Wschód niewysłuchany. O straconych szansach na zjednoczenie Niemiec i Europy

Tamtej nocy „Oda do radości” Friedricha Schillera brzmiała euforycznie, odbierano ją wszystkimi zmysłami, dosłownie i w każdym przenośnym sensie. Niebo nad Berlinem rozświetlały fajerwerki eksplodujące na żółto, czerwono, niebiesko, pomarańczowo, w całej palecie barw i odcieni. Oczy ludzi, którzy gromadzili się pod murem berlińskim i wspinali się na ten symbol podziału, a stamtąd wędrowali dalej na wschód lub zachód, w zależności od tego, skąd przybyli i dokąd chcieli pójść – świeciły jasnym blaskiem gwiazd. Poczucie szczęścia, że podział Europy dobiega końca, wypełniało wszystkie serca. Chyba wszystkie języki świata słychać było przy Bramie Brandenburskiej podczas tej listopadowej nocy. Obcy sobie ludzie wznosili razem toasty butelkami szampana, które nosili ze sobą i szli dalej. Kroczyli po grubym dywanie, utkanym z butelek i tłuczonego szkła, niczym przez łąki eolskie. Wszystko wydawało się wtedy możliwe, entuzjazm porywał ludzi i nikt nie myślał jeszcze o zmaganiach z przyziemną rzeczywistością. To wzniosłe uczucie, które pochodziło z głębi dusz, położyło się jak werniks na powierzchni naszego kraju i nie wniknęło dogłębnie, bo nie mogło.

W międzyczasie blask zbladł. Między Wschodem i Zachodem, w Niemczech i w Unii Europejskiej narasta kryzys.

 

Trzydzieści lat po pokojowej rewolucji w Europie Wschodniej partia AfD przeprowadziła w Niemczech kampanię wyborczą do Landtagu w Brandenburgii i Saksonii pod hasłem „Dokończyć przełom”, wpisując się tym samym w tradycję epokowego przewrotu z jesieni 1989 r. Chociaż można zrozumieć oburzenie wobec próby zawłaszczania w celach wyborczych spuścizny pokojowej rewolucji, a przede wszystkim rewolucyjnego okrzyku „Naród to my”, to jednak uważny obserwator dostrzeże tutaj dwa głębsze problemy.

Najbardziej stanowczo przeciwko wykorzystywaniu przez AfD dziedzictwa pokojowej rewolucji wypowiadali się dawni obrońcy praw obywatelskich, którzy w młodości faktycznie byli aktywni i wykazywali się odwagą. Wielu z nich udziela się w partiach politycznych, więc nie mogą zająć neutralnego stanowiska w tej sprawie, lecz siłą rzeczy reprezentują swoją partię. Dlatego też ich sprzeciw rzadko odbywa się na poziomie historycznym, a częściej na poziomie partyjnym. Bardziej interesujący jest jednak drugi aspekt. Również obrońcy praw obywatelskich nie posiadają praw autorskich do haseł rewolucji, ponieważ nabrały one mocy dopiero wtedy, kiedy naród faktycznie się ruszył i wypełnił place i ulice w Lipsku,  Dreźnie,  Halle,  Magdeburgu, czy Berlinie. Odważnych, ale nie tak znowu licznych działaczy nie należy mylić z ludźmi, którzy wyszli na ulice, kiedy trzeba było zrewolucjonizować kraj. A trzeba było? Tragedia działaczy polegała być może na tym, że w dniu, w którym ludzie gromadzili się i śpiewali: „Naród to my”, rewolucja w prawdziwym tego słowa znaczeniu dopiero się rozpoczęła. Rewolucja utorowała sobie drogę, do której obrońcy praw obywatelskich wcale nie dążyli, natomiast reforma, której pragnęli ci odważni działacze, została odsunięta na bok przez prozaiczne fakty. Historia nie jest sentymentalna. NRD nie została zreformowana, nie obrano trzeciej drogi, a socjalistyczny reżim został zmieciony przez demonstrantów i tych, którzy opuścili kraj.

Hasło „Naród to my” nie należy do działaczy na rzecz praw obywatelskich, ale do narodu, należy do wszystkich ludzi. Każdy mógł, każdy może i każdy będzie mógł go używać.

ADN-ZB Gahlbeck 8.1.90 Leipzig: Montagsdemonstration
Bundesarchiv, Bild 183-1990-0108-033 / Friedrich Gahlbeck / CC-BY-SA 3.0 [CC BY-SA 3.0 de (https://creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0/de/deed.en)]

To nie przypadek, że 30 lat po wielkich demonstracjach, które zmiotły komunistyczny reżim SED i otworzyły drogę do ponownego zjednoczenia, w dyskusjach znowu pojawiają się tamte wydarzenia, jak widma przeszłości, jak zaklęta historia, ponieważ nie odbyła się wtedy żadna debata o tym, jakich wspólnych Niemiec właściwie chcą Niemcy. Zamiast tego przyłączono po prostu pięć landów do Republiki Federalnej, jak przyczepia się wagony do pociągu. Próbowano dalej pisać historię Republiki Federalnej bez żadnych przestojów. Elity NRD zostały skutecznie wykluczone i powstały miejsca pracy dla miernych osób z zachodu, którzy nie do końca mogli uwierzyć swojemu szczęściu, że znowu zostaną redaktorami naczelnymi, profesorami czy ministrami. Należy dodać, że z zachodu przybyli również eksperci z kompetencjami, którzy faktycznie wnieśli znaczący wkład w „odbudowę wschodu”. Jednakże nie bez przyczyny reportaż radia Mitteldeutscher Rundfunk pod tytułem „Do kogo należy wschód” pokazuje, że Niemcy Wschodnie nie należą do wschodnich Niemców. Wielu z nich, niezależnie od tego, czy na ulicach demonstrowali przeciwko dzierżącej władzę SED, czy oglądali demonstracje w telewizji, czy opuścili NRD przez Węgry, przez Pragę czy później przez otwartą granicę, musiało z dnia na dzień przystosować się do nowej rzeczywistości. Trzydzieści lat później okazało się, że faktycznie zorganizowali sobie nowe życie; odnaleźli się w Republice Federalnej, aby stwierdzić, że Republika Federalna znika. Wraz z przeprowadzką rządu do Berlina, stara Republika Federalna stała się historią. Podział Niemiec być może nigdy nie został przezwyciężony, nawet jeśli wiele osób w Niemczech Wschodnich tak uważało.

 

To właśnie umiarkowane środowisko polityczne w dawnym RFN, które wytworzyło się po 1968 r., a dla którego Toskania była bliższa niż Brandenburgia, brało wschodnim Niemcom za złe fakt, iż przestała im się podobać rzeczywistość, uznawana przez wielu kawiorowych lewicowców za lepszą wersję Niemiec, gdzie nikt osobiście nie zamierzał mieszkać, ale której istnienie dla własnego życia duchowego było nieodzowne. W tych kręgach niechęć do niemieckości od dawna należała dobrego tonu. Prowadząc debatę historyczną, występowali pod sztandarem Jürgena Habermasa i wprowadzili monopol interpretacyjny najpierw w felietonach, a potem ogólnie w mediach. Walka ruchu pokojowego przeciwko podwójnej uchwale NATO z grudnia 1979 r. stała się ich ideologią mobilizacyjną, tak jak dziś dla Zielonych jest nią klimatyczna apokalipsa ruchu „Fridays for future”. Nigdy nie byli zwolennikami zjednoczenia, jednakże niektórzy obrali strategię milczenia lub szeptali, podczas gdy inni organizowali absurdalne demonstracje pod strasznymi hasłami: „Zamknijcie się Niemcy” i „Nie zostawiaj nas samych z Niemcami”. W 1993 r. polityk partii Zielonych Jürgen Trittin w książce „Gefahr aus der Mitte: die Republik rutscht nach rechts” [Niebezpieczeństwo z centrum: republika przesuwa się w prawo] przedstawił zjednoczenie jako „przyłączenie bez konsultacji z ludnością RFN”. Jak przepastna wydaje się nienawiść autora do wschodnich Niemców, którzy wywalczyli wolność w pokojowej rewolucji, widać wcześniej w zainsynuowanym porównaniu, kiedy Trittin twierdzi, że „przyłączenie” przeprowadzono, ponieważ „ludność byłej NRD tego chciała”. W ten sposób został odnaleziony topos „prawicowych ekstremistów” z Niemiec Wschodnich, ponieważ „Anschluss” Austrii w 1938 r. przeprowadzili naziści. Trittin już w 1993 r. wypowiadał się następująco: „Republika Federalna przesuwa się w prawo”. Republika Federalna nie przesunęła się jednak w prawo, lecz niepowstrzymanie przesuwała się w lewo.

 

Kiedy w 1993 r. dramaturg Botho Strauß opublikował esej „Anschwellender Bocksgesang” [Wzbierająca pieśń kozła], a rok później na fali zjednoczenia publicyści Heimo Schwilk i Ulrich Schacht opublikowali antologię „Die selbstbewusste Nation” [Naród świadomy siebie], doświadczyli na własnej skórze, jak działa władza lewicowo-liberalnego mainstreamu. W gruncie rzeczy zamierzali zainicjować debatę, jak nowe, zjednoczone Niemcy miały się definiować jako państwo pod względem kulturowym, historycznym, jak też w aspekcie polityki wewnętrznej i zagranicznej. Debata ta została powstrzymana przez wykluczenie i zastosowanie argumentum ad hominem. Najpóźniej wtedy stało się jasne, że nowe elity nie chcą żadnych debat. Od samego początku miały one problem ze zjednoczonym narodem, dlatego nowe Niemcy wybiły się w Unii Europejskiej, zanim tak naprawdę zaistniały. W tej perspektywie rodzi się więc pytanie, czy euforyczne poparcie niemieckich elit na rzecz jak najszybszej integracji w Unii Europejskiej nie wynika z traumy zjednoczenia? Na to pytanie nie udzielono jeszcze odpowiedzi.

 

Oś polityczna w Niemczech była i jest przesuwana na lewo, wszelka krytyka demonizowana jako „przesunięcie na prawo”, a sami krytycy demaskowani jako prawicowcy niezależnie od ich politycznych poglądów, ponieważ „prawica” jest obecnie używana jako synonim „skrajnej prawicy”. Wiceprzewodniczący CDU, Armin Laschet, stwierdził w wywiadzie dla gazety  Frankfurter Allgemeine Sonntagszeitung, że celem CDU nie może być „ogarnięcie wszystkiego, nawet programowo, co znajduje się na prawo od politycznej lewicy”. Ale na prawo od politycznej lewicy znajduje się centrum. Trudno sformułować to jaśniej niż Laschet: „Walka z prawicą” jest w rzeczywistości walką z centrum politycznym, ze wszystkim, co znajduje się „na prawo od lewicy politycznej”.

 

Ponieważ zwolennicy polityki umiarkowanej nie mogli powstrzymać zjednoczenia, to przynajmniej dzięki medialnemu wsparciu udało im się nie dopuścić do powstania wspólnej narracji, mitu założycielskiego. Nie istnieje żadna jednocząca narracja, której potrzebuje każda wspólnota, jeśli chce być wspólnotą. Jedność zaczyna się w zasadzie od wspólnej narracji, legendy założycielskiej albo mitu, tym bardziej że w wyniku perturbacji historycznych nagromadziło się duże poczucie obcości.

 

W przeciwieństwie do Niemców z RFN, Niemcy w NRD nie doświadczyli błogosławieństw planu Marshalla, lecz „przyjemności” rządów komunistycznych. Doświadczenie to dzielą z Polakami, Czechami, Słowakami, Węgrami, Rumunami, Bułgarami. Do dzisiaj w Niemczech Wschodnich panuje jeszcze silne poczucie więzi właśnie z Polską, Czechami, Słowacją, Węgrami i Rumunią. Oprócz historii narodowej wschodni Niemcy posiadają również historię życia w czasach sowieckiego imperializmu i jego rodzimych satrapów.

Doświadczenie wschodnioniemieckiej dyktatury oraz wschodnioniemiecka świadomość, wynikająca z faktu, że wolność i demokracja zostały wywalczone, a komunizm obalony w rewolucji, nie zapisały się w tożsamości zjednoczonych Niemiec.

 

W 1990 r. powinna rozpocząć się dyskusja, jaki mit założycielski ma przyświecać nowym, zjednoczonym Niemcom. Fakt, iż zjednoczenie zostało przeprowadzone zgodnie z art. 23, a nie zgodnie z art. 146 ustawy zasadniczej, był ważny z dwóch powodów. Po pierwsze, nikt nie wiedział, jak długo będą otwarte drzwi dla zjednoczenia Niemiec, więc z politycznego punktu widzenia rozsądnie było przeprowadzić je szybko. Rozpoczęcie procesu konstytucyjnego kosztowałoby natomiast wiele czasu. Po drugie, biorąc pod uwagę wysoką jakość ustawy zasadniczej, nie było potrzeby zastępowania jej nową. Niezależnie od tego konieczne byłoby jednak przeprowadzenie poważnej debaty o tym, w jaki sposób zjednoczony naród postrzega siebie, jakie są jego tradycje, zamiast trzymać się sztywnej konstrukcji patriotyzmu konstytucyjnego.

 

Patriotyzm to miłość do ojczystego kraju, którego jednym z uwarunkowań jest ustawa zasadnicza, ale do którego należą ponadto historia, tradycja i kultura. Udane pojednanie wymagałoby wspólnej podstawy dla tego patriotyzmu. Cóż takiego byłoby lepszym, przydatniejszym, trwalszym i spójniejszym mitem założycielskim dla nowych Niemiec niż pokojowa rewolucja jako dopełnienie Wiosny Ludów z 1848-1849? Czy istnieje piękniejszy patos wolności niż nieuzbrojeni ludzie, którzy używając haseł „Naród to my” oraz „Bez przemocy”, wyszli na ulice przeciwko uzbrojonej po zęby władzy państwowej? Czy wolność nie powinna być elementem łączącym Niemców na wschodzie i zachodzie, na południu i północy? Czy ten mit założycielski nie umożliwiłby optymistycznego, skierowanego w przyszłość spojrzenia?

 

A w Europie? Czy Unia Europejska podobnie nie zrezygnowała z tego, aby się na nowo zdefiniować, zamiast dołączać do pociągu kolejne wagony? Czyż Unia Europejska nie utknęła w kryzysie, ponieważ w Brukseli, Paryżu i Berlinie popełniono ten sam podstawowy błąd, co wcześniej w Niemczech? Cały problem tkwi w pojęciu „rozszerzenie na wschód”. Zachodowi chodziło o rozszerzenie strefy własnych wpływów gospodarczych i najwyraźniej o nic więcej. Czyż nie należało również rozpocząć wielkiej debaty na temat mitu założycielskiego nowej Europy, która nie była już podzielona murem? Czy istnieje bardziej wzniosła narracja niż ta o samowyzwoleniu narodów Europy Środkowej i Wschodniej? Czyż to nie byli wschodni Niemcy, którzy otworzyli drzwi do ponownego zjednoczenia, czyż to nie byli wschodni Europejczycy, którzy wyważyli wszystkie drzwi do Europy Zachodniej, aby Wschód i Zachód mogły stać się Europą? Czy ta trudna i ofiarna droga nie zaczęła się w Polsce w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku, po tym jak wszyscy doświadczaliśmy ucisku? Czyż nie zostaliśmy porzuceni przez Zachód w 1953 r., w 1956 r. i w 1968 r.? Czyż nie byliśmy świadkami, jak wolność została podporządkowana racji stanu, tak jak dziś Berlin milczy na temat wydarzeń w Hongkongu, ponieważ stosunki handlowe z Chinami są ważniejsze niż walka o wolność tego regionu?

 

Odnosi się wrażenie, że istnieje Europa młoda i stara. Młoda Europa wydaje się być na południu i wschodzie, stara natomiast na zachodzie. W międzyczasie Polska, Węgry i Czechy również stały się państwami odnoszącymi sukcesy gospodarcze, które mogą być dumne ze swoich osiągnięć i wyników, dlatego prezentują się w Europie z pewnością i świadomością siebie, którą ciężko wypracowały w ciągu ostatnich dziesięcioleci. Nadszedł czas, aby zapoczątkować refleksję nad prawdziwym kształtem Europy i Niemiec, jeśli chcemy przezwyciężyć izolację. Kosmopolityzm musi być uszlachetniony przez geografię. Europa może wyłonić się jedynie ze swoich regionów i narodów, tak jak o Europie ojczyzn mówił kiedyś Charles de Gaulle. Potrzebny jest mit założycielski, na który składa się wolność, pamięć o pokojowej rewolucji z 1989 r., która obaliła ów mur dzielący Europę. W tej rewolucji wywalczono wolność jednostki, a także prawo narodów do samostanowienia.

Wyparte debaty z lat 1989-1990 powracają z wielką siłą. Uczynilibyśmy dobrze, przeprowadzając je teraz.

 

nv-author-image

Klaus-Rüdiger Mai

Klaus-Rüdiger Mai, doktor filozofii, pisarz i publicysta. Studiował germanistykę, historię i filozofię, autor licznych biografii, książek popularnonaukowych z zakresu historii, esejów, recenzji, felietonów politycznych i powieści.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *