Do zmierzchu Zachodu jeszcze daleko

„Pogłoski o mojej śmierci są mocno przesadzone” – Mark Twain

 

Jeśli nawet na corocznej Konferencji Bezpieczeństwa w Monachium, na tym harcerskim zjeździe praworządnych polityków (i niektórych autokratów), mówi się o Westlessness, czyli o „spadku znaczenia Zachodu”, to z Zachodem musi być naprawdę kiepsko. W czasach, kiedy rządy sprawują Trump i Putin, a Chiny prężą muskuły, kiedy nasilają się napięcia transatlantyckie i tendencje autorytarne wewnątrz Unii Europejskiej – faktycznie trudno jest uwierzyć w pozytywną przyszłość Zachodu. W końcu minęły już całe dekady od momentu, kiedy w 1989 r. wybiła chwila wolności. Zewnętrzna konkurencja i wewnętrzne konflikty sprawiają, że liberalna demokracja, która w latach 90. minionego stulecia odniosła ponoć zwycięstwo na polu rynkowo-gospodarczym, obecnie wydaje się tkwić w egzystencjalnym kryzysie. Skąd zatem wziąć optymizm?

 

W tej sytuacji zalecam wykonać cztery następujące kroki: krótko przypomnieć sobie, czym naprawdę jest Zachód; poddać realistycznej analizie obecną sytuację; spytać o przyczyny; a na koniec przytoczyć kilka dobrych powodów, dlaczego w XXI wieku wciąż warto wierzyć w przyszłość Zachodu.

 

Czym właściwie jest Zachód?  

Zachód jest przede wszystkim projektem normatywnym, mówi historyk Heinrich August Winkler z Berlina, mając tym samym na myśli wytyczne, idealny model, według którego mierzy się rzeczywistość, ale którego nigdy nie można w pełni osiągnąć. Zachód zbudowany jest niejako na trzech wzgórzach: Golgota (wiara, ale i równość ludzi), Akropol (rozum, ale i zwątpienie), Kapitol (prawo i w konsekwencji rządy prawa). W perspektywie historycznej to właśnie stąd wziął się dualizm władzy duchowej i świeckiej, odkrycie jednostki o niezbywalnych prawach, podział władzy – czyli demokracja liberalna, wiara w postęp i wątpliwości co do postępu, aż w końcu koalicja przeciwko Wilhelmowi i Hitlerowi, NATO oraz integracja europejska. Zachód zawsze walczył z samym sobą, począwszy od Napoleona (czyli dyktatury wojskowej). Jednak Zachód posiada zdolność autokorekty, która stała się jego elementem konstytutywnym.

 

Gdzie jest problem? 

Obecny kryzys Zachodu można uchwycić na podstawie trzech wydarzeń z pierwszych dwóch dekad XXI wieku: terrorystyczne ataki 11 września 2001 r. oznaczały koniec globalnego postępu liberalnej demokracji; początek globalnego kryzysu finansowego w 2008 r. oznaczał koniec nieokiełznanego globalnego kapitalizmu; kryzys migracyjny w 2015 r. oznaczał koniec globalizacji  świata bez granic. Im więcej ludzi na świecie skłaniało się ku alternatywom wobec zachodniego modelu gospodarczego i społecznego, tym bardziej na Zachodzie rosła niepewność co do tego, co Timothy Snyder określił jako „polityka nieuchronności”, czyli nieodwracalny rozwój ludzkości w kierunku rynkowej demokracji, któremu sprzyja globalizacja. Historyk z Yale przeciwstawia ten proces autorytarnej „polityce wieczności”, w której chodzi tylko o ciągle zmieniające się interesy narodowe, a historia przebiega w sposób cykliczny. Snyder pokazuje również, jak ten światopogląd rozprzestrzenia się od wczesno-putinowskiej Rosji, przez umacniający się w Europie populizm, aż po Amerykę Donalda Trumpa. Jednocześnie w ciągu ostatnich trzydziestu lat nastąpiło przesunięcie sił gospodarczych, politycznych i ostatecznie również militarnych z regionu atlantyckiego na Pacyfik, nie tylko w związku ze wzrostem znaczenia Chin, ale także takich krajów jak Turcja, Indie i Indonezja. W ten sposób klasycznie pojmowany, geograficzny Zachód stracił na znaczeniu. Podczas gdy jeszcze 20 lat temu Chiny dawały nadzieję, że w wyniku otwierania się tego kraju na świat może on przekształcić się w jakąś „demokrację z chińską twarzą”, to w ostatnich latach okazało się, że następuje rzecz odwrotna: Chiny stają się coraz bardziej autorytarne, rozwijając się jako gospodarcze, technologiczne i wojskowe mocarstwo. Coraz śmielej Chiny ingerują w „sprawy wewnętrzne” zachodnich krajów, gdy widzą, że ich strategiczne interesy są naruszane. Jeszcze bardziej rażący jest przypadek Rosji, która przez ostatnie 20 lat rządów Putina z partnera strategicznego i przyszłego członka Zachodu przeistoczyła się w hybrydowego agresora.

 

Do tego dochodzą zagrożenia wewnętrzne. Na Zachodzie, a także w samej Unii Europejskiej, w ciągu ostatnich dziesięciu lat umocnił się pewien rodzaj kontr-zachodu, który przejął władzę w takich krajach jak Polska i Węgry i raczej nie odda jej tak szybko. Są to identytaryści, populiści i narodowi konserwatyści, którzy już nie definiują Zachodu według zasad powszechnych praw człowieka i liberalnej demokracji, ale według kryteriów etnicznych, kulturowych i religijnych.

 

Przykład: amerykańska dziennikarka Anne Applebaum, w swoim wymownym opisie konferencji poświęconej narodowemu konserwatyzmowi, która odbyła się w Rzymie na początku lutego 2020 r., przedstawiła polityczno-intelektualny szwindel, jakiego dokonuje się na spuściźnie Reagana, Thatcher i papieża Jana Pawła II. Te ikony liberalnego porządku świata zostały zaprzęgnięte w proces odchodzenia od NATO i Unii Europejskiej. Sojusze oparte na wartościach i ponadnarodowa integracja przedstawiane są jako instrumenty wyzysku „czystych narodów” przez zglobalizowane elity. Viktor Orbán w taki sam sposób przekształca chrześcijańską demokrację (antynarodowy ruch oparty na rządach prawa i zaangażowany na rzecz powszechnych praw człowieka) w nieliberalny projekt, zmierzający do stopniowego demontażu mechanizmu checks and balances. Zagrożenia zewnętrzne i wewnętrzna erozja Zachodu coraz częściej idą w parze.

 

Jak sprawy mogły zajść tak daleko?

Po pierwsze, retoryka końca historii (Francis Fukuyama) zawiera w sobie pychę, czyli przekonanie o ostatecznym triumfie Zachodu nad wszystkimi możliwymi alternatywami. Jest to pewien niedowład wyobraźni, który prawie bezkrwawe zwycięstwo w zimnej wojnie przetransponował na resztę świata. W konsekwencji dochodzi do nadużycia liberalnych wartości (liberal overreach): od przejawów nietolerancji w zachodnich ośrodkach do ujednolicenia niemieckich mediów publicznych na politycznie poprawną modłę. Liberalizm sam w sobie stał się pod pewnymi względami nieliberalny. Jednak to nadużycie wartości – samych w sobie uzasadnionych – nie da się w żaden sposób porównać z kolektywistycznym i propagandowym charakterem mediów publicznych w dzisiejszej Polsce i na Węgrzech, nie mówiąc już o relatywizacji rzeczywistości, fake newsach i wojnie informacyjnej w autorytarnych mocarstwach, takich jak Rosja czy Chiny.

 

Pomimo całej tej niebezpiecznej siatki antagonistów Zachodu, trzeba jednak jasno powiedzieć, że nie ma czegoś takiego jak nacjonalistyczny internacjonalizm. Zwolennicy identaryzmu i autorytaryzmu mogą jednoczyć się w brutalnej retoryce antyelitarnej i piętnować polityczną poprawność jako dyktaturę poglądów. Nacjonaliści z takich krajów jak Polska i Węgry, USA i Brazylia, mogą się ze sobą dogadywać. Jednakże nacjonaliści z sąsiednich krajów o bolesnej historii, takich jak Polska i Niemcy, Węgry i Rumunia (w Europie jest ich pełno) nie będą w stanie wypracować pozytywnego wspólnego programu.

