Mission Impossible: PiS i niemiecka soft power w Polsce po 1989 r. – odpowiedź na artykuł Witolda Jurasza

Swoim zmasowanym atakiem na niemiecką soft power Witold Jurasz wniósł niewątpliwie ważny wkład w debatę na temat działalności niemieckich polityków, dyplomatów, partii politycznych i fundacji. Problem polega na tym, że Jurasz myli się w kluczowych kwestiach.

© Zygmunt Januszewski

Po pierwsze, wynika to z faktu, że „potraktowane” przez Jurasza 30 lat stosunków polsko-niemieckich nie były w całości jego bezpośrednim udziałem i z własnego doświadczenia zna je jedynie częściowo.
Po drugie,  odnoszenie się do Niemców, którzy według Jurasza ponoszą winę za pogorszenie stosunków polsko-niemieckich, jest bardzo wygodne dla liberalnych konserwatystów w Polsce, ponieważ odwraca uwagę od ich własnych niepowodzeń.
Czuję się osobiście dotknięty przedstawionymi w artykule oskarżeniami, ponieważ bez przesady mogę stwierdzić, że uczyniłem sporo na rzecz społeczeństwa obywatelskiego, chociażby w latach 1995-2001, kiedy pracowałem jako szef warszawskiego biura Fundacji Konrada Adenauera, która w sposób szczególny budowała i pielęgnowała kontakty z liberałami, chrześcijańskimi demokratami i konserwatystami w Polsce. Jeśli więc można odnieść wrażenie, że bronię się tutaj przed bezpośrednimi zarzutami pod moim adresem, to wrażenie takie jest zgodne z prawdą.

Przeanalizujmy po kolei błędy Jurasza:

 

Błąd nr 1: Twierdzenie, że po 1989 r. Niemcy skoncentrowały się na liberalnej inteligencji i postkomunistach.
Twierdzenie to jest ewidentnie fałszywe, co po części wytłumaczyć można faktem, iż w 1989 r. Witold Jurasz miał 14 lat i ówczesne stosunki polsko-niemieckie zna raczej z drugiej ręki. To, co Jurasz nazywa „liberalną inteligencją”, obejmowało wówczas różnorodny krajobraz polityczny, na który składały się siły związkowo-socjaldemokratyczne, lewicowo-liberalne, gospodarczo-liberalne, centrystyczne, katolicko-intelektualne i konserwatywne. Wiele z nich wywodziło się oczywiście od inteligencji, ale jeśli chodzi o losy własnego kraju, to wszyscy byli zgodni tylko co do jednego: przyszłość Polski leży w instytucjach euroatlantyckich, czyli w UE i NATO. Pod tym podpisałby się dzisiaj nawet PiS. Oczywiście we wczesnych latach dziewięćdziesiątych istniały również intensywne kontakty między niemiecką CDU (Unią Chrześcijańsko-Demokratyczną) a Porozumieniem Centrum, poprzednikiem PiS. Osobiście brałem w nich udział. Spotkanie Jarosława Kaczyńskiego z kanclerzem i przewodniczącym CDU Helmutem Kohlem w 1991 r. miało jednak katastrofalny przebieg, i to nie z braku dobrej woli Helmuta Kohla. Wilfried Martens jako przewoniczący Europejskiej Partii Ludowej w 2004 r. podjął kolejną próbę i odwiedził Kaczyńskiego w Warszawie. Kaczyński stwierdził jednak, że nie zamierza przyłączyć się do EPL i zakończył rozmowę po kilku minutach.

 

Błąd nr 2: Twierdzenie, iż niemiecka soft power po 1989 r. była głównie dziełem polskich liberalnych „doradców”

Nie wiem, w jaki sposób Witold Jurasz doszedł do takiego wniosku. W latach dziewięćdziesiątych Polska była dla Niemców zachodnich rzeczywiście krajem stosunkowo nieznanym, a znajomość języka polskiego była mało popularna (z moim językiem polskim, którego nauczyłem się w latach osiemdziesiątych dzięki kontaktom z polskim podziemiem, stanowiłem wyjątek). Rady udzielane niemieckim politykom pochodziły jednak z różnych źródeł. Jednym z najbardziej wpływowych Polaków w Niemczech był Janusz Reiter, który zawsze był zwolennikiem kontaktów z bardziej konserwatywnymi siłami w Polsce.

 

Błąd nr 3: Twierdzenie, że niemiecka soft power nie potrafiła „wpłynąć“ na sposób myślenia polskiej prawicy.
W zasadzie jest to główne twierdzenie artykułu. Opiera się ono na założeniu, że PiS był podatny na wpływy w decydujących kwestiach swojego myślenia o Niemczech, o Europie, czy w ogóle o nowoczesności. Po tym wszystkim, co napisałem powyżej, uważam, że jest to założenie fałszywe. Jurasz całkiem trafnie opisuje bańkę komunikacyjną (jak można by się dziś wyrazić), jaką bracia Kaczyńscy stworzyli wokół siebie. Na początku lat dziewięćdziesiątych ta bańka była tak samo nieprzenikalna, jak obecnie. Zresztą podobne cechy, choć w łagodniejszej formie, przejawiało również kierownictwo AWS (Akcja Wyborcza Solidarność, sojusz wyborczy założony w 1996 roku przez przedstawicieli obozu postsolidarnościowego), skupione wokół Mariana Krzaklewskiego. Z jego otoczeniem jako przedstawiciel Fundacji Adenauera pozostawałem oczywiście w kontakcie, choć już wtedy było jasne, że AWS użyje zarzutu o sprzyjanie Niemcom nie tylko przeciwko postkomunistycznej lewicy, ale także przeciwko liberałom i liberalnym konserwatystom.
Dla PiS i jego poprzedników walka z Niemcami była i jest decydującym elementem tożsamości. Sam doświadczyłem tego w dość bolesny sposób. Zdarzało się jednak, że tymczasowi sojusznicy Kaczyńskich lub innych narodowych i konserwatywnych partii rozstawali się z nimi i z czasem zajmowali bardziej umiarkowane i konstruktywne pozycje wobec Niemiec. Myślę o takich osobach jak Kazimierz Ujazdowski, Ludwik Dorn, Michał Kamiński. Ze wszystkimi trzema miałem wprawdzie dobre kontakty, ale nie jestem na tyle arogancki, aby sądzić, że to było powodem ich przemiany. Ich rozwoju z pewnością nie można tłumaczyć niemieckimi stypendiami czy projektami.

 

Błąd nr 4: Twierdzenie, że niemieckie wspieranie demokracji w Polsce skierowane było głównie do postkomunistów i że zarzucono je w połowie drogi.
Jeśli chodzi o fundacje związane z partiami, mogę to w dużej mierze wykluczyć. Fundacja Konrada Adenauera nie wspierała żadnych postkomunistów. To samo dotyczy Fundacji Hanns Seidel, związanej z CSU. Również liberalna Fundacja Naumanna i związana z partią Zielonych Fundacja Bölla nie wchodzą tutaj w grę. Nawet socjaldemokratyczna Fundacja Eberta jeszcze w latach dziewięćdziesiątych niechętnie udzielała „wsparcia” postkomunistycznej lewicy.
Jeśli chodzi o narodowo-konserwatywne kręgi, to oczywistą rzeczą jest, że Fundacja Konrada Adenauera organizowała pobyty badawcze w Niemczech dla polskich dziennikarzy i ekspertów. Krzysztof Rak, obecnie w zarządzie Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej dzięki poparciu PiS, oraz Cezary Gmyz, obecnie korespondent TVP w Berlinie dzięki poparciu PiS, to tylko dwa prominentne przykłady. Pobyty badawcze pogłębiły ich wiedzę o Niemczech, ale nie wpłynęły na ich opinie na temat Niemiec, co można łatwo zauważyć.

 

Błąd nr 5: Twierdzenie, iż dzięki niemieckim środkom finansowym polscy politolodzy stali się „bardziej proniemieccy niż sami Niemcy”.
Żadni polscy „adwokaci Niemiec” nie mogli żyć z tego, co miały do zaoferowania niemieckie fundacje i instytucje.  Sugestie Jurasza są właściwie sporą bezczelnością wobec współpracujących z nimi ludzi. Tak jak stypendia i projekty badawcze nie zmieniły narodowo-konserwatywnych Polaków w proniemieckich sojuszników, tak Polacy o bardziej liberalnych poglądach nie potrzebowali niemieckich pieniędzy, aby reprezentować konstruktywne stanowiska wobec Niemiec.
W jednej kwestii Jurasz ma jednak rację: polityka niemieckiego rządu w ostatnich latach niezbyt troszczyła się o to, aby przekonać Polskę o korzyściach płynących z polsko-niemieckiej współpracy w Europie. Projekty takie jak gazociąg Nord Stream 2 albo postępowanie kanclerz Merkel w czasie kryzysu migracyjnego w 2015 r. rzeczywiście nie przyczyniły się do pogłębienia polsko-niemieckiej wspólnoty interesów, którą oba kraje tak imponująco rozwinęły w latach dziewięćdziesiątych.
Dlatego można stwierdzić, że niemiecka soft power w Polsce faktycznie nie była wolna od błędów. Z perspektywy czasu człowiek zawsze jest mądrzejszy. Witold Jurasz pomija jednak dwie istotne kwestie.

 

Jest rzeczą oczywistą, że niemiecka soft power zwracała się do polskiej prawicy (szeroko rozumianej) i zbudowała kontakty ze wszystkimi obozami politycznymi. Cena za partnerstwo z PiS była jednak zbyt wysoka. Nie chodziło tutaj tylko o postulat odsunięcia na bok istotnej siły politycznej (np. wypędzonych i Eriki Steinbach – co mi osobiście w ogóle by nie przeszkadzało, ale 15 lat temu było po prostu nierealne), ale o ukryte żądanie, aby następnie wykluczyć również wszystkie siły centralne i liberalne w Polsce (w UW i później PO). Naturalnie nadal nie gwarantowałoby to, że od tej pory PiS stanie się sojusznikiem, natomiast dla CDU i EPL oznaczałoby to sporą utratę substancji politycznej w Europie Środkowej.
Druga kwestia dotyczy wojny kulturowej, która w Polsce szaleje od 1989 r. (a właściwie od dwóch stuleci), czyli konfliktu między inteligencją i chłopstwem, między zglobalizowanymi elitami i ojczyźnianymi kręgami (czy jakich innych pojęć tutaj się użyje). To jest stary polski konflikt, gdzie również zawiedli właśnie liberalni konserwatyści, którzy – podobnie jak Jurasz – mają za sobą „flirt” z PiS. Jak wiadomo, niektórzy nawet zapałali do PiS gorącą miłością. Wskazując palcem na swoich bardziej liberalnych rodaków i niemiecką soft power oraz obarczając ich winą za radykalizm PiS, w rzeczywistości odwracają oni uwagę od własnej porażki.

 

 

Tłumaczenie Konrad Miller

 

nv-author-image

Roland Freudenstein

Dyrektor polityczny Centrum Studiów Europejskich im. Wilfrieda Martensa

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *