Szczecin: Od peryferii do przygranicznej metropolii

„Czy poznała pani choć jedną osobę mieszkającą w Szczecinie?

– Nie, nigdy – odparła pani Wilcox, a jej sąsiad, młodzieniec zajmujący podrzędne stanowisko w Ministerstwie Oświaty zaczął się zastanawiać, jak też mogą wyglądać tamtejsi ludzie. Czy istnieje coś takiego, jak szczecińskość? – Małgorzata podchwyciła temat.

– Szczecinianie zajmują się spuszczaniem z wysokich portowych żurawi najrozmaitszych rzeczy na statki. W każdym razie robią to moi kuzynostwo, ale nie dorobili się wielkiego majątku. W mieście nie ma nic ciekawego prócz zegara, który przewraca oczami, i widoku na Odrę, który jest naprawdę niezwykły. Odra na pewno by się Pani spodobała. Rzeka, a raczej rzeki – jest ich chyba z kilkadziesiąt – mają intensywnie niebieski kolor, a dolina, przez którą płyną, jaskrawozielony.“ (Edward Morgan Forster, Domostwo Pani Wilcox, z ang. przeł. E. Krasińska, Czytelnik 1977, Warszawa, rozdz. IX, s. 98.)

 

Krótka wzmianka o Szczecinie w powieści E.M. Forstera z 1910 r. w sposób niemal impresjonistyczny odmalowuje obraz dużego miasta portowego – poza granicami Niemiec dla wielu Europejczyków było ono wówczas mało znane – oraz jego bezpośrednie otoczenie geograficzne. Warto zauważyć, że autorowi udało się przy okazji utrwalić fragment tej rzeczywistości, która w dużym stopniu przetrwała głębokie wstrząsy lokalnej i regionalnej historii ziemi szczecińskiej, a której główne cechy zachowały się do dziś. Dotyczy to zarówno działalności gospodarczej oraz środowiska naturalnego, jak też nieco peryferyjnej pozycji niemieckiego ówcześnie Stettina, natomiast od 1945 r. polskiego Szczecina. Małgorzata, bohaterka powieści Forstera, wspomina również o zegarze astronomicznym znajdującym się na dziedzińcu Zamku Szczecińskiego – w dużej mierze zniszczonego podczas II wojny światowej, a następnie odbudowanego jako Zamek Książąt Pomorskich – który jest dość niespotykany w tej szerokości geograficznej i do dziś wzbudza zainteresowanie zwiedzających.

 

Rok 1945 stanowi z pewnością największy przełom w historii miasta od czasów, kiedy Prusy odkupiły „Księstwo Szczecińskie” od Szwecji na mocy traktatu pokojowego podpisanego w Sztokholmie w 1720 r. II wojna światowa, jak w przypadku większości niemieckich metropolii, również w pomorskim mieście pozostawiła rozległe ślady zniszczenia – najpierw na skutek nalotów alianckich (1943/1944), następnie w końcowej fazie wojny, kiedy Szczecin na kilka dni został ogłoszony twierdzą. Po wycofaniu się niemieckich oddziałów wojskowych 25 kwietnia 1945 r. do miasta, które w dużej mierze było zniszczone i przez większość mieszkańców opuszczone, wkroczyła Armia Czerwona. Kilka tysięcy szczecinian bez walki oddało sowieckim żołnierzom miasto, którego historyczne centrum było zbombardowane w 90%. Wprawdzie jego przynależność terytorialna została ustalona przez aliantów, lecz z powodu wyjątkowego położenia nad Odrą dla wielu lokalnych działaczy i osób decyzyjnych nadal nie było jasne, czy dzielnice położone na lewym brzegu rzeki – zasadniczo niemieckim – rzeczywiście zostaną również przyłączone do państwa polskiego. Polskie władze zadziałały tutaj metodą faktów dokonanych, które zostały zatwierdzone przez Wielką Trójkę na początku sierpnia 1945 r. podczas konferencji poczdamskiej. Jednakże od maja do lipca – w cieniu sowieckiej armii – w mieście wielokrotnie zmieniały się władze niemieckie i polskie. Starania o stworzenie polskiego Szczecina w czasach wciąż niepewnego pokoju faktycznie przypominały „walkę”, jak zatytułował swoje wydane w 1986 r. wspomnienia pierwszy polski prezydent miasta Szczecina, inżynier z Poznania Piotr Zaremba (ur. w 1910 r. w Heidelbergu).

 

Natomiast o wiele dłużej trwał proces kulturowego przyswajania miasta, który związany był z przezwyciężaniem zbiorowych barier psychologicznych. Zarówno polscy osadnicy w wymiarze praktycznym, jak władze centralne w wymiarze politycznym, musieli przede wszystkim poradzić sobie z silnie odczuwanym w okresie powojennym na ziemiach zachodnich i północnych – zwłaszcza w Szczecinie – poczuciem obcości, którego nie była w stanie zagłuszyć głośna, patriotyczno-komunistyczna propaganda dotycząca „Ziem Odzyskanych”. W przypadku Szczecina przyczyną takiego stanu rzeczy było przede wszystkim nowe, przygraniczne położenie, które z jednej strony odseparowało miasto od jego historycznych terenów na zachodzie oraz od Berlina jako głównego punktu orientacyjnego dla życia gospodarczego, natomiast z drugiej strony nadawało mu początkowo – tym razem z warszawskiej perspektywy – aurę nieujarzmionego „dzikiego zachodu”. Szczecin stał się posterunkiem granicznym i przez długi czas traktowany był przez polską administrację po macoszemu, z wyjątkiem aspektów militarnych i polityki bezpieczeństwa bloku wschodniego. Miasto służyło wprawdzie jako środek do celu, jakim było zachowanie polskiego terytorium nad Odrą i Morzem Bałtyckim, ale nie dostrzegano jego wartości samej w sobie. Odbudowa miasta – jak i obiektów portowych – przedłużała się do późnych lat 50., ponieważ część budulca przetransportowano do Warszawy, którą nazistowskie Niemcy zrównały z ziemią. Poza najpilniejszymi naprawami zniszczeń wojennych, lokalna ludność również nie wykazywała skłonności do inwestowania w Szczecinie. Nowi mieszkańcy jeszcze długo po zakończeniu wojny żyli dosłownie na walizkach. Pomimo silnej prezencji sowieckiej po obu stronach Odry winę za taki stan rzeczy ponosił wciąż niepewny status polskiej granicy na zachodzie z powodu niemieckich roszczeń terytorialnych. Szczecin dotkliwie cierpiał z powodu polskiego kompleksu Odra-Nysa.

 

Młoda jeszcze Niemiecka Republika Demokratyczna co prawda uznała granicę na Odrze i Nysie Łużyckiej. Już w lipcu 1950 r. granica między „bratnimi państwami socjalistycznymi” została ustalona i zatwierdzona – ze strony władz NRD nastąpiło to jednak nie bez przymusu, ponieważ w owym czasie niemieccy wypędzeni stanowili w NRD jedną czwartą ludności (aż po kierownictwo partii). Również utracony przez wschodnioniemiecką gospodarkę potencjał szczecińskiego portu – nie do nadrobienia przez Rostock – który od 1914 r. połączony był z Berlinem Kanałem Hohenzollernów, praktycznie do lat 80. pozostawał dla SED (Socjalistycznej Partii Jedności Niemiec) kolcem w oku, co doprowadziło do licznych napięć przy okazji podziału wód terytorialnych w Zalewie Szczecińskim i w Zatoce Pomorskiej. Ewentualne roszczenia ze strony NRD na poziomie lokalnym stanowiły jednak o wiele mniejsze zagrożenie niż międzynarodowa polityka nieuznawania granic na Odrze i Nysie, jaką uprawiała Republika Federalna. W praktyce dopiero po podpisaniu przez kanclerza Willy’ego Brandta w grudniu 1970 r. układu PRL-RFN o podstawach normalizacji wzajemnych stosunków polskie obawy wobec niemieckiego rewizjonizmu zaczęły się zmniejszać.

 

Zegar na Zamku Książąt Pomorskich © https://pl.wikipedia.org/wiki/Plik:Szczecin_Zamek_Ksiazat_Pomorskich_zegar.jpg

Umacniające się przekonanie o stabilności zachodnich granic Polski było coraz bardziej odczuwalne również w Szczecinie. Drugie pokolenie osadników nie było już tak skore do bezkrytycznego posłuszeństwa wobec partii, a antyniemiecka propaganda, która do tej pory pomagała partii scalać wokół siebie społeczeństwo, oddziaływała coraz słabiej. Szczecin – o czym poza granicami Polski wie niewielu – był jednym z miast portowych, gdzie stoczniowcy oraz szersze grupy społeczne protestowały przeciwko PZPR (po części z użyciem siły, jak pokazał to bunt w grudniu 1970 r., kiedy zaatakowano miejscową siedzibę partii). Niepewność co do statusu polsko-niemieckiej granicy zniknęła ostatecznie po podpisaniu w listopadzie 1990 r. traktatu granicznego między demokratyczną Polską a zjednoczonymi Niemcami. Dopiero wtedy pewien starszy pan na przedmieściach Szczecina – jak głosi jedna z miejskich legend – postanowił w końcu pomalować ogrodowy płot na posesji należącej niegdyś do Niemców, ponieważ do tej pory nie był pewien, czy miasto i okolice nie zostaną znowu przekazane państwu niemieckiemu. Tak czy owak anegdota ta dobrze oddaje poczucie prowizorki, które często jeszcze obecne było w późnym, drugim pokoleniu polskich mieszkańców Szczecina, a które ustąpiło dopiero wraz z bezpośrednimi skutkami upadku żelaznej kurtyny.

 

Dla Szczecina nowa geopolityczna sytuacja w Europie nie oznaczała zmiany przygranicznego położenia, a w pierwszych latach dzikiej transformacji ze względu na gospodarczą przepaść między Wschodem a Zachodem, której krawędź przesunęła się wtedy nad Odrę, zaobserwować można tu było zjawiska, które więcej miały wspólnego z typową przestępczością przygraniczną aniżeli z gospodarczym rozwojem, co sugestywnie pokazał film Młode Wilki z 1995 r. Niemniej jednak wtedy właśnie rozpoczął się proces, w trakcie którego Szczecin stopniowo – nawet jeśli odbywało się to wolniej niż w przypadku innych poniemieckich miast, jak na przykład Wrocławia – osiągał status gospodarczej i kulturalnej metropolii na pograniczu polsko-niemieckim. Decydującą rolę w tym zakresie nadal odgrywają środki, które Unia Europejska przekazuje do dyspozycji na integrację i rozwój regionów przygranicznych. Po niemal trzydziestu latach od podpisania polsko-niemieckiego traktatu sąsiedzkiego w czerwcu 1991 r. granica ma obecnie zupełnie inną jakość. W czasach komunistycznych powtarzana niczym mantra pobożna teza o „granicy, która nie dzieli, a łączy” stanowi dziś dla coraz większej liczby Polaków i Niemców namacalną rzeczywistość – daleką od ideologii, lecz z życia wziętą – o wysokiej wartości społecznej i gospodarczej, w której dojazdy do pracy są codziennością, a transgraniczna współpraca, choć niepozbawiona problemów, stała się czymś oczywistym. Duże znaczenie Euroregionu Pomerania oraz decydująca rola, jaką odgrywa tutaj Szczecin, stają się bardzo wyraźne zwłaszcza teraz, w czasach ograniczeń ruchu granicznego spowodowanych epidemią. I jeśli faktycznie istnieje coś takiego jak „szczecińskość”, to genius loci tej przygranicznej metropolii najlepiej można podsumować skłonnością do otwartości i pragmatyzmu, która korzenie ma w historii i geografii.

 

Rzeka Odra płynie bez przeszkód dalej – panta rhei; Szczecin jest dziś bardziej interesujący niż kiedykolwiek wcześniej; a astronomiczny zegar na zamku przewraca oczami ze zdumienia.

 

Tłumaczenie Konrad Miller

nv-author-image

Pierre-Frédéric Weber

Dr hab. Pierre-Frédéric Weber jest historykiem i politologiem, wykłada na Uniwersytecie Szczecińskim. W swojej najnowszej publikacji rozprawia się z fenomenem strachu przed Niemcami w Europie po 1945 r. ("Timor Teutonorum")

1 myśl na “Szczecin: Od peryferii do przygranicznej metropolii”

  1. Pingback: | FORUM DIALOGU | Tematy z Niemiec i Polski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *