fatalny. Potrzebna nam jest tutaj międzynarodowa solidarność, lub mówiąc dosadniej: musi ona stać się rzeczywistą, nową globalną kulturą przewodnią. Również z tego względu, że wyłącznie narodowa walka przeciwko globalnemu ociepleniu wciąż będzie produkować darmozjadów, którzy wykorzystają starania innych, sami nie zadając sobie najmniejszego trudu,  potwierdzając tym samym argument osób negujących zmiany klimatyczne, że kroki podejmowane na płaszczyźnie narodowej i tak nie przyniosą żadnych owoców.

Konieczna jest teraz zatem wielka międzynarodowa ofensywa zapobiegająca zmianom klimatycznym. Pierwsze trzydzieści lat od cezury przełomu 1989/1990 zostały zaprzepaszczone, nie może się to w żadnym wypadku powtórzyć w następnych trzydziestu, gdyż karą będzie nieodwracalne zniszczenie atmosfery. Dlatego mimo zakazu kontaktów, koronawirus daje nam szansę na to, żeby w roku 2021 świat znów się do siebie zbliżył. Decydującym czynnikiem będą tutaj wnioski wyciągnięte z wyjątkowego roku 2020. Albo będziemy uprawiać politykę prewencji oraz rezyliencji i podejmiemy odpowiednie kroki na rzecz zapobiegnięcia katastrofie – albo społeczeństwo pozostanie na swojej tragicznej w skutkach drodze konsumpcji.

„Lost”, straceni, to słowo określające młodzież roku 2020. W 2021 musi się okazać, czy 2020 był rzeczywiście rokiem straconym – czy może jednak początkiem nowej drogi rozwoju. Jeszcze nie jest pewne, czy rok 2020 będzie wyłącznie annus horribilis z setkami tysięcy zmarłych na koronę, czy może jednak – nadzieja umiera ostatnia – początkiem globalnego zwrotu ku lepszemu.

 

Powyższy tekst ukazał się w czasopiśmie: »Blätter« 1/2021

Z niemieckiego przełożyła Monika Satizabal Niemeyer

nv-author-image

Albrecht von Lucke

Albrecht von Lucke, ur. 1967, jest z wykształcenia prawnikiem i politologiem, a obecnie redaktorem "Blätter für deutsche und internationale Politik", największego polityczno-naukowego miesięcznika niemieckiego obszaru językowego (www.blaetter.de). W 2015 r. ukazała się jego książka "Die schwarze Republik und das Versagen der deutschen Linken" (wydawnictwo Droemer, Monachium 2015). (Czarna Republika i porażka niemieckiej lewicy)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

[give_form id="8322"]