Chiny silniejsze po pandemii

W wymiarze indywidualnym, jednostkowym i rodzinnym pandemia COVID-19 nas uśpiła, wyizolowała, a zarazem mocno zmieniła naszą rzeczywistość i funkcjonowanie. W wymiarze publicznym jest podobnie: niektóre branże i dziedziny, jak linie lotnicze, biura turystyczne czy hotele, puby, kawiarnie i restauracje mają potężne kłopoty i w ogóle mogą nie przetrwać. Podobnie jak cały biznes, obawiający się brata-bliźniaka pandemii, zwanego recesją.

Tymczasem, mimo pozornego uśpienia, na arenie międzynarodowej wręcz zawrzało. Jeśli bowiem tendencje notowane jesienią 2020 r. miałyby się jeszcze dłużej utrzymać, tzn. nadal byłoby tak, że Zachód, począwszy od USA, napotyka na niebywałe wyzwania, ma wielką ilość zakażonych i ofiar, podczas gdy Azja Wschodnia, począwszy od Chin, pandemię w gruncie rzeczy zatamowała, to jest więcej niż oczywiste, że dojdzie do przysłowiowej powtórki z historii. Znowu, jak po poprzednim kryzysie, tym gospodarczym z 2008 r., centrum siły i oddziaływania przeniosłoby się jeszcze bardziej z Atlantyku na Pacyfik. A jak daleko to zajdzie zależy oczywiście od ewentualnego wynalezienia szczepionki oraz czasu i sposobu zakończenia pandemii.

Na chwilę obecną można stwierdzić tylko jedno: całemu światu grozi poważna i głęboka recesja, a jedyną wielką gospodarką, która jej się skutecznie przeciwstawi, będą Chiny, w których naturalnie wzrost też spowolni (do 2-3 proc. na koniec br.), ale będzie to jednak wzrost, a nie cofnięcie się w rozwoju i produkcji.

Dla Europy i świata transatlantyckiego, dotychczas dominującego na globie, nie są to dobre wieści, bowiem międzynarodowa opinia publiczna, począwszy od USA, jeszcze bardziej skupiłaby się właśnie na regionie Azji i Pacyfiku, podczas gdy Unia Europejska, a nawet NATO – i tak osłabione brexitem – w dużej mierze pozostawione zostałby samym sobie. Poniekąd zresztą już tak jest, a COVID-19 notowane zjawiska i procesy jeszcze zaostrzył.

Bój gigantów

Jak pamiętamy, już przed pandemią trwała wojna handlowa między dwoma największymi organizmami gospodarczymi na globie, które pod koniec ubiegłego roku praktycznie objęła podniesionymi cłami cały dwustronny handel USA – Chiny (557 mld dol., z chińską nadwyżką rzędu 345 mld: https://www.census.gov/foreign-trade/balance/c5700.html), a w styczniu 2020 r. ten bój został jedynie ograniczony i częściowo zawieszony (https://www.uscc.gov/sites/default/files/2020-02/U.S-China%20Trade%20Deal%20Issue% 20Brief.pdf)

Tymczasem pandemia, co łatwo było zauważyć nawet w Polsce, przyniosła dwie kolejne odsłony tego konfliktu mocarzy: wojnę propagandową-medialną, z bezprecedensową wymianą argumentów i ciosów pomiędzy ambasadorami obu państw, w tym w Polsce (https://www.polsatnews.pl/wiadomosc/2020-05-06/starcie-ambasadorow-usa-i-chin-na-twitterze-poszlo-o-koronawirusa/ ), a także wojnę technologiczną, której synonimem stały się technologia 5G oraz firma Huawei (https://businessinsider.com.pl/wiadomosci/ambasador-usa-komentuje-udzial-huawei-w-rozwoju-5g/7ykz41v ).

Całość prowadzi do wniosku, że grozi nam „zimna wojna 2.0” i nawet tak wytrawni znawcy chińskiej sceny na Zachodzie, jak płynnie mówiący po chińsku były premier Australii Kevin Ruud obawiają się wybuchu prawdziwej wojny (https://www.foreignaffairs.com /articles/united-states/2020-08-03/beware-guns-august-asia). Pewnie groźniej, a na pewno bardziej nieprzewidywalnie byłoby w przypadku reelekcji Donalda Trumpa, kontestującego wyniki wyborów. To Trump bowiem – raczej nieodwracalnie – doprowadził do dwóch zasadniczych zmian na scenie globalnej: zamienił wartości na nagie interesy i wolał aranżować dwustronne deale, jak sam mówił, w zamian za wielostronne umowy i porozumienia handlowe oraz wolny rynek (TPP, TTIP), jakie forsował Barack Obama. Trump przywrócił na scenę politykę siły, zastępując dotychczasową walkę o wartości w ramach międzynarodowego ładu liberalnego (values-based order).

Ambitne cele Chin

Jak dotąd, Chińczycy odpowiadają na amerykańskie wyzwania dwoma powtarzanymi na okrągło mantrami: „nie chcemy wojny, ale się jej nie boimy” oraz „w nadchodzącej wojnie nie będzie wygranych”. Równocześnie jednak nie ustępują ani na krok i w odpowiedzi na częste ataki, szczególnie ze strony sekretarza stanu Mike Pompeo  (https://www.state.gov/communist-china-and-the-free-worlds-future/), ale też innych członków amerykańskiej administracji, w tym samego Donalda Trumpa mówiącego o wirusie czy „zarazie z Chin” (https://theconversation.com/donald-trumps-chinese-virus-the-politics-of-naming-136796), włączyli tzw. wilczą dyplomację. Chodzi o mocno nacjonalistyczną w tonie metodę uderzania w przeciwników, nawiązującą do tamtejszego przeboju kinowego „Wojownik wilk” (Zhan Lang: https://thediplomat.com/2020/09/is-china-really-embracing-wolf-warrior-diplomacy/), w którym chiński oficer służb specjalnych brawurowo rozprawia się z Amerykanami.

Co więcej, kumulujący coraz bardziej władzę w swoich i zarazem coraz mocniej autokratyczny chiński przywódca Xi Jinping wzywa członków Komunistycznej Partii Chin (ponad 90 mln osób) do Nowego Długiego Marszu, a więc heroicznego okresu wysiłku i znoju w dziejach tej partii. Z wielką fetą spotkał się też z chińskimi weteranami wojny koreańskiej w 70-rocznicę wkroczenia chińskich „ochotników” (było ich ponad 2 mln) do tego konfliktu, gdzie bezpośrednio walczyli z Amerykanami. Przy okazji, co znamienne, a w Chinach znaczące, przytoczył słowa poprzednika, Mao Zedonga, wzywającego naród do długotrwałej wojny (https://www.scmp.com/news/china/diplomacy/article/3106290/xi-jinping-invokes-chinas-korean-war-spirit-70th-anniversary).

Słowa, to jedno. Ale ujawniono już także dalsze, ambitne chińskie plany. Omówiono je na sesji plenarnej KC KPCh w dniach 26-29 października br., gdzie przyjęto założenia nowej, 14 już pięciolatki (2021-25) oraz wytyczne długoletniego planu rozwoju na okres 15-letni, aż do 2035 roku. Zwieńczeniem tego drugiego ma być  nic innego, jak nadanie Chinom statusu państwa innowacyjnego, czyli – opartego na wysokich technologiach i kreatywnego, a nie tylko żywiącego się podróbkami lub skradzionym czy przemyconym sprzętem.

Tym samym Chiny które po poprzednim zakręcie dziejowym, tym po 2008 r., stały się bezpośrednim wyzwaniem dla Zachodu w sferze gospodarczej i handlowej, teraz, wykorzystujące zamieszanie wywołane pandemią, stawiają sobie kolejny, ambitny cel: być potęgą także w wysokich technologiach, gdzie przecież w niektórych dziedzinach (szybkie pociągi, sztuczna inteligencja, telekomunikacja, operacje bezgotówkowe, smartfony i 5G) już  taką pozycję osiągnęły.

Ponadto postawiono jeszcze jeden ambitny cel: do połowy przyszłego roku, na stulecie KPCh, mają całkowicie pozbyć  się biedy, czyli osób żyjących poniżej minimum socjalnego i tym samym sięgnąć po status „społeczeństwa umiarkowanego dobrobytu” (xiaokang shehui), o odchodach per capita rzędu 10 tys. dolarów rocznie (https://www.globaltimes.cn/content/1205617.shtml). Nie można zaprzeczyć, że będzie to kolejnym ogromnym sukcesem Państwa Środka na skalę światową.

A do tego wszystkiego, co nie mniej ważne, władze w Pekinie ogłaszają, że zamierzają po raz wtóry (po raz pierwszy zrobiono to po rozpadzie ZSRR) zmienić model rozwojowy państwa i przejść z dotychczasowej filozofii, opartej na formule „wzrost nade wszystko”, bez względu na koszty i skutki społeczne, na odmienną, zwaną systemem „podwójnego obrotu” (cyrkulacji). W tej nowej formule punktem wyjścia mają być takie pojęcia, jak zrównoważony wzrost, zielona gospodarka i ekologiczny rozwój, a podstawą rozwoju ma być kwitnący rynek wewnętrzny i klasa średnia (szacowana dziś w tamtejszych dokumentach na 400 mln osób). To one właśnie mają dać „pierwszy obieg”, a globalizacja i rynki zewnętrzne mają być jedynie uzupełniające i stanowić „drugi obieg”. Tym samym, jak widać, wyciągnięto wnioski z pandemii, w trakcie której zauważalnie wzrosło znaczenie państw narodowych oraz rynków wewnętrznych w poszczególnych państwach.

Punkty zapalne

Takie ambitne plany, które mają być konsekwentnie uszczegółowiane i podane w całości dopiero przy okazji przyszłorocznej sesji chińskiego parlamentu, w marcu 2021 r., na zewnątrz u jednych budzą zazdrość, a u drugich złość. A najbardziej zdenerwowani są oczywiście Amerykanie. Toteż nie jest wcale większym zaskoczeniem fakt, iż na tamtejszej wyjątkowo spolaryzowanej wewnętrznej scenie, a nawet podczas kampanii wyborów prezydenckich praktycznie jedynym punktem stycznym obu walczących kandydatów i partii, jedynym bipartisantship, było właśnie podejście do Chin, w trakcie pandemii zdecydowanie zamienionych z partnera na rywala i wroga. Zresztą, nawet UE w swoich dokumentach zaczęła określać Chiny mianem „systemowego rywala”.

Wkroczyliśmy w nowe etap coraz bardziej bezpardonowej rywalizacji mocarzy, tym razem już o prymat i prestiż, czy hegemonię, a nie tylko ograniczamy się do sporów o bilans handlowy czy cła. Czy to będzie nowa zimna wojna, w dużej mierze prowadzona już w  cyberprzestrzeni, czy doświadczymy wojen zastępczych (proxy war), a może jeszcze czegoś gorszego, dzisiaj trudno przewidzieć. Poza jednym: napięcie na scenie międzynarodowej podczas pandemii wzrosło, wzmocniły się narodowe egoizmy, zwycięża jednostronność i chęć ochrony narodowych dóbr, nasiliła się walka o łańcuchy dostaw.

Jeśli chodzi o dwa supermocarstwa, bo o takich już  trzeba mówić, punktów spornych pomiędzy nimi jest coraz więcej. I to kryjących się nie tyle w systemach wartości, ile w konkretnym wymiarze otwartych starć, takich jak Huawei i technologia 5G, jak ambitne programy przyspieszenia zbrojeń, a szczególnie wzmacniania floty (po obu stronach), jak coraz częściej formułowane po stronie amerykańskiej zarzuty o „kradzież własności intelektualnej”, czy o zmianę łańcuchów dostaw, zbyt często – zdaniem Amerykanów – wywodzących się z Chin i wreszcie obserwowany z  zazdrością chiński program rozwoju kosmosu i wysokich technologii, na co tak mocny nacisk ostatnio w Pekinie położono.

Nad tym wszystkim unosi się jeszcze jeden, newralgiczny spór o charakterze geopolitycznym dotyczący „zagospodarowywania” Morza Południowochińskiego przez ChRL, no i znów otwarty spór o przyszłość Tajwanu. Albowiem w oczach Xi Jinpinga nie ma ważniejszego strategicznego celu niż zjednoczenie wyspy z Macierzą (zapisano to nawet w Konstytucji ChRL), podczas gdy Amerykanie już  w trakcie wspomnianej wojny koreańskiej (1950-53) określili Formozę jako swój „najbardziej wysunięty na zachód lotniskowiec na Pacyfiku”.

Sytuacja zaostrzyła się szczególnie po narzuceniu dotychczas samodzielnemu obszarowi administracyjnemu, Hongkongowi, wewnętrznego prawa wywodzącego się z ChRL. W ten sposób dotychczasową formułę, „jeden kraj, dwa systemy”, kiedyś tak kreatywną, zmieniono już po 23 latach (zamiast po planowanych 50) w nową „jeden kraj jeden system” (https://www.rp.pl/Publicystyka/305249937-Chiny-Jeden-kraj-jeden-system.html).

Niewątpliwie, Pekin wykorzystał przy tej okazji zamieszanie wywołane pandemią. W odpowiedzi. Amerykanie zwrócili się ponownie ku Tajwanowi. Doszło nie tylko do kolejnych dostaw amerykańskiej broni na wyspę, ale nawet – po raz pierwszy od normalizacji stosunków Waszyngton – Pekin, czyli od 1 stycznia 1979 r., do dwóch wizyt oficjalnych przedstawicieli administracji Donalda Trumpa w Tajpej (https://focustaiwan.tw/politics/202009170016).

Na dodatek, po przejęciu kontroli prawnej nad Hongkongiem mieszkańcy Tajwanu, a szczególnie tamtejsza młodzież, nie chce żadnego zjednoczenia  z Chinami. Tamtejsze społeczeństwo mocno się zradykalizowało. Tymczasem w oczach mandarynów z Pekinu z Xi Jinpingiem na czele, zwieńczeniem obecnego procesu i obecnej „ery” ma być  nic innego, jak „wielki renesans narodu chińskiego”. Nie będzie natomiast żadnego „renesansu”, jeśli po obu stronach Cieśniny Tajwańskiej będą nadal funkcjonowały faktycznie niezależne od siebie dwa podmioty  z Chinami w nazwie.  Tym samym, sytuacja na samym Tajwanie oraz wokół niego, gdzie doszło do ruchów floty i lotnictwa, mocno się skomplikowała.

Wiele wskazuje na to, że po ostatnich wyborach w USA przed nami prawdziwy roller coaster. A co on oznacza dla nas, Europy, UE i Polski? Niestety, jedno: nie tylko musimy pożegnać się z europocentryzmem, ale być może także relacjami euroatlantyckimi, jakie dotychczas znaliśmy. Jeśli USA jeszcze bardziej pójdą na Pacyfik i zaczną budować tam sojusze, np. wokół grupy Quad (USA, Australia, Indie i Japonia), a wszystko na to wskazuje, to my powinniśmy – po pierwsze – znacznie więcej wiedzieć (i rozumieć) co się tam dzieje, a po drugie – i nie mniej ważne – zacząć porządkować własne podwórko i dom, bez oglądania się na Wujka zza oceanu. Bo Wujek może być tam, a nie tu.

 

 

 

Tagi:
nv-author-image

Bogdan Góralczyk

Profesor Bogdan Góralczyk jest politologiem, sinologiem, byłym ambasadorem i dyrektorem Centrum Europejskiego Uniwersytetu Warszawskiego.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

[give_form id="8322"]