 

Jeśli chcemy utrzymać pokój oraz dobrobyt na świecie, to koncepcja My country first jest nie do utrzymania. Przez całe wieki próbowaliśmy dzielić świat na wielkie mocarstwa i strefy wpływów – z dobrze znanymi konsekwencjami. Natomiast przyjrzawszy się uważniej, to model biznesowy nowych władz autorytarnych polega właśnie na tym, że istnieje jeszcze szereg krajów, które funkcjonują zgodnie z klasycznymi zasadami liberalnej demokracji i multilateralizmu. Na przykład, jeżeli wszystkie rządy w UE miałyby postępować tak jak Viktor Orbán, to koniec UE nastąpiłby w ciągu kilku lat. Wyobraźmy sobie, że w Radzie UE w kwestiach polityki zagranicznej oprócz rządu węgierskiego z prawa do weta korzysta nagle pozostałych 26 krajów; albo że „konsultacje narodowe” z towarzyszącym im populizmem, które obecnie na Węgrzech są już stałym elementem systemu politycznego, przeprowadza się w północnych państwach członkowskich na temat strefy euro lub na temat transferów finansowych do krajów z południa.

 

Co zatem musi się stać? 

Najważniejsze, aby nie poddawać się nowym autorytarnym władzom, czy to w Pekinie, czy w Budapeszcie, co oznacza, że trzeba twardo się bronić i stosować skuteczne manewry odstraszające, ale przede wszystkim wzmocnić odporność na zagrożenia hybrydowe. Na poziomie globalnym „istniejący Zachód” musi szukać nowych sojuszników, a na gruncie wewnętrznym skuteczniej walczyć z autorytaryzmem i konserwatyzmem narodowym – nie zapominając, że koniec historii nie nastąpi tak szybko. To ostatnie należy do klasycznych zadań społeczeństwa obywatelskiego, tzn. partii, ruchów i sieci kontaktów. Partie obywatelskie nie muszą zmierzać w lewą, ani w prawą stronę; muszą wystawiać charyzmatycznych kandydatów i lepiej się komunikować. Unia Europejska powinna wykazać więcej kreatywności w monitorowaniu rządów prawa, ale ani o milimetr nie powinna odbiegać od zasad ustanowionych w traktatach.

 

Demokracja liberalna musi też być ciągle czujna i zwalczać nierozłącznie związane z nią tendencje nieliberalne. Przede wszystkim jednak, nawet jeśli Donald Trump wygra kolejne wybory, nie powinniśmy popełniać tego samego błędu percepcyjnego, co przed pierwszymi wyborami i przed referendum na temat Brexitu, czyli zakładać, że obecna tendencja jest jedyną z możliwych. Nie istnieje takie prawo natury, według którego inicjatywa należy wyłącznie do wewnętrznych i zewnętrznych wrogów Zachodu.

 

Dwie refleksje na koniec 

W obecnym kryzysowym nastroju warto czasami spojrzeć w dal. Dlaczego setki tysięcy często młodych ludzi w miejscach geograficznie odległych od Zachodu, takich jak Moskwa, Caracas czy Hongkong, narażają osobistą wolność, fizyczną nietykalność, a czasami nawet życie, w imię swobód obywatelskich, które ponoć są reliktem XX wieku? Zachód może być osłabiony u siebie, ale patrząc globalnie, to nadal tkwi w nim dużo życia.

 

Zachód ma niesamowitą, a w oczach przeciwników niepokojącą zdolność do regeneracji w najmniej spodziewanych momentach. Przecież wydawało się, że w XX wieku Zachód już raz dotarł do swego kresu, kiedy Oswald Spengler wieścił zmierzch Zachodu, który zdyskredytowany jako gospodarka rynkowa i liberalna demokracja, sprawiał wrażenie starego i zmęczonego, a autorytarne i totalitarne ruchy na lewicy i na prawicy wyglądały na świeże i pełne energii. Ówcześnie wydawało się, że przyszłość nie należy do zwolenników praw indywidualnych, ale do sił, które kolektyw (naród lub wspólnotę narodową) stawiały ponad wszystko inne; do przywódców i ruchów, które odrzucały niestabilność demokracji partyjnej i postrzegały niezależne instytucje jako ograniczenie woli społecznej – tak jak to czynią dziś wszyscy autorytarni politycy, od Xi Jinpinga po Władimira Putina i Wiktora Orbána. Pamiętamy, jak zakończył się ten pierwszy okres słabości na Zachodzie: najgorszą wojną w historii ludzkości, po której nastąpił wyjątkowy sukces w drugiej połowie stulecia. Jeżeli nie pozostaje nic innego, przynajmniej to powinno dawać nam nadzieję.

 

Tłumaczenie Konrad Miller

 

 

nv-author-image

Roland Freudenstein

Dyrektor polityczny Centrum Studiów Europejskich im. Wilfrieda Martensa

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *