Dialog na polu minowym

Filozofia rządów Mazowieckiego polegała na wprowadzaniu głębokich zmian w państwie przy uszanowaniu pozycji dawnego przeciwnika, czyli komunistów. Zdaniem wielu, była to nadmierna ostrożność, Mazowiecki jednak chciał, by w budowę nowej Polski wciągnięto wszystkich, a nie tylko zwycięski obóz. Miał ku temu podstawy.

 

Gdy Lech Wałęsa z pomocą Jarosława Kaczyńskiego przekonał ZSL i SD, czyli partie „satelickie”, lojalne do tej pory wobec PZPR, by stworzyły rząd z „Solidarnością” i gdy wskazał jako kandydata na premiera Tadeusza Mazowieckiego, wydawać by się mogło, że nic nie stoi na przeszkodzie, by zupełnie odsunąć komunistów od wpływu na państwo. Sejmowa arytmetyka na to pozwalała. Mazowiecki uważał jednak, że siła polityczna, która wciąż kontroluje resorty siłowe i administrację w państwie nie może być w opozycji. Wcześniej czy później ulegnie ona pokusie, by sięgnąć po władzę. Stąd starania, by wciągnąć do rządu ludzi partii – i to takich, jak gen. Czesław Kiszczak, którzy kilka lat wcześniej wsadzali opozycjonistów do więzień. Mieli oni gwarantować spokój i zabezpieczać reformy przed jakąś niespodziewaną rewoltą.

Dziś można się spierać, czy pierwszy niekomunistyczny premier zbyt długo nie polegał na współpracy z komunistami, trudno jednak zaprzeczyć, że współpraca ta była konieczna.

 

Bagaż czy balast?

Ludzie zawsze obejmują stanowiska z pewnym bagażem wyniesionym z wcześniejszych doświadczeń. Nie inaczej było z Mazowieckim. W chwili obejmowania rządu miał już 62 lata. Pamiętał wojnę, pamiętał czasy stalinizmu (sam wtedy uwikłał się w romans z koncesjonowanym stowarzyszeniem PAX), pamiętał wreszcie rok 1956 – wydarzenia, które rozegrały się w Polsce ale i na Węgrzech. Widział pobitych studentów w 1968 r., był na Wybrzeżu po zajściach Grudnia 1970, wreszcie miał świeżo w pamięci doświadczenia karnawału „Solidarności” i potem stanu wojennego. Miał też sporo trudnych doświadczeń osobistych – choćby śmierć dwóch żon. Wszystko to sprawiało, że był, powiedzmy, bardzo ostrożny wobec rzeczywistości. Optymistą na pewno nie był.

 

Doświadczenia wyniesione z młodości często są najważniejsze. Mazowiecki w pierwszych dekadach swego życia, widział dużo rozlanej krwi. W Październiku 1956 r. cieszył się ze zmian, jakie zaszły w Polsce, jednocześnie zdawał sobie sprawę, że niewiele brakowało, a nad Wisłą polałaby się krew tak, jak na Węgrzech. Zapamiętał, że zmiany wymusiło przede wszystkim liberalne skrzydło w partii, a więc, że są w niej siły, z którymi można prowadzić dialog. Sam przecież flirtował z komunizmem, trudno więc, by potem uważał, że po drugiej stronie barykady są tylko ludzie bezwartościowi.

 

Zaraz potem, w roku 1957, odwiedził Wiedeń. Austria była wówczas jedynym krajem, z którego Armia Radziecka wyszła po dobroci. Wymagało to współpracy wszystkich sił politycznych tego kraju. Mazowiecki był pod dużym wrażeniem owej współpracy.

Z trudnych lat 1968-1970 wyniósł lekcję, że niewiele potrzeba, by wywołać tragiczny w skutkach kryzys, by sprowokować rozlew krwi. To właśnie decydowało o jego ostrożnej postawie podczas strajków  w gdańskiej Stoczni im. Lenina w sierpniu 1980 r., gdy doradzał robotnikom umiar i rozwagę. Jeszcze bardziej widoczne było to podczas kryzysu bydgoskiego w marcu 1981 r. – parł wówczas do porozumienia z władzami, nawet kosztem demokracji związkowej. Wprowadzenie stanu wojennego utwierdziło go w przekonaniu, że zbyt ostra gra z przeciwnikiem może skończyć się wywróceniem całego stolika. Uważał, że Polaków nie stać na beztroskie przelewanie krwi i w kierowaniu państwem najważniejsza jest odpowiedzialność.

 

Nic dziwnego, że z takimi doświadczeniami i takimi przekonaniami Mazowiecki w sierpniu i we wrześniu 1989 r. dbał przede wszystkim o to, aby nie sprowokować ludzi PZPR do jakichś nieobliczalnych kroków, by szukać w szeregach komunistów partnerów i by wciągnąć jak najwięcej sił politycznych do współpracy. Być może ktoś młodszy o dekadę czy dwie byłby mniej kunktatorski, może postępowałby śmielej – ale nikogo takiego nie było. Inni kandydaci, Bronisław Geremek i Jacek Kuroń, mimo wszystkich różnic reprezentowali podobny styl myślenia. Nikt zaś z młodszych liderów „Solidarności” nie miał takiej pozycji, jaką przez lata wypracował sobie Mazowiecki. Czy więc uznamy bagaż, z jakim Mazowiecki przychodził do gmachu Urzędu Rady Ministrów za coś cennego czy raczej za balast?

 

W obawie przed prowokacją

Już na samym początku urzędowania, 26 sierpnia, gdy jeszcze nie skompletował nawet rządu, miał okazję przekonać się, w jak trudnym jest położeniu. Generał Kiszczak poinformował go, że w Warszawie przebywa szef KGB Władimir Kriuczkow i chce się spotkać. Jakaż wspaniała okazja, by zademonstrować swój antykomunizm i odmówić spotkania z szefem okropnej organizacji! A jednak solidarnościowy premier przystał na to, by jego pierwszym zagranicznym gościem był wysłannik Kremla. Z zewnątrz wyglądało to paskudnie, uznał jednak, że dialog z potężnym sąsiadem, który wciąż ma wojska na terytorium Polski, jest konieczny. Po latach mówił o rozmowie z Kriuczkowem w jednym z wywiadów: „Przekazałem mu dwa przesłania – że będziemy państwem przyjaznym, a więc że nie muszą mieć partii komunistycznej, która by im to gwarantowała, i że będziemy państwem suwerennym. I tym zakończyłem rozmowę: decyzje będziemy podejmować w Warszawie”.

A więc deklaracja przyjaźni, ale zarazem mocne podkreślenie suwerenności w podejmowaniu decyzji.

 

Wkrótce Mazowiecki przystąpił to tworzenia rządu. Z góry zakładał, że muszą w nim być ministrowie z PZPR. I to nie byle jacy, bo generałowie Czesław Kiszczak i Florian Siwicki. Mazowiecki zdawał sobie sprawę, że PZPR choć upokorzona w wyborach 4 czerwca, ma jednak za sobą prezydenta, czyli gen. Wojciecha Jaruzelskiego oraz kilka innych atutów: członkowie PZPR obsadzali około 900 tysięcy kierowniczych stanowisk w kraju. W resorcie spraw wewnętrznych było 62 tysiące milicjantów, 24 tysiące funkcjonariuszy SB, 13 tysięcy zomowców oraz 33 tysiące żołnierzy Jednostek Nadwiślańskich i Wojsk Ochrony Pogranicza. Armia miała pod sobą 135 tysięcy samych tylko zawodowych żołnierzy. Stopień upartyjnienia w MSW i MON sięgał niemal 100 procent.

 

Dla Mazowieckiego te sfery państwa były niczym pola minowe i musiał postępować jak saper, by powoli owe miny rozbrajać. Dlatego oddał resorty siłowe generałom. Ufał, że oni nie dopuszczą np. do buntu esbeków, którzy mieli broń. Przecież jakaś prowokacja w stylu zabójstwa ks. Jerzego Popiełuszki, która mogłaby zahamować proces zmian, wydawała się realna. Jednocześnie premier miał zamysł, by później wprowadzać do tych ministerstw swoich ludzi, którzy będą je z kolei przejmować – Krzysztof Kozłowski pojawił się w MSW wiosną 1990 r. by w lipcu przejąć zupełnie resort.

 

Podobnie było z innym kluczowym ministerstwem – czyli resortem spraw zewnętrznych. O tym stanowisku myślał Bronisław Geremek, jednak Mazowiecki zdecydował się powierzyć je Krzysztofowi Skubiszewskiemu, wybitnemu znawcy spraw międzynarodowych, ale człowiekowi niekojarzonemu z opozycją, a nawet flirtującemu z władzą. Wszystko w imię spokoju oraz rozwagi i po to, by nieostrożnym ruchem nie sprowokować świeżego partnera, a niedawno przeciwnika.

 

Ulokowanie na kluczowych stanowiskach ludzi ancién regimu było też sygnałem dla trzech milionów członków partii, że także oni mogą wziąć udział w budowie nowej Polski, że nie będzie ona nikogo dyskryminować. Oczywiście nie znaczyło to, w zamyśle Mazowieckiego, bezkarności dla zbrodniarzy.

 

Mina, która wysadził rząd

Decyzje te okazały się słuszne. PZPR wspierała reformy i głosowała za najważniejszymi ustawami zmieniającymi państwo. Można spierać się, czy gen. Kiszczak, który choćby musiał wiedzieć o paleniu teczek, nie był za długo szefem MSW, ale to kwestia tygodni, najwyżej dwóch miesięcy. Gdy PZPR popadła w dezintegrację i zakończyła żywot w styczniu 1990 r., pewnie można było „przyspieszyć”, czego domagała się część obozu solidarnościowego. W tym czasie jednak wchodziły w życie reformy gospodarcze Leszka Balcerowicza i Mazowiecki nie chciał otwierać zbyt dużo frontów.

 

Błąd popełnił gdzie indziej – we własnym obozie. Gdy zostawał premierem powiedział: „mogę być premierem złym albo dobrym, ale nie będę premierem malowanym”. Słowa dotrzymał. Mazowiecki dbał, by jego rząd nie miał nad sobą nowego Biura Politycznego w postaci „Solidarności” z Lechem Wałęsą na czele. Dlatego stworzył rząd autorski nie konsultując się z Wałęsą na temat poszczególnych stanowisk i potem kierował państwem w sposób bardzo autonomiczny. O ile Bronisław Geremek, jako szef Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego, pozostawał lojalny wobec rządu  – poza nielicznymi wyjątkami – o tyle Wałęsa, który obiecał Mazowieckiemu parasol ochronny „Solidarności”, poczuł się odsunięty przez premiera na boczny tor. Aż dziw bierze, że Mazowiecki wyczulony na reakcje drugiej strony, dobrze znający przywódcę „Solidarności”, okazał się tak ślepy na kwestie ambicji Wałęsy. Formalnie oczywiście o żadnej zależności rządu od Wałęsy mowy być nie mogło, ale życie polityczne rządzi się swoimi prawami.

 

Dziś ludzie, którzy byli blisko Mazowieckiego przyznają, że brakło być może wyczucia chwili i zrozumienia dla frustracji Wałęsy. To z nim utożsamiany był upadek komunizmu, to on dostał Nobla i występował w Kongresie USA, tymczasem pozostał na uboczu w Gdańsku, a polityka przeniosła się na Wiejską i na Aleje Ujazdowskie. Człowiek o takiej konstrukcji psychicznej jak Wałęsa nie mógł pozostać bezczynny. Zwłaszcza, że nie brak było głosów zachęcających go, by wkroczył do gry.

 

Mazowiecki jednak ostentacyjnie unikał jakichkolwiek sytuacji sugerujących, że rząd w najmniejszym stopniu zależny jest od „Solidarności” i jej lidera. Wkrótce doszło do tego, że obaj politycy wręcz się unikali przy okazji publicznych wydarzeń.

 

W styczniu 1990 r. Wałęsa zaczął kampanię, początkowo delikatnego, podgryzania rządu. Coraz więcej było głosów krytyki i sugerowania, że on zrobiłby coś lepiej, szybciej, sprawniej. Zgrało się to w czasie, gdy społeczeństwo zaczęło odczuwać bolesne skutki „terapii szokowej” w gospodarce i nadstawiało ucha tam, gdzie krytykowano rząd. W końcu padła ze strony Wałęsy deklaracja kandydowania na prezydenta. Mazowiecki dał się wciągnąć w rywalizację z Wałęsą – doprowadziła ona do „wojny na górze”, wyborów prezydenckich, w których Mazowiecki przegrał i został upokorzony nawet nie tyle przez Wałęsę, co przez Stanisława Tymińskiego, enigmatycznego kandydata z Peru.

 

Być może wystarczyło spotykać się z Wałęsą częściej, raz czy dwa wybrać się do Gdańska, honorować lidera „Solidarności” na różne sposoby, w ostateczności pozwolić Wałęsie zostać prezydentem bez walki. Mazowiecki jednak, tak przecież ostrożny!, sam wszedł na minę, która w efekcie wysadziła jego rząd – po przegranych wyborach prezydenckich premier podał się do dymisji. A przecież rządy Jana Krzysztofa Bieleckiego czy Hanny Suchockiej pokazały, że Wałęsa wcale nie był aż tak strasznym zagrożeniem dla rozsądnych i ewolucyjnych zmian w państwie.

 

 

nv-author-image

Andrzej Brzeziecki

Andrzej Brzeziecki jest redaktorem naczelnym „Nowej Europy Wschodniej i publicystą. Z wykształcenia historyk. W 2015 r. opublikował książkę „Mazowiecki. Biografia naszego premiera”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *