Nagła klęska niemieckiej soft power w Polsce

Biorąc pod uwagę stan relacji polsko-niemieckich można i należy mówić o klęsce niemieckiej soft power w Polsce. Teoretycznie Republika Federalna jako sąsiad, pierwszy partner gospodarczy Polski i państwo, które zainwestowało tyle, co nikt inny w relacje z Polską powinny rozumieć się z Polską bez słów. Tymczasem obydwa kraje rozumieją się niestety coraz gorzej.

 

Paradoks klęski mimo zwycięstwa

Paradoksem pisania o klęsce niemieckiej soft power jest to, że niemiecki wpływ na sposób myślenia oraz dyskurs elit intelektualnych ma się świetnie. Problem polega jedynie na tym, że wszędzie należałoby dodać wyrażenie „liberalne elity”. Niemcy mają otóż ogromny, a być może wręcz dominujący wpływ na sposób myślenia i dyskurs liberalnych elit, a nawet na mody intelektualne i społeczno-polityczne. Przez lata gwarantowało to dominującą pozycję również w liberalnych elitach Polski. Liberalne elity przegrały jednak w ciągu ostatnich kilku lat kolejno wybory parlamentarne, prezydenckie, samorządowe oraz wybory do Parlamentu Europejskiego. Nic nie wskazuje też na to, by rządząca obecnie prawica miała przegrać nadchodzące jesienią tego roku kolejne wybory parlamentarne. Zmiana na scenie politycznej Polski oznacza, że Niemcy mają co prawda nadal wielkie wpływy, ale – tak się składa – nie mają niemal żadnego wpływu na tych, którzy rządzą Polską.

 

Błąd w punkcie wyjścia

Niemcy po 1989 roku podjęły w pewnym sensie logiczną decyzję o tym, by inwestować w kontakty z dwiema siłami, które dominowały przez absolutną większość ostatnich 30 lat w Polsce, to jest w wywodzącą się z Solidarności liberalną inteligencję oraz w skądinąd równie liberalną lewicę postkomunistyczną. Tekst o klęsce niemieckiej soft power z natury będzie więc w znacznym stopniu tekstem o przyczynach klęski liberalnych elit.

 

Prawica była przez większość okresu po 1989 roku w głębokiej defensywie, a jej dojście do władzy wydawało się czymś mało prawdopodobnym. Tyle, że równie mało prawdopodobne było i to, że pewnego dnia komuniści będą wprowadzać Polskę do NATO i UE. Zachód miał jednak na tyle dużo wyobraźni, by począwszy od lat 60, a w pewnym sensie wcześniej, bo pierwsze kontakty nawiązywano niemal natychmiast po zakończeniu stalinizmu w 1956 roku utrzymywać nieśmiałe z początku, a później coraz bardziej intensywne kontakty z komunistyczną nomenklaturą. Być może różnica polegała na tym, że o ile program polityczny Zachodu w stosunku do krajów komunistycznych konstruowany był niemal w całości na Zachodzie, to już ten będący podstawą niemieckiej soft power po 1989 r. był w znacznie większym stopniu dziełem doradców wywodzących się z liberalnych elit z samej Polski. Doradcy ci uznali, że w stosunku do prawicy zastosują model zgoła przeciwny do tego, który Zachód stosował w stosunku do komunistów i zamiast wciągania prawicy do dialogu i prób wciągania jej do systemu, postanowiono ją izolować. Powyższe stwierdzenie spotyka się z gwałtownym sprzeciwem liberalnych elit w samej Polsce. Tyle, że opcje są dwie – albo dialogu nie było, albo był – sądząc po efektach – całkowicie nieskuteczny.

 

Samospełniające się proroctwo

Niezależnie od tego, która z ww. alternatyw jest prawdziwa w Polsce powstały dwa całkowicie ze sobą niepowiązane światy wyobrażeń na temat otaczającej rzeczywistości: ten mainstreamowo – liberalny, otwarty na Europę, ale zarazem pozbawiony empatii w stosunku do biedniejszej części społeczeństwa i prawicowy, narodowo-katolicki. Prawicy zarzucano nacjonalizm, integryzm religijny i coś co można by nazwać wrogością w stosunku do nie tylko już liberalizmu, ale w ogóle nowoczesności. Dalekowzroczna polityka polegałaby na tym, aby mając świadomość istnienia takiej siły starać się wciągać ją do dialogu i próbować wpływać na jej sposób myślenia. Tej dalekowzroczności zabrakło nie tylko w Polsce, ale i w Niemczech.

 

W efekcie polska prawica stworzyła całkowicie osobne imaginarium idei i wyobrażeń oraz własny, wrogi w stosunku do świata zewnętrznego obieg medialny. W polskim prawicowym getcie osłabieniu uległy siły umiarkowane, a urosły w siłę elementy radyklane z czego sam autor tekstu, który przeżył krótki romans z prawicą skądinąd nie zdawał sobie sprawy. Wszystko czego się obawiano stało się prawdą, niczym w jakimś koszmarnym, samospełniającym się proroctwie. To, czy w 2015 r. można było jeszcze polską prawicę zawrócić z drogi, którą obrała, nie jest dla mnie pewne. Pewne jest jednak dla mnie to, że gdy mówiłem, że warto próbować, ostracyzm spotykał mnie nie ze strony prawicy, ale ze strony moich liberalnych znajomych, którzy nawet widząc tryumfy prawicy woleli nadal uważać jej zwycięstwa za rodzaj chwilowej aberracji.

 

Polska, czyli niedokończona budowa demokracji

Problem polega na tym, że wszystko co powyższe, to tylko część rzeczywistości, której efektem jest to, że Berlin w Warszawie dziś może niewiele, lub wręcz nic. O pozostałych elementach traktować będzie druga część tekstu. Nim do niej jednak przejdziemy warto zadać sobie fundamentalne pytanie, czy budowa demokracji była obowiązkiem kogokolwiek poza samymi Polakami? W pewnym sensie nie, bowiem każdy naród sam buduje swój los. Z drugiej strony przykład samych Niemiec w których planowi Marshalla towarzyszyła budowa demokracji wskazuje na to, że wsparcie z zewnątrz daje dobre efekty. Nie byłoby prawdą stwierdzenie, że takiego wsparcia w wypadku Polski w ogóle nie było, tyle że po pierwsze dotyczyło ono przede wszystkim sił postkomunistycznych (które nie tylko zresztą w Polsce, ale i w całym regionie nigdy nie stały się zagrożeniem dla liberalnej demokracji), po drugie zaś projekt zarzucono niejako w połowie drogi.

 

© iStock/designer491

Formalnie w Polsce istnieje silne społeczeństwo obywatelskie. W rzeczywistości miast i miasteczek polskiej prowincji model autorytarny ma się jednak świetnie, prasa lokalna z rzadka opisuje nieuczciwe schematy rządzące polską prowincją. Liberalne elity nie próbowały nawet stawiać tamy katolickiemu integryzmowi, zadowalając się zwulgaryzowanym pseudo – liberalizmem, ograniczonym do faktycznego braku praw pracowniczych. Na poziomie wielkich miast podobno istnieje społeczeństwo obywatelskie, tyle, że jeśli jego istotą nie ma być umiejętność pozyskiwania grantów, a żywa dyskusja pomiędzy różnymi środowiskami, to okazuje się, że jest już znacznie gorzej. Gdy autor tego tekstu usiłował kilkukrotnie zorganizować dyskusje w których braliby udział ludzie nie zgadzający się ze sobą nawzajem, to niemal zawsze okazywało się to nierealne. A co to ma wspólnego z niemiecką soft power? Ano tyle, że nie dość, że niemiecki punkt widzenia nie docierał bezpośrednio do polskiej prawicy, to nie mógł dotrzeć też do niej poprzez pośredników. Z tego prostego powodu, że w Polsce nie rozmawia się z tymi z którymi się nie zgadzamy.

 

Problemem Polski po 1989 r. było też ciągłe wsparcie znacznej, jeśli wręcz nie dominującej, części Kościoła Katolickiego dla autorytarnej, integrystycznej prawicy. Polskim „liberałom” nie przeszkadzał jednak brak edukacji seksualnej, niemal całkowity zakaz aborcji i wykraczający poza wszelkie ramy liberalnej demokracji wpływ Kościoła na życie publiczne, przy czym o ile taki stosunek do Kościoła był zrozumiały, gdy należało zabiegać o jego wsparcie dla wejścia Polski do UE, to już serwituty płacone Kościołowi po referendum akcesyjnym były już tylko przejawem brakiem wyobraźni. Kościół przez ostatnie 30 lat był bowiem mniej lub bardziej otwarcie wrogi wobec liberalnej demokracji, a kształt obecnych rządów prawicy jest dokładnie tym, czego chce większość polskiego Kościoła.

 

Skutki przesady

Wyzwaniem dla niemieckiej soft power było również i to, że w polskim życiu publicznym niemal nie ma pieniędzy. Większość ludzi zajmujących się polityką to – niezależnie od afer korupcyjnych – nędzarze. Afery korupcyjne są jedynie owej nędzy skutkiem, bo gdy już można zarabiać, to należy zarabiać dużo i szybko. Polski biznes praktycznie w ogóle nie wydaje pieniędzy na politykę, preferując raczej prostsze schematy wpływania na nią. Nie ma niemal żadnych prywatnych think-tanków, a debaty publiczne są teoretycznie liczne, ale praktycznie są cieniem tego, co nie tylko w Berlinie, ale nawet w mniejszych niemieckich miastach jest normą.

 

W tej smutnej i bardzo postkomunistycznej rzeczywistości uzyskanie niemieckich grantów stało się dla bardzo wielu nie tyle jednym z wielu strumieni finansowych, ale raczej podstawą przeżycia. W efekcie powstał mechanizm w ramach którego część polskich politologów, mających dostęp do niemieckich środków finansowych stała się bardziej proniemiecka niż sama Republika Federalna. Nachalnie proniemieckie stanowisko zbudowało – szczególnie na prawicy – fatalny image niemieckiej soft power. Niemcom potrzebni są życzliwi Republice Federalnej Polacy, tak jak i Polsce potrzebni są życzliwi Polsce Niemcy. Niemcy zapewne cieszyły się z tego jak bardzo proniemieckie są polskie elity zajmujące się Niemcami. Szkoda, że zapomniały, że każda przesada budzi z czasem demony.

 

Przykładów tej przesady można podać bez liku. Od bezkrytycznego i zupełnie pozbawionego elementarnego uwzględniania polskiego interesu entuzjazmu wyrażanego przez beneficjentów niemieckiej „soft power” dla każdego przejawu niemieckiej polityki energetycznej, aż po doprowadzenie do sytuacji, gdy b. prezydent RP czcił pamięć płk. Stauffenberga, który poza zamachem na Hitlera (dokonanym, dodajmy, między innymi po to, by zachować niemieckie zdobycze terytorialne na Wschodzie) zasłynął rasistowskimi wypowiedziami na temat Polaków. Nie odnotowano skądinąd też jego sprzeciwu wobec zbrodni popełnianych na Polakach, a argument, że o nich nie wiedział jest o tyle dziwny, że zbrodnie ma na sumieniu jego własna jednostka. Trudno też uwierzyć – szczególnie znając szeroko dystrybuowane wśród przywódców III Rzeszy „przemówienia poznańskie” Heinricha Himmlera – by nic nie wiedział o Holocauście.

 

Lekceważenie partnera

Słabością niemieckiej soft power jest również to, iż pozostaje w paradygmacie który z wolna nie tylko zresztą w Polsce i nie tylko na prawicy odchodzi w przeszłość. Paradygmat ów głosi, iż kapitał nie ma narodowości, a biznes nie kieruje się interesami własnego państwa, a jedynie zyskiem. Ten rodzaj narracji, przyjmowany przez długie lata w Polsce nie wytrzymuje zderzenia z rzeczywistością w której Niemcy – mając świadomość tego, iż projekt ten uderza nie tylko w polskie interesy, a w polskie bezpieczeństwo – nie zrażone polskimi protestami konsekwentnie promują budowę Nord Stream 2, czy też forsują radykalne, zagrażającej podstawom polskiej gospodarki, rozwiązania polityki klimatycznej. Polska rzecz jasna również wykazała się brakiem solidarności np.  w sprawie uchodźców, ale po pierwsze był to brak solidarności bardziej z państwami południa Europy niż z Niemcami, a po drugie sprawa ta nie uderzała w fundamentalne kwestie bezpieczeństwa narodowego Niemiec. Opakowywanie brutalnej polityki w jedwabiście brzmiące zapewnienia o przyjaźni działało 30 i 20 lat temu, gdy Polacy mieli silne jeszcze kompleksy, a Niemcy były niedoścignionym wzorem. Dziś liczy się bardziej treść niż forma.

 

Bezpieczeństwo jako priorytet

Gdy mowa o bezpieczeństwie,  warto przyjrzeć się kwestii stosunku Niemiec do Rosji. Niemcy – co jako Polak przyjmuję z należnym szacunkiem – były jednym z tych państw, które przewodziły reakcji Zachodu na rosyjską agresję w stosunku do Ukrainy. Jest też jednak i druga strona medalu. Jeszcze do niedawna Berlin był tą stolicą, która najaktywniej sprzeciwiała się wzmocnieniu wschodniej flanki NATO. Fatalne wrażenie w Polsce pozostawiło ciągłe odwoływanie się do Aktu Stanowiącego NATO – Rosja, nawet wówczas, gdy Moskwa rozpętując kolejną wojnę, podeptała wszelkie reguły współżycia w Europie. Trudno też nie zauważyć sprzeciwu Niemiec w stosunku do wyjścia Stanów Zjednoczonych z traktatu rozbrojeniowego INF. Berlin doskonale rozumie, że Rosja traktat ten od lat łamała. Polska z kolei równie doskonale rozumie, że mające od lat zasięg większy niż dopuszczony traktatem rosyjskie rakiety Iskander zagrażają całemu terytorium Polski, ale już tylko nieznacznej części terytorium Niemiec i właśnie to, a nie cokolwiek innego, stoi za takim, a nie innym stanowiskiem Berlina.

 

O ile dla środowisk liberalnych priorytetem było zawsze zakotwiczenie Polski w Europie, to dla obecnie rządzącej polską prawicy absolutnym priorytetem było, jest i pozostanie bezpieczeństwo narodowe. Istotą polskiej prawicy jest tak naprawdę strach. Czasem przyjmuje on wymiar irracjonalny i amoralny, czego wyrazem jest na przykład homofobia znacznej części polskiej prawicy. Strach przed wojną, utratą niepodległości lub suwerenności, zważywszy na polską historię, irracjonalny już jednak nie jest. Niemcy zrobiły wiele pozytywnego na rzecz integracji Polski ze strukturami zachodnimi,  a niemiecka soft power zasługi te słusznie akcentowała, ale po pierwsze to się już stało i trudno oczekiwać od głosujących bardzo licznie na prawicę młodych ludzi, by byli wdzięczni za coś, co przyjmują jako rzecz oczywistą, a po drugie wraz z rosnącym zagrożeniem ze strony Rosji sprawy bezpieczeństwa wysunęły się niejako automatycznie na pierwszy plan. W tych zaś sprawach bilans niemieckiej polityki nie jest już tak jednoznacznie pozytywny. Tej fundamentalnej zmiany w Berlinie chyba nie zauważono, a już na pewno nie zauważono jej w przekazie kierowanym do Polaków.

 

Poza obawami elit i państw, o których mowa była już powyżej, istnieją też obawy narodów. Odnoszę wrażenie że w sensie obaw w Polsce żyją obok siebie niejako dwa narody. Pierwszy liberalny i stosunkowo syty obawia się przede wszystkim utraty wolności i dąży, skądinąd słusznie, do poszerzania jej zakresu na przykład w odniesieniu do mniejszości seksualnych. Obok żyje jednak drugi naród, którego podstawowym wyzwaniem jest strach przed biedą. Po 30 latach polskiego cudu gospodarczego Polska pozostaje niestety krajem biednych ludzi i faktu tego nie zmieniają wyremontowane drogi, ekskluzywne sklepy i nowoczesne centra handlowe. Problemem dużo głębszym od samej biedy jest jednak alienacja środowisk liberalnych, które nie mają pojęcia jak żyją ich ubożsi współobywatele. Do dziś pamiętam szok, który przeżyłem, gdy usłyszałem z ust jednego z byłych szefów dyplomacji stwierdzenie, że w Polsce zasiłek dla bezrobotnych wynosi „chyba około 1000 €” podczas gdy w rzeczywistości wynosił wówczas nieco ponad 170. Paradoks polega na tym, że na biedę niemal w ogóle nie byli wyczuleni weterani Solidarności (bądź co bądź związku zawodowego), ani elity postkomunistyczne bliskie ideałowi „Genosse der Bosse” i polską biedą zajęła się dopiero polska prawica, która w sensie gospodarczym jest ugrupowaniem chwilami wręcz lewicowym. Po krachu komunizmu wielu wydawało się, że rynki wyleczą wszelkie bolączki kapitalizmu. Dziś – jak zawsze w historii – ma miejsce korekta kursu i wahadło wychyla się w lewo.  Nieliczni nie przyjmują rzeczywistości do wiadomości. Wśród nich zdecydowana większość tych, którzy byli głównymi aktorami niemieckiej soft power w Polsce.

 

Minęło 30 lat

Od końca komunizmu minęło 30 lat. W ciągu 30 lat w Polsce zmieniło się – skądinąd w znacznym stopniu dzięki tyle razy w tym tekście krytykowanym elitom liberalnym – niemal wszystko. Mój tekst nie jest jednak o tym, co się udało, ale o tym, co się nie udało więc bez krytycznego ujęcia byłby tekstem o niczym, lub zostałby odczytany jako starania o niemieckie stypendium bądź grant. Rządy PiS to swego rodzaju paroksyzm rządów elit dawnej opozycji demokratycznej okresu komunizmu, które z wolna odchodzą w przeszłość. Skoro tak, to w przeszłość muszą z wolna odchodzić również wzorce działania w stosunku do państwa przez nie stworzonego. Warto też odnotować, że jeśli Polska w istocie była „success story”, to należy ją też traktować już nie jak bardzo ubogiego, ale jedynie trochę biedniejszego sąsiada.

 

nv-author-image

Witold Jurasz

Witold Jurasz, dziennikarz Onetu i Dziennika Gazety Prawnej, Prezes Ośrodka Analiz Strategicznych. Były pracownik Zakładu Inwestycji NATO, dyplomata w Moskwie oraz chargé d’affaires RP na Białorusi. W przeszłości był też gospodarzem talk-show w Polsat News, gdzie przeprowadził ponad 700 wywiadów. Pracował też w spółce zajmującej się międzynarodowym handlem bronią.

2 myśli na “Nagła klęska niemieckiej soft power w Polsce”

  1. >Liberalne elity nie próbowały nawet stawiać tamy katolickiemu integryzmowi, zadowalając się zwulgaryzowanym pseudo – liberalizmem, ograniczonym do faktycznego braku praw pracowniczych

    Tu chyba ktoś pomylił “liberalny” mainstream z planktonem politycznym około-korwinowym.
    Co to znaczy w ogóle “brak praw pracownicznych” w Polsce? Żyjemy w innych rzeczywistościach?

    >Paradygmat ów głosi, iż kapitał nie ma narodowości, a biznes nie kieruje się interesami własnego państwa, a jedynie zyskiem

    Paradygmat ten nigdy w historii świata nie obowiązywał, a jego głosiciele używają go jako strawmana na każdą osobę sceptyczną wobec ideologii protekcjonizmu i “centrystów” ekonomicznych by zdyskredytować czyiś światopogląd.

    Co do tej mitycznej niemieckiej “soft power” – mamy jakieś konkretne dowody czy to jest argumentacja na styl “bo Niemcy finansowali organizacje to się musiało jakoś tam odbić na poglądach konkretnej grupy społecznej bo miała pewne sympatie i dane poglądy” pachnąca czystym foliarstwem Youtube’owym?

    Niestety, artykuł pachnie niezdrowym, na siłę forsowanym centryzmem, który rzadko widuję w Pana komentarzach.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *