Czas egzekutywy

Koronawirus, stan wyjątkowy i kryzys populistów

 

Prawicowi populiści w Europie Zachodniej czy to Salvini we Włoszech, Le Pen we Francji, czy  Gauland w Niemczech od początku fali migracji, sprzed prawie pięciu lat, próbują sugerować, że chrześcijański Zachód znajduje się w stanie rozpadu, a „stare“  partie są przegniłe, wyczerpane i niezdolne do rządzenia. I tak przewodniczący AfD Tino Chrupalla po ostatniej klęsce wyboru premiera w Turyngii mówił o „republice bananowej“ i „wypowiedzeniu wojny parlamentaryzmowi przez państwo starych partii“. W ten sposób Alternatywa dla Niemiec zamierza stworzyć wrażenie kraju pogrążonego w chaosie  i znajdującego się na skraju wojny domowej, aby tak wzmocnić swe żądanie autorytarnego kierowania państwem.

 

Nowa prawica w celowy sposób próbuje szerzyć strach i panikę przed rzekomą utratą kontroli, spowodowaną zalaniem kraju przez obcy żywioł, a co poniektórzy intelektualiści ochoczo przygotowują dla niej odpowiednie argumenty. „Rząd niemiecki w akcie rezygnacji z suwerenności sam wydał się na pastwę obezwładnienia“, jak już w 2016 r. alarmistycznie pisał Peter Sloterdijk w „Cicero“. „Teraz to uchodźca decyduje o stanie wyjątkowym“, pouczał Sloterdijk tonem, w którym słychać było wyraźne konotacje z myślą Carla Schmitta, teoretyka myślenia w kategoriach przyjaciel-wróg.

 

„Ten, kto decyduje o stanie wyjątkowym, jest suwerenny“, tak brzmi najważniejsze być może zdanie tego „czołowego prawnika Trzeciej Rzeszy“. Stan wyjątkowy – to decydujące słowo dla dawnych i nowych prawicowych krytyków istniejącego parlamentaryzmu i państwa opartego na partiach politycznych. A ten, kto twierdzi, że uchodźca decyduje o stanie wyjątkowym, insynuuje, iż państwo faktycznie zrezygnowało ze swego monopolu władzy i wydało kraj na pastwę chaosu.

 

W tych dniach jednak widzimy, jak bardzo cała ta gadanina o stanie wyjątkowym spowodowanym kryzysem uchodźczym ma jeden tylko cel, a mianowicie szerzenie paniki. Nawet, jeżeli w Niemczech integracja ogromnej liczby ponad miliona przyjętych uchodźców niezupełnie się jeszcze udała, ani też nie zakończyła, nie może być przecież mowy o chaosie w kraju.

 

Jednocześnie od momentu wybuchu pandemii koronawirusa rzeczywiście doświadczamy, co oznacza stan wyjątkowy – i kto o nim decyduje.

Od tygodnia dawny stan normalności w Niemczech należy już do przeszłości. Szkoły i przedszkola zostały zamknięte, tak samo jak  lokale, kawiarnie,  a także większość małych i dużych sklepów oraz znaczna część instytucji publicznych. To faktycznie oznacza stan wyjątkowy. Tym samym na czas nieokreślony zamiera całe życie publiczne. Przeżywamy właśnie cezurę o przełomowym znaczeniu. A kto o tym zadecydował? Właśnie owo – zdaniem AfD –  zupełnie bezsilne, niezdolne do rządzenia państwo, i to w całkiem rozsądny sposób.

 

Podczas gdy prezydent Francji Emmanuel Macron mówi już o „wojnie“ z koronawirusem, pani kanclerz w pierwszym orędziu telewizyjnym swego 15-letniego już urzędowania (pomijając coroczne orędzia noworoczne) podkreśliła powagę wyjątkowej historycznej sytuacji, apelując do społeczeństwa, by stosowało się do radykalnych środków. Ponadto niektóre kraje związkowe ogłosiły już przewidziany w ustawie stan katastrofy.

 

Widać po tym, że w czasach kryzysu egzystencjalnego prawem i przywilejem państwa jest i pozostaje sięganie po szczególne środki, w celu zagwarantowania bezpieczeństwa, porządku, a przede wszystkim przeżycia swych obywatelek i obywateli.

 

To ironia historii, nagle faktycznie pojawił się stan wyjątkowy, zaklinany od dawna przez nową prawicę – i mało kto odczuwa brak AfD, lub mało kto przypisuje jej w tym egzystencjalnym kryzysie jakiekolwiek poważne znaczenie. Potwierdzają to raczej marne wyniki prawicowych populistów w bawarskich wyborach samorządowych.

 

Ta wyraźna zmiana nastrojów ma jeden zdecydowany powód. W każdym wielkim kryzysie zawsze wybija godzina władzy wykonawczej, kiedy to społeczeństwo gromadzi się wokół swego rządu. Czasy kryzysu to czasy energicznych działaczy i menadżerów zarządzających kryzysem, a nie czarnowidzów, którzy tylko szkalują Republikę Federalną, nie mając jednak w zamian nic konkretnego do zaproponowania.

 

Mówiąc inaczej, tak długo, jak nie nastąpił prawdziwy kryzys, można sobie, nie narażając się na niebezpieczeństwo, z pełnym przekonaniem imaginować, że znajdujemy się w stanie wyjątkowym, i fantazjować o upadku cywilizacji Zachodu. Jak to ujął Frank Böckelmann, niegdyś lewicowy publicysta, który już dawno skręcił na prawo: w kwestii imigracji chodzi ni mniej, ni więcej tylko o „istotę Republiki Federalnej“. I dalej twierdził, iż ruchy uchodźcze przyspieszają „kulturalne wyjałowienie Ziemi“.

 

Cóż za apokaliptyczna przesada. Dziś rzeczywiście doświadczamy, czym jest kulturalne wyjałowienie: absolutne zakazy wychodzenia z domu poza tym, co naprawdę niezbędne, nawet daleko idące wstrzymywanie wszelkich kontaktów ze światem zewnętrznym. Zachowaj odległość – tak brzmi hasło na dziś. Tym samym w sposób radykalny zakończono dokładnie to, co stanowi istotę naszych nowoczesnych, demokratycznych społeczeństw, a mianowicie kontakty socjalne i wymianę we wszelkich wymiarach – kulturalnym i politycznym, nie mówiąc już o sportowym i rozrywkowym. Formułując to dosadnie można by powiedzieć, że człowiek jako istota towarzyska, jako animal sociale i zoonpoliticon, istnieje już tylko śladowo i w maksymalnie ograniczonej mierze.

 

W pewien sposób właśnie dzięki temu dzisiejszy populizm i jego gra ze strachem przed stanem wyjątkowym, okazuje się zjawiskiem luksusowym. Koronawirus pokazuje nam, że trzeba móc sobie pozwolić na populizm i wywoływane przez niego obawy. Gdy natomiast w grze faktycznie chodzi o wszystko, a kryzys nie tylko stoi przed drzwiami, ale jest już w środku naszego pokoju, to wtedy zamiast scenariuszy katastrof i teorii spiskowych wymagane są energia do działania i zaufanie. I wtedy wyborcy powracają do wielkich partii ludowych, odwracając się od populistów i ufając w sprawdzone siły.

 

Tym samym mści się też podła radość AfD z fiaska w Turyngii. W ostrym świetle ukazał się tu cały, czysto destrukcyjny brak zasad populistów. Ktoś, kto jak Björn Höcke i spółka z rozkoszą ośmiesza demokrację, ciesząc się potem jeszcze swą „konstruktywnie-destrukcyjną strategią“ – „jak posadzić na krześle kogoś w Turyngii w taki sposób, by w Berlinie komuś innemu podciąć nogi od krzesła“ – ten nie powinien się dziwić, że obywatelki i obywatele w sytuacji kryzysowej nie mają zaufania do kompetencji populistów w kwestii opanowywania kryzysów.

 

Na dodatek, jakby tego jeszcze było mało, właśnie teraz szef Urzędu Ochrony Konstytucji Thomas Haldenwang absolutnie słusznie zaklasyfikował „skrzydło“ AfD jako skrajnie prawicowe – również ze względu na podżegające do nienawiści wypowiedzi jego przywódców Björna Höckego i Andreasa Kalbitza, którzy nigdy nie ukrywali swej pogardy dla instytucji demokratycznych.

 

Tym samym spowodowany koronawirusem aktualny stan wyjątkowy okazuje się prawdziwą szansą dla rządzących, by przy pomocy zdecydowanej polityki zabrać prawicowym populistom wiatr z żagli, odbierając im jednocześnie podczas następnych wyborów wiele głosów. Każdy kryzys o tym wymiarze jest dla rządów ogromną próbą wytrzymałości. Jednocześnie, szczególnie w porównaniu z populistami, wzrastają jego szanse na zbudowanie własnego wizerunku.

 

Gwoli przypomnienia: późniejszy kanclerz Helmut Schmidt ugruntował swą reputację twardego menadżera w sytuacjach kryzysowych, gdy jako młody senator ds. policji brawurowo poradził sobie z powodzią w Hamburgu w 1962 r., dzięki ogromnej zdolności podejmowania szybkich decyzji. Tak samo dziś kryzys koronawirusa dla takiego ministra zdrowia jak Jens Spahn oznaczać może przełom na drodze do zdobycia zupełnie nowego autorytetu, tak samo jak i dla wszystkich premierek i premierów krajów związkowych, którzy od Północy po Południe i od Wschodu po Zachód przejęli odpowiedzialność za losy swych landów.

 

Tym samym koronawirus już teraz osiągnął pozytywny efekt edukacyjny. W końcu w demokracji – co bardzo celnie i wyraźnie pokazuje kryzys – liczy się świadome i odpowiedzialne rządzenie, osiągające rozsądne rezultaty. Jak również zrozumienie i gotowość do wykonywania rozporządzeń ze strony społeczeństwa obywatelskiego. „Od czasów II wojny światowej nie było większego wyzwania dla naszego państwa, w którym solidarność odgrywałaby tak wielką rolę“, stwierdziła pani kanclerz w swym orędziu do narodu. Teraz społeczeństwo musi udowodnić, że naprawdę jest wspólnotą solidarną, przez stosowanie się obywatelek i obywateli do rozporządzeń rządu w celu ochrony osób starszych i chorych.

 

To leży w naszych rękach, na koniec to my wszyscy zadecydujemy o powodzeniu lub niepowodzeniu podjętych działań – a tym samym o powodzeniu wybranych demokratycznie rządów. Gdyż nic bardziej nie wzmacnia populistów niż słabość demokratów. I odwrotnie, każde sprawdzenie się demokratycznych rządów, jeżeli są one w stanie dać dowód swej energii do działania, jest jednocześnie zwycięstwem nad populistami. W ten sposób nasze demokracje mogłyby wyjść z wielkiego kryzysu nawet wzmocnione.

 

 

nv-author-image

Albrecht von Lucke

Albrecht von Lucke, ur. 1967, jest z wykształcenia prawnikiem i politologiem, a obecnie redaktorem "Blätter für deutsche und internationale Politik", największego polityczno-naukowego miesięcznika niemieckiego obszaru językowego (www.blaetter.de). W 2015 r. ukazała się jego książka "Die schwarze Republik und das Versagen der deutschen Linken" (wydawnictwo Droemer, Monachium 2015). (Czarna Republika i porażka niemieckiej lewicy)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *