Francja – „zaangażowana, zjednoczona, solidarna”?

Dzień 14 lipca, ogłoszony w 1880 roku świętem narodowym Republiki Francuskiej, w swojej historii nie zawsze miał to samo znaczenie. I choć data ta rok w rok stanowi dla Francji okazję do autoprezentacji urbi et orbi, to uroczyste spotkanie Francuzów z nimi samymi i światem było jednak i pozostaje uzależnione od danego kontekstu. Szczególne znaczenie miał ten dzień w okresie powojennym, obojętnie czy po pierwszej, czy po drugiej wojnie światowej. W tych przypadkach święto służyło przede wszystkim potwierdzeniu pierwszej z trzech podstawowych republikańskich wartości, pochodzących z okresu rewolucji, czyli (zwycięsko wywalczonej) wolności. W niespokojnych czasach pokoju za wartość tą trzeba niekiedy zapłacić nieoczekiwanie wysoką cenę, jak się okazało 14 lipca 2016 roku w Nicei, kiedy to późnym wieczorem islamski terrorysta Mohamed Lahouaiej-Bouhlel wjechał rozpędzoną ciężarówką w świętujący tłum, pozbawiając życia 86 osób. W ostatnich miesiącach okazała się nią walka przeciwko „niewidzialnemu wrogowi”, jak określił koronawirusa prezydent Emmanuel Macron w swojej cieszącej się uznaniem przemowie do narodu 16 marca 2020 roku, wzywając rodaków za pomocą nadzwyczaj wojowniczej retoryki do pełnej mobilizacji.

 

Odkąd pandemia w oka mgnieniu sparaliżowała kraj, a zarówno gospodarka jak i życie publiczne zostały ponownie wprawione w ruch dopiero po pełnych trzech miesiącach przerwy, coraz wyraźniej było widać, że lato 2020 roku pod wieloma względami będzie inne, niż te minione. Nawet wyścig Tour de France, jeden z najbardziej znanych francuskich symboli szczytu sezonu, fenomen kulturalny i wydarzenie sportowe, nie mógł się odbyć jak zwykle w lipcu, lecz został (na razie) przesunięty na sierpień. Do tego czasu liczni fani muszą się zadowolić niezwykle oryginalnym i interaktywnym wyścigiem wirtualnym. Również parada wojskowa, należąca do tradycji obchodów 14 lipca, musiała się ugiąć pod naciskiem restrykcji związanych ze zmniejszeniem ryzyka zakażenia w kraju, gdzie dziś już ponad 30 tysięcy osób padło ofiarą koronawirusa. Nie było zatem na miejscu publiczności; należało zachować odstęp między uczestnikami – dotyczyło to zarówno maszerujących żołnierzy, jak i oficjalnie zaproszonych gości na trybunach. Nawet Brigitte Macron siedziała w przepisowym odstępie od swojego męża.

 

Wybrany w maju 2017 roku prezydent Francji od końca 2018 roku razem z rządem przeżywał ciężkie czasy. Najpierw wraz z ruchem „żółtych kamizelek” wybuchł społeczny protest, którego dotąd nie dostrzegano i którego impet i skala zaskoczyły francuskich decydentów. Także po swoim szczycie konflikt narastał dalej przez cały 2019 rok, a wkrótce z pandemią Covid-19 nadszedł kolejny kryzys. Po Włochach Francja została nim szczególnie dotknięta. Częściowo przeciążony system opieki zdrowotnej, który w Alzacji skazany był nawet przez kilka tygodni na pomoc ze strony Niemiec, uświadomił wielu Francuzom, że już teraz widoczne są poważne konsekwencje wprowadzonych w ostatnich latach czy wręcz dekadach cięć w budżecie na ów bardzo chwalony od czasów powojennych publiczny system opieki zdrowotnej.

 

Jeszcze bardziej bolesny był dla niektórych fakt, że Niemcy lepiej wypadli i skuteczniej radzili sobie z sanitarnym kryzysem. Epidemia, także w innych krajach, dała możliwość wspieranym przez znaczne części społeczeństwa i świętowanym jako bohaterowie, niezadowolonym z państwa lekarkom i lekarzom oraz pielęgniarkom i pielęgniarzom wyrażenia swojej złości z powodu chronicznych braków i niedofinansowania budżetu na służbę zdrowia. Tego rodzaju oczekiwania musiał też spełnić prezydent Macron – prędko zapowiedziano szybką realizację pierwszych dodatkowych planów dofinansowania oraz gotowość do szeroko zakrojonych konsultacji między rządem i przedstawicielami służby zdrowia. Ponownie doceniono wartość równości (w dostępie do opieki medycznej) i braterstwa (w sensie więzi społecznej w czasach kryzysu).

 

I rzeczywiście, miały miejsce konsultacje na paryskiej Avenue de Ségur, w siedzibie francuskiego ministerstwa zdrowia. Na krótko przed świętem narodowym rząd i związki zawodowe doszły do porozumienia w kwestii dotacji publicznej w wysokości bądź co bądź ponad ośmiu miliardów euro na korzyść szpitali, m.in. na podwyżki płac – co było na pewno bardziej pozytywnym sygnałem niż zaproponowane wiosną i przez większość wyszydzane honorowe medale.

 

Tegoroczne święto 14 lipca cechowało odpowiednie pragnienie solidarności. Republikańska dewiza Liberté, Égalité, Fraternité została dopasowana do aktualnych potrzeb. Na ogromnym plakacie można było przeczytać: Une Nation engagée, unie et solidaire, „zaangażowany, zjednoczony i solidarny Naród” – notabene, również w wersji oryginalnej z niemalże alegorycznymi wielkimi literami. W uroczystościach oprócz sił zbrojnych wzięli też udział przedstawiciele służby zdrowia – personel medyczny, który również wmaszerował, co miało oddać należną mu cześć ze strony Republiki za jego zaangażowanie w walce z pandemią. Program uświetnił słynny zespół akrobacyjny Patrouille de France, niebo nad Paryżem jak co roku przybrało tymczasowo niebiesko-czerwono-białe odcienie. Lecz jeśli ktoś traktuje tegoroczne hasło jedynie jako propagandowy frazes, podśmiewując się ze skłonności Grande Nation do przepychu, nie dostrzega najważniejszych aspektów dzisiejszych emocjonalnych nastrojów Francji jako państwa i społeczeństwa.

 

Stan emocjonalny kraju po pierwszej połowie annus horribilis 2020 jest w istocie dość złożony. Przyczyniły się do tego po części także czynniki zewnętrzne. Założony w 2013 roku w Stanach Zjednoczonych ruch Black Lives Matter, który wskutek śmierci George’a Floyda pod koniec maja 2020 roku poprzez rosnące protesty w całym zachodnim świecie zatacza coraz szersze kręgi, również we Francji ze względu na jej historię mocarstwa kolonialnego oraz podobne ataki policji na francuskich obywateli afrykańskiego pochodzenia doprowadził do demonstracji i apeli skierowanych do państwa, aby rozliczyło się ono ze swym rzeczywistym – ale niekiedy jedynie rzekomym – rasistowskim dziedzictwem. Nie ma przy tym wątpliwości, że co poniektórzy orędownicy antyrasizmu despotycznie i w ideologicznie-ahistorycznym zaślepieniu wylewają dziecko z kąpielą. Za przykład może tu posłużyć niedawne obrazoburcze burzenie czy dewastowanie kilku pomników Charlesa de Gaulle’a. Odczuciu, że tego rodzaju akcje wstrząsają fundamentem francuskiej samoświadomości, odpowiadało hasło przyświecające obchodom 14 lipca 2020 roku m.in. przez podkreślenie narodowej jedności oraz woli bycia wspólnotą jako przeciwwagi dla dających się zauważyć odśrodkowych, uwarunkowanych zarówno socjalnie jak i tożsamościowo nurtów we francuskim społeczeństwie. Nie można tu nie zauważyć lęków przed utratą wartości republikańskich przy jednoczesnej potrzebie otwarcia. Jednocześnie można też zaobserwować nadzieję obecnej władzy politycznej na nowy start Piątej Republiki, który usiłował zapoczątkować Emmanuel Macron poprzez swój ruch La République En Marche i swoje zwycięstwo w wyborach.

 

Lipcowe hasło zawierało również przesłanie skierowane na zewnątrz. Solidarność, wypisana wielkimi literami 14 lipca na Place de la Concorde, już przed wybuchem pandemii stanowiła dla prezydenta Macrona najważniejszą kwestię w sferze polityki europejskiej. Obawa o spójność wewnątrz Unii Europejskiej dzięki ścisłej współpracy z Niemcami zaowocowała jednak, choć z opóźnieniem, konkretnymi niemiecko-francuskimi projektami, które mają ogromne znaczenie też dla Francji: po niedawnej zgodzie Angeli Merkel, by w celu pokonania wywołanego pandemią kryzysu utworzyć Fundusz Odbudowy w wysokości 750 milionów euro, francuska wizja integracji europejskiej – na razie przynajmniej poprzez wyrażoną gotowość – po wielu żmudnych próbach mogła po raz pierwszy zapunktować. Ciężko wynegocjowany wkrótce potem kompromis na szczycie UE 20 lipca 2020 roku popchnął trochę do przodu realizację niemiecko-francuskiego planu. Sukces na płaszczyźnie Unii da się też częściowo wykorzystać w (wewnętrznej) polityce jako rekompensata za wydobyte na światło dzienne wewnętrzne słabości Francji podczas szczytu epidemii.

 

Nacisk na francuską i europejską solidarność nie jest nowym motywem w agendzie politycznej Macrona, który wystarczająco często opowiadał się za ponadpartyjną polityką oraz za „Europą, która chroni”. Na skutek kilku ciężkich doświadczeń w pierwszej połowie kadencji na stanowisku głowy państwa objawia się jednak również wola zmiany w myśleniu dotyczącym pewnych kwestii i postawienie nowych akcentów. W nawiązaniu do socjalnych trosk Francuzów i w obliczu nadal nieposkromionego niebezpieczeństwa odniesienia sukcesu przez skrajnie prawicową partię Rassemblement National i jej kandydatkę Marine Le Pen w następnych wyborach prezydenckich w 2022 roku, dotychczas bardzo liberalny macronizm dokonuje socjalnego zwrotu, który można też zaobserwować na przykładzie nominacji Jeana Castexa na nowego premiera rządu. Zaangażowanie, jedność, solidarność. Hasło to brzmi jak sublimacja retoryki wojennej Macrona w walce przeciwko pandemii z powrotem ku krzepiącym zbiorowym emocjom z odrobiną empatii i pokory, których brak dotychczas często mu zarzucano. „600 dni na ponowne scalenie kraju” – Emmanuel Macron zdaje sobie sprawę, że tak dużo, a zarazem tak mało pozostaje mu jeszcze na spełnienie swoich politycznych wizji.

 

Z niemieckiego przełożyła Monika Satizabal Niemeyer

 

nv-author-image

Pierre-Frédéric Weber

Dr hab. Pierre-Frédéric Weber jest historykiem i politologiem, wykłada na Uniwersytecie Szczecińskim. W swojej najnowszej publikacji rozprawia się z fenomenem strachu przed Niemcami w Europie po 1945 r. ("Timor Teutonorum")

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *