Komentarz powyborczy

Wbrew rozbudzonym nadziejom opozycji Andrzej Duda zdołał zachować prezydenturę na kolejną kadencję. Rozpoczęty pięć lat temu cykl polityczny właśnie dobiegł końca. Polska polityka zatoczyła wielkie koło, aby wrócić do punktu wyjścia. Hegemonia Prawa i Sprawiedliwości pozostaje niewzruszona, populistyczny projekt będzie miał swoją kontynuację.

A poza tym zmieniło się bardzo wiele.

 

Duda ’15 był kandydatem zmiany. Wyciągnięty z drugiego szeregu, nawet w macierzystym obozie nie wróżono mu spektakularnego sukcesu. Przede wszystkim miał odgrywać rolę żywego nośnika idei „nowego” PiS. Pogodzonego już z traumą smoleńską i odrzucającego bagaż romantycznego dziedzictwa, na bazie którego zepchnięta do głębokiej defensywy formacja Jarosława Kaczyńskiego konsolidowała wcześniej swoje zaplecze. Ówczesny Duda symbolicznie wydobył swój obóz z cmentarnej krypty, aby przedstawić Polakom nową ofertę. Wiele mówił o wspólnocie, spójności, zasypywaniu podziałów, wyrównywaniu szans i – przede wszystkim – dochodów.

 

Duda ’20 po prostu miał raz jeszcze wygrać. Tym razem był strażnikiem warownej twierdzy. Obrońcą tradycyjnej polskości i konserwatywnej moralności, dobroczyńcą prostego ludu, opiekunem zaścianka. Już nie uśmiechał się tak promiennie jak dawniej, przeciwnie – przybierał teraz marsowe miny, srożył się i miotał oskarżeniami. Pod adresem wielkomiejskich elit, sabotażystów na obcym żołdzie, niemieckich kolonizatorów. Strasząc swych wyborców inwazją zdeprawowanych mniejszości, obcego kapitału, żydowskimi roszczeniami. Oczywiście nie były to nowe wątki w dyskursie polskiej prawicy. Dotąd raczej jednak stanowiły pikantną przyprawę do hojnych obietnic socjalnych. Teraz po raz pierwszy skrajnie negatywny przekaz zaserwowano jako danie główne. Nie liczyły się wrażenia estetyczne ani etyczne, była to typowa gra o punkty (procentowe). Nawet drobne ich ułamki warte zresztą były szczególnej fatygi.

 

Mniejsza jednak o samego Dudę. Jego zdolność przeobrażania się i wchodzenia w nowe role poznaliśmy już w trakcie pierwszej kadencji. To polityk bez właściwości i osobowości, mistrz mimikry, reinkarnacja filmowego Zeliga. Istotniejsza wydaje się ewolucja samego projektu, uzasadniająca przemianę Dudy.

Otóż pięcioletnie rządy PiS zaprowadziły wspólnotę polityczną Polaków na sam skraj. Doprowadziły do stanu wrzenia, redukując światłocienie i zamieniając debatę publiczną w narodową terapię lękową. W efekcie mobilizowani strachem wyborcy Dudy masowo ruszyli do urn. Podobnie zresztą jak zwolennicy jego rywala Rafała Trzaskowskiego, motywowani z kolei wizją rychłego upadku polskiej demokracji, ostatecznego demontażu niezależnych instytucji, wygaszenia europejskich aspiracji.

 

Wybory prezydenckie nieprzypadkowo okazały się polem decydującej konfrontacji. Za sprawą podnoszącej ciśnienie personalizacji, bezwzględnej logiki zerojedynkowego wyboru. Było to wreszcie finalne rozdanie. Przed dwoma laty PiS podzieliło się z opozycją samorządami. Rok temu rządzący w cuglach wygrali eurowybory, a następnie odnowili większość parlamentarną. Teraz pozostało im tylko w pełni domknąć układ władzy.

 

Celem opozycji było z kolei zdobycie ostatniego już, choć kluczowego szańca, z którego można dalej skutecznie blokować ofensywę autorytaryzmu. Stawka tych wyborów była więc ogromna, a do tego doszła już w trakcie kampanii pandemia koronawirusa, kryzys ustrojowy wywołany przeniesieniem terminu elekcji, zarysowała się wreszcie perspektywa ostrej recesji. W polskim kotle zabulgotało.

 

Wybory okazały się manifestacją jątrzącego podziału. Były pod każdym względem naj… Najbardziej zacięte i wyrównane, najbrutalniejsze, budzące najwięcej emocji, wreszcie – na koniec – w największym stopniu mobilizujące wyborców. Owszem, zabrakło jednej dziesiątej procenta do rekordu frekwencyjnego z 1995. Lecz weźmy poprawkę na COVID-19 i początek sezonu wakacyjnego. Gdyby nie owe anomalie, zapewne sforsowany zostałby niebotyczny w polskich warunkach poziom 70 proc. Zarówno na Andrzeja Dudę, jak i jego rywala Rafała Trzaskowskiego, zagłosowało w drugiej turze ponad 10 mln wyborców. Wcześniej taka sztuka udała się jedynie Lechowi Wałęsie, kiedy w apogeum swej legendy wygrywał pierwsze w pełni wolne wybory.

 

Ale sukces frekwencyjny tym razem był pozorny. Trudno mówić o celebracji obywatelskości, przysłowiowym święcie demokracji. Była to raczej mobilizacja wojenna, która ujawniła skalę społecznego lęku, frustracji, wzajemnych resentymentów. Obie strony poszły do urn, jakby to bój był ich ostatni. Sama kampania znacząco zresztą odbiegała od reguł sztuki. Kandydaci nie ubiegali się o głosy centrum, gdyż taka kategoria przestała w Polsce istnieć. Nawet nie doszło do klasycznej prezydenckiej debaty, obaj rywale dyskutowali sami ze sobą.

 

Duda po prostu mobilizował wyborców PiS, sięgając po coraz to radykalniejsze środki. Trzaskowski tak samo, komunikował się jedynie z elektoratem opozycji. Tyle, że nie tak monolitycznym, bo reprezentującym szerokie ideowe spektrum, połączonym wszakże nadrzędnym celem powstrzymania Dudy. To wymagało od kandydata Koalicji Obywatelskiej znacznie większej ostrożności i balansowania. Co koniec końców być może przeważyło szalę na rzecz dotychczasowego prezydenta. Wygrał nieznacznie, o niespełna pół miliona głosów. Ale wygrał.

 

Po tak gwałtownej erupcji należałoby teraz szukać źródeł ukojenia. Lecz nadzieje są próżne. Nie ma najmniejszych szans na traktat pokojowy ani nawet spisanie protokołu rozbieżności. Nie nadejdzie choćby symboliczne katharsis. Już nazajutrz po wyborach obóz władzy jasno dał zresztą do zrozumienia, że autorytarna rewolucja zaraz powróci. Zarysowany teraz cel to prywatne media, którym PiS pogroziło „repolonizacją”. Cokolwiek miałoby to znaczyć, gdyż bliżej niesprecyzowany zamiar wydaje się trudny do pogodzenia z prawem unijnym. Deklaracja woli jest jednak wyraźna. Ugrupowanie Kaczyńskiego nie zamierza zejść z obranej drogi „reform”.

 

To oczywiście eufemizm, który w terminologii PiS oznacza niszczenie niezależnych instytucji. Trochę ich jeszcze zresztą zostało; w kolejce czekają ostatnie ogniwa niezawisłego sądownictwa, samorządy, organizacje pozarządowe, chybotliwa opozycyjna większość w Senacie.

 

Ucieczka w autorytaryzm ma zresztą przejaw swoistego pragmatyzmu. Wydrenowany antykryzysowymi tarczami budżet nie pozwala już bowiem dalej poszerzać socjalnej oferty. Pozostaje więc mobilizacja negatywna oraz używanie wszelkich dostępnych zasobów państwowych do wyborczej agitacji. Już w tej kampanii przekroczone zostały wszelkie granice, a i tak Duda wygrał o włos. Tymczasem radykalna polaryzacja wymaga przebijania w przyszłości kolejnych sufitów poparcia. Każdego dodatkowo zmobilizowanego przeciwnika władzy trzeba zrównoważyć świeżo pozyskanym zwolennikiem. Projekt populistyczny jest jak staczająca się śniegowa kula, której nie sposób zatrzymać. Albo narkotyk wymagający coraz większych dawek.

 

Sytuacja PiS stała się zatem paradoksalna. W miarę poszerzania wyborczego zaplecza kurczy się horyzont dalszego sprawowania władzy. W poprzedniej kadencji premierowi Mateuszowi Morawieckiemu zdarzało się snuć zuchwałe plany dwudziestoletnich rządów. Teraz chodzi po prostu o to, aby wygrać kolejny plebiscyt i utrzymać się w siodle. W przeciwnym razie projekt upadnie, nastanie czas rozliczeń.

 

Ta świadomość wywołuje na zapleczu PiS coraz większy chaos. Narastają walki frakcyjne, zaostrza się rywalizacja o sukcesję po starzejącym się Kaczyńskim. Ton nadaje niszowe, ale za to najlepiej zorganizowane i bezwzględnie prące do zaostrzania kursu środowisko skupione wokół ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobro. Kręgi bardziej umiarkowane, dotąd kojarzone z odsuniętym na bok Jarosławem Gowinem, tracą zaś na znaczeniu. Tym bardziej nic nie wskazuje, aby rewolucyjny impet mógł zostać wyhamowany. Z tą różnicą, że coraz trudniej będzie nim kierownictwu PiS centralnie zarządzać.

 

Równie paradoksalne są jednak perspektywy opozycji. Te krótkoterminowe rysują się dosyć kiepsko. Po wielkiej mobilizacji bez happy endu elektorat czeka teraz równie gwałtowna demobilizacja. Kolejny już zryw niczego nie przyniósł; narastające poczucie bezradności przy jednoczesnym ograniczaniu obszarów społecznej partycypacji zapewne będzie teraz skłaniać do emigracji wewnętrznej.

 

Rafał Trzaskowski mimo wszystko utrzyma jednak swój status z ostatnich tygodni. Przegrał, ale nie poległ. Wcześniej zdołał rozbudzić entuzjazm w liberalnym elektoracie, co od czasów Donalda Tuska nie udało się żadnemu politykowi z jego obozu. Choć i tak zdecydowana większość spośród 10 milionów jego wyborców przede wszystkim jednak poszła głosować przeciwko Andrzejowi Dudzie, kierując się logiką mniejszego zła. Nadal utrzymujący się bagaż negatywnych emocji po rządach Platformy Obywatelskiej ciąży na wizerunku Trzaskowskiego. Zwłaszcza poza metropoliami.

 

Niełatwo mu też będzie umacniać przywództwo z gabinetu prezydenta Warszawy. Poza głównym nurtem polityki, bez partyjnego zaplecza i stałej komunikacji. Pod wieloma względami Trzaskowski wejdzie teraz w rolę Tuska, na którego powrót stęskniony elektorat czekał tak długo, aż stracił cierpliwość.

 

Tymczasem Koalicja Obywatelska dzięki wynikowi swojego prezydenckiego kandydata odzyskała opozycyjny prymat. I to się raczej prędko nie zmieni, pomimo nadal ogólnie kiepskiej reputacji tego ugrupowania. Lewica i PSL wyszły z wyborów poważnie osłabione. Z kolei Szymon Hołownia ciągle jeszcze pozostaje na politycznym dorobku, o jego zapowiadanym ugrupowaniu niewiele nawet wiadomo. Udaną kampanię niezależnego kandydata przede wszystkim zasilała energia spontanicznie aktywizujących się milenialsów, której źródła przeważnie bywają jednak ulotne. Tego typu projekty regularnie zresztą pojawiają się w polskiej polityce; za każdym razem z coraz krótszym terminem przydatności.

 

Ogólny pejzaż na pierwszy rzut oka nie jest więc zachęcający. Do najbliższych wyborów całe trzy lata. Elektorat raczej nieuchronnie zmierza ku rozsypce, potencjalny lider poza kadrem, partyjna polityka pod kontrolą niezbyt doświadczonych i nie budzących wielkiego entuzjazmu liderów, a za pasem (być może) kolejna odsłona antydemokratycznej rewolucji PiS oraz (raczej na pewno) trudny czas recesji, rosnącego bezrobocia, dalszych globalnych zawirowań, dalszych zmagań z pandemią. Powstrzymanie erozji wyborczego zrywu przynajmniej w najbliższych miesiącach nie wydaje się możliwe.

 

A dalej? Z pewnością wiele będzie zależało od czynników niezależnych od liderów opozycji. Tego, jak obóz władzy będzie sobie radzić z kryzysem. Czy zachowa elementarną spójność i sterowność. Choć bierne czekanie na błędy rządzących byłoby strategią niebezpieczną. Postępująca kolonizacja sfery publicznej przez PiS, zwłaszcza rynku medialnego, będzie ograniczać możliwości opozycji, pogłębiać jej izolację. To scenariusz doskonale znany z Orbanowskich Węgier. Póki co okienko możliwości jednak się nie zamknęło, zawsze jest alternatywa. Być może właśnie teraz dojrzewa odpowiedni moment, aby wreszcie poszerzyć zaplecze, pootwierać nowe kanały komunikacyjne, zredefiniować język polityki, last but not least sensowniej zagospodarować autentycznych liderów z Rafałem Trzaskowskim na czele.

 

Kluczowa jest świadomość liderów Koalicji Obywatelskiej. Ta formacja od dawna tkwi w swoistej pułapce średniego rozwoju: jest zbyt słaba, aby powstrzymać PiS, a jednocześnie zbyt silna, aby zrobić miejsce dla innych potencji. Wybory prezydenckie raz jeszcze to potwierdziły. Od jakiegoś czasu w kuluarach sporo się mówi o konieczności instytucjonalnej odnowy, bardziej jednak w wymiarze wizerunkowym, niż gruntownej przebudowy. Tymczasem rozbudzona ostatnio polityczność szczególnie młodego pokolenia, jego otwartość na nowe tematy, skłonność do uczestnictwa, wręcz domagają się zupełnie nowej formy politycznej.

 

Objawiona w wyborach prezydenckich „Polska Trzaskowskiego” w pełni ujawniła swe atrybuty. W kategoriach socjologicznych: ogólnie jest młodsza, lepiej wykształcona, skoncentrowana w kluczowych ośrodkach rozwojowych, mobilniejsza. Ale również tych mentalnych, trudniejszych do uchwycenia. Nie odwraca się od spraw publicznych, stopniowo odzyskuje zdolność do projektowania przyszłości, nie ogranicza się już tylko do bezsilnego protestu w obronie konstytucji. Nieprzypadkowo na wiecach Rafała Trzaskowskiego tak mocno wybrzmiało teraz hasło „zmiany”. Bez programowego rozwinięcia oraz atrakcyjnej formuły organizacyjnej pozostanie ono jednak co najwyżej pustą emocją.

 

nv-author-image

Rafał Kalukin

Rafał Kalukin jest publicystą politycznym tygodnika "Polityka".

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *