Część III: Dziennik podróży do Austrii i Niemiec

Augsburg

Augsburg, po Monachium i Norymberdze największe miasto Bawarii, to najważniejszy ośrodek historycznej krainy Szwabia, której obszar mieści się w dużym stopniu w granicach dzisiejszej Badenii-Wirtembergii, są- siedniego kraju związkowego ze stolicą w Stuttgarcie. Na terenach tych do dziś językiem szwabskim, jeszcze odleglejszym niż bawarski od niemieckiego języka standardowego, posługuje się podobno ok. 800 tysięcy osób.

 

Trudno wyobrazić sobie lepsze miejsce na naprawę samochodu niż południowe Niemcy, gdzie każde chyba dziecko najpierw uczy się zmieniać koło, a później dopiero mówić, i to mówić, jak przypuszczam, o motoryzacji. Toteż awaria, która uziemiła mnie w Augsburgu na trochę dłużej niż planowałem, wydała mi się zaraz szczęśliwym zrządzeniem losu.

 

Augsburg został założony przez Rzymian w 15 roku przed n.e. – podobnie jak Wiedeń za Marka Aureliusza – jako obóz wojskowy. Pierwszym mieszkańcom znany był pod nazwą Augusta Vindelicorum, choć pewnie szybko zaczęto tę nazwę skracać do: Augusta. Pierwsza część owej nazwy była oczywistym ukłonem w kierunku cesarza Oktawiana, ówczesnego pana Rzymu i tej części świata. Druga natomiast zdradzała, które to z plemion celtyckich podbili wówczas ku chwale swego wuja-imperatora bracia Druzus i Tyberiusz.

Windelikowie nie byli jedynymi, którzy owego roku, w tych stronach z pewnością pamiętnego, zostali pobici i podporządkowani Rzymowi. Ich los podzieliły inne ludy alpejskie, a wśród nich Retowie, którzy dali nazwę całej prowincji ze stolicą właśnie w Auguście – Recji. Ich potomkami mają być dzisiejsi Retoromanie, mniejszość etniczna zamieszkująca głównie pogranicze włosko-szwajcarskie i posługująca się językiem retoromańskim, jednym z czterech urzędowych języków Szwajcarii. Podobno dawni Retowie (sami wywodzący się wedle zgodnej opinii historyków starożytnych od Etrusków), inaczej niż Germanie czy Celtowie nie buntowali się specjalnie przeciwko władztwu rzymskiemu, toteż region ten, w niewielkim stopniu zurbanizowany, cieszył się przez dłuższy czas opinią sielskiej wsi.

 

Mieszkańcy Augusty na swoje wczesne dzieje, jakkolwiek naznaczone podbojem, patrzą chyba z nostalgią, skoro do dziś w centralnym punkcie miasta można podziwiać imponujący i pieczołowicie odrestaurowany posąg Oktawiana Augusta, ojca także i tej ojczyzny.

 

Czołowym bohaterem nowożytnej historii Augsburga jest jednak Jakub Fugger, „największy bogacz wszech czasów”, przedsiębiorca i bankier, który w nie mniejszym stopniu niż współcześni mu Krzysztof Kolumb i Leonardo da Vinci zmienił świat. Człowiek ten, spoglądający na nas z słynnego portretu pióra Albrechta Dürera, zrewolucjonizował handel i przemysł, zmienił sposób myślenia o pieniądzach i zarządzania nimi. Znany był jako bankier Habsburgów i główny decydent w procesie wyboru cesarzy. Nie za to jednak kochali go mieszkańcy Augsburga, ale za jego wizjonerską i nie mającą precedensów hojność.

 

W 1514 roku Jakub Fugger wykupił część miasta i rozpoczął tam budowę dzielnicy socjalnej, pierwszej takiej inicjatywy w historii. Do roku 1523 powstało tam osiedle w stylu niemieckiego renesansu, w którym mogli zamieszkać najubożsi i najbardziej potrzebujący mieszkańcy Augsburga. Dzielnica ta, choć dziś służy także częściowo jako muzeum czy skansen, nie utraciła wcale swojego charakteru. Wciąż, płacąc symboliczny czynsz w wysokości 0,88 Euro rocznie, można tam mieszkać aż do śmierci. Nie każdy jednak może zostać mieszkańcem Fuggerei. Warunki, prócz złej sytuacji finansowej, są dwa. Kandydat musi być obywatelem Augsburga i katolikiem. Gdy zostanie już przyjęty do wspólnoty, zobowiązany jest trzy razy dziennie odmawiać modlitwę za fundatora przybytku, Jakuba Fuggera.

 

Fuggerei, goszczące swego czasu np. Franza Mozarta, pradziadka kompozytora, było idyllą przez długie wieki. Życie płynęło tu niezmąconym nurtem jeszcze w 1943 roku, gdy Europą i światem wstrząsały już na wielu frontach działania wojenne. Ale nic nie trwa wiecznie. 20 lutego 1944 roku Alianci rozpoczęli ofensywę lotniczą przeciwko niemieckim obiektom strategicznym w Augsburgu. 25 lutego bomby zaczęły spadać na fabryki Messerschmitta. Ten samej nocy i następnego ranka przeprowadzono jeszcze kolejne dwa dewastujące naloty na miasto. Podobnie jak w Monachium – pisał Stempowski – od bomb ucierpiał najbardziej  środek  miasta.  Wszystkie niemal stare domy leżą w gruzach. Dzielnice nowe, zwłaszcza robotnicze,  stoją  nietknięte.  Obraz  ten  nie jest dziełem przypadku, bo bomby  zrzucano  precyzyjnie: wśród otaczających je ruin kościoły stoją nienaruszone (28 listopada).

 

Do tamtego Augsburga można przenieść się w czasie, schodząc, stopień po stopniu, do ciasnego bunkra, który powstał w dzielnicy Fuggerei z troskliwą myślą o jej mieszkańcach. Obecnie, po trzech bez mała ćwierćwieczach, jakie dzielą nas od tamtych wydarzeń, bez lęku – mimo dobiegających z głośników odgłosów alianckich bombowców – możemy tam wrócić, studiując dawne fotografie, na których przedstawiono dymiący i sypiący się w pył Augsburg.

 

Dziś, w XXI wieku, kiedy świat tak przyspieszył i wszystko musi być podane w pigułce, edukacja historyczna o tym, czym było stulecie wojen, mogłaby, gdyby musiała, zostać ograniczona do wizyty w tym bunkrze i lektury opowiadania Hemingwaya Stary człowiek na moście. Wszystko, co ponadto, mogłoby się znaleźć w programie rozszerzonym, „dla zainteresowanych”.

 

Czego Stempowski nie mógł wiedzieć, przejeżdżając jedynie przez zrujnowany Augsburg, nie mając tu ani kontaktów, ani specjalnego celu, to że już w marcu 1944 roku fundacja rodziny Fuggerów wspólnie z władzami miasta podjęła decyzję o odbudowie. Toteż wiele z ruin, które z przygnębieniem mimowolny podróżnik oglądał, nosiło już w sobie zarzewie odrodzenia.

 

Augsburg dzisiejszy sprawia wrażenie miasta bardzo pogodnego, przyjaznego i otwartego. Choć liczba jego mieszkańców nie przekracza 300 tysięcy, nie sposób nie odnieść wrażenia, że jest się w prężnym i nowoczesnym ośrodku akademickim, przypominającym atmosferą Kraków czy Bolonię. Jest też zarazem, przy całej swojej kameralności, bardzo niemiecki, zachodni, więc zróżnicowany kulturowo. Restauracja arabska sąsiaduje tu z kinem, fryzjer „Habibi” z warzywniakiem, a synagoga, wspaniale zachowana, z kościołem, w którym obraz Matki Bożej Rozwiązującej Węzły natchnął obecnego papieża Franciszka do prowadzenia polityki otwartości.

 

Frankfurt nad Menem

Tu również zniszczony jest całkowicie środek miasta – pisał Stempowski, rejestrując pierwsze swoje wrażenia z powojennego Frankfurtu. – Wieczorem cała ta dzielnica jest ciemna. Wchodząc w labirynt ruin, zapalam kieszonkową latarkę. Z mroku wynurza się kilka postaci, czekających szczęśliwego posiadacza latarki, aby z nim razem przejść na drugi brzeg Menu. Grunt jest nierówny, pełen wybojów i kamieni. Wielu potyka się, kalecząc ręce o cegły i poplątane żelastwo (29 listopada). Ja także do Frankfurtu przyjeżdżam o zmroku, ale miasto, jakim widzę je w roku 2018, jest labiryntem nie ruin, lecz szerokich ulic, wielkich mostów i ultranowoczesnych wieżowców, które piętrzą się po obu stronach Menu, zbite gęsto, jak przystało na jedno ze światowych centrów finansowych.

 

18 i 22 marca 1944 siły British Royal Air Force przeprowadziły naloty na Frankfurt, w których zginęło około półtora tysiąca osób. Spośród dwóch tysięcy domów budowanych na sposób pruski (charakterystyczna drewniana ściana szkieletowa wypełniona cegłą) z bombardowań cało wyszedł tylko jeden. Zniszczone zostały wszystkie niemal kościoły miasta. Wyjątkiem była Katedra, która ucierpiała w symbolicznym tylko stopniu. Niewiele obrazów wojennych zniszczeń może równać się z panoramą Frankfurtu 1944, na której główna świątynia miasta stoi niewzruszona w ogromnym morzu ruin.

Znów wędruję ulicami Frankfurtu – pisał Stempowski następnego dnia po przyjeździe. – Dzień jest ciepły i mglisty. Spod gruzów przenika fetor poprzerywanych przewodów kanalizacyjnych i trupów, rozkładających się w zasypanych piwnicach (30 listopada). Jakże inny widok mi się ukazuje, gdy mam okazję przespacerować się po Frankfurcie za dnia! Ulice i chodniki wypełnił ruch i gwar. Pomiędzy nowoczesnymi wieżowcami widzę teraz w słońcu niestrudzenie pracujące żurawie – miasto stale się rozbudowuje. Jak bardzo Stempowski nie poznałby Frankfurtu, skoro boom, trwający do dziś, zaczął się tutaj w latach siedemdziesiątych! Pisał: Trudno byłoby dziś odgadnąć, że przez pięćdziesiąt ostatnich lat Frankfurt był miastem, o którym marzyli mieszkańcy Prus. We Frankfurcie  nad Odrą, w Kostrzynie, nawet  w Królewcu, tysiące myślały o wyjeździe na Zachód: do Nadrenii, Hamburga, Frankfurtu (30 listopada). Frankfurt, dziś globalny i różnorodny jak Nowy Jork czy Londyn, znowu jest obiektem westchnień, jak to było przed wojną, znowu czyjąś ziemią obiecaną.

 

Jak bardzo różne od naszego jest myślenie niemieckie o otaczającym świecie, pokazywać może taka anegdota: kilkuletni chłopiec, rezolutny syn polskich emigrantów osiadłych w jednym z miast Nadrenii Północnej-Westfalii (najbardziej na zachód wysunięty land Niemiec), połączył się na Skype z babcią mieszkającą w Polsce. Na pytanie babci, czy nie bał się iść sam do szkoły, chłopiec odpowiedział: Nie, bo po drodze spotkałem Mohammada i poszliśmy razem.

 

W pierwszych dniach roku 1945 Stempowski pisał: Podróż moja zbliża się końca. Czeka mnie długa droga powrotna. Jeszcze bardziej od przepełnionych wagonów i nieprzespanych nocy ciąży mi myśl o trwającym nadal zaślepieniu narodów i wygaśnięciu w nich wszelkiej twórczej wyobraźni (4 grudnia). A zatem nasze drogi (mam nadzieję, że tylko na jakiś czas) rozchodzą się. Mnie także czeka dłuższa droga powrotna, ale w innym kierunku – na wschód.

 

Lipsk

Od wczesnego średniowiecza Lipsk znajdował się w obszarze osadnictwa słowiańskiego. Stąd jego tchnąca pradziejami nazwa, która znaczy tyle co nasze Lipie czy Lipowa. Zapewne używał jej już Bolesław Chrobry, którego monarchia sięgała tych stron. Nim z końcem siedemnastego wieku znów trafił pod panowanie królów polskich, Lipsk był świadkiem ślubu polskiej królewny Barbary Jagiellonki z Jerzym Brodatym, wojen religijnych protestantów z katolikami (szmalkaldzkiej i trzydziestoletniej, podczas której znacząco ucierpiał) oraz epidemii, która zebrała żniwo w postaci kilku tysięcy mieszkańców. W dniach 16–19 października 1813 roku rozegrała się tutaj tzw. Bitwa Narodów, czyli największa spośród bitew Napoleona i zarazem jego najcięższa porażka, a 12 maja 1884 ruszył w Lipsku proces o szpiegostwo na rzecz Francji Józefa Ignacego Kraszewskiego. W czasach NRD Lipsk kojarzył się, także w Polsce, przede wszystkim z Targami Lipskimi, wielką imprezą wystawienniczą, sięgającą swoimi tradycjami XII wieku.

 

Mając już pewne wyobrażenie, czym jest Republika Federalna, pierwsze pytanie, jakie zadałem w Lipsku, po Berlinie najludniejszym mieście wschodnich Niemiec, dotyczyło tożsamości „landowej”: Czy czujecie się Saksończykami? Lokalna działaczka obruszyła się: Na pewno nie tutaj! Może w Dreźnie. Lipsk jest miastem bardzo otwartym, osiedlają się tu Niemcy z całego kraju.

W słowach tych nie ma żadnej przesady. Dzisiejszy Lipsk – pewnie ku radości Angeli Merkel, która w latach siedemdziesiątych studiowała tu fizykę – jest jedynym miastem wschodniej części Niemiec, które się nie wyludnia. Przeciwnie: żadne miasto niemieckie nie może się dziś równać z Lipskiem siłą przyciągania. Hasło: „Lipsk – lepszy Berlin!” nie brzmi tu wcale na wyrost.

 

Miasto stało się w ostatnich latach światową mekką artystów i unikatowym ośrodkiem kultury alternatywnej, z offowymi teatrami i kinami, galeriami sztuki i niczym nieskrępowanym street artem. Napisy na lipskich murach głoszą nietzscheańskie hasła o śmierci Boga i nieskrępowanej wolności sztuki. Całe miasto sprawia wrażenie ogromnej instalacji artystycznej. Mówi się tutaj, że każdy w Lipsku jest malarzem (jak każdy w Krakowie jest poetą) i że żaden malarz pragnący zrobić karierę na świecie nie może pozwolić sobie na niezamieszkanie w którymś z lipskich atelier. Kilka takich miejsc odwiedziłem. Znajdują się one w postindustrialnych budynkach, które zostały kupione od miasta, zwykle przez bogatych przedsiębiorców z byłego RFN, i zaadaptowane z myślą o młodych artystach.

 

Podczas nalotów bombowych II wojny światowej Lipsk, inaczej niż reszta Niemiec, prawie nie ucierpiał. Jest to więc jedyne duże miasto niemieckie, które dziś, w 2018 roku, wygląda tak, jak wyglądało rzeczywiście przed wojną. Pieniądze, które gdzie indziej szły na pospieszną i często nieporadną odbudowę, w Lipsku przeznaczono na rewitalizację, konserwację i upiększanie. Tymi szczęśliwymi kolejami losu należałoby tłumaczyć niepowtarzalną atmosferę miasta, nad którym unoszą się duchy Reformacji, Jana Sebastiana Bacha i goethowskiego Fausta, o którym w tutejszej Piwnicy Auerbacha poeta nasłuchał się legend, kiedy odbywał w Lipsku studia.

 

W Lipsku dowiedziałem się o Weißwurstäquator, co dosłownie znaczy Równik Białej Kiełbasy. Jest to żartobliwe określenie umownej granicy dzielącej Niemcy na austriackie Południe i pruską Północ. Podstawy tego równoleżnikowego podziału mają różnoraki charakter: kulinarny, językowy, kulturowy czy geograficzny. Wedle tego rozgraniczenia, idącego w poprzek granicy Zachód-Wschód, Lipsk byłby już miastem Północy. Nie wiem, z jakiej epoki pochodzi pojęcie i idea „kiełbasianego równika”, jednak nawet jeśli sięga czasów sprzed żelaznej kurtyny, co zresztą znajduje swoje uzasadnienie w dawniejszych dziejach Niemiec, sprawdza się dziś doskonale jako forma rozbrojenia stereotypowych antagonizmów.

 

9 października 1989 roku na ulice Lipska wyszło siedemdziesiąt tysięcy osób, by wyrazić swój sprzeciw wobec reżimu NRD. Ku osłupieniu aparatczyków skandowano wtedy: To my jesteśmy narodem!, a centralnym punktem tamtej pokojowej rewolucji stał się rozbrzmiewający niegdyś premierowymi wykonaniami dzieł organowych Bacha ewangelicki kościół św. Mikołaja; obecnie można tam oglądać przywiezioną z Berlina wystawę fotografii, dokumentującą nazistowskie zbrodnie wojenne. A dokładnie miesiąc później upadł Mur Berliński. Nie była to rewolucja niemiecka – pisał Adam Krzemiński – lecz nasza rewolucja, narodów Europy środkowo-wschodniej. Składały się na nią ucieczki z NRD i tutejszy ruch protestu, otwarcie żelaznej kultury na Węgrzech, wiosna Solidarności 1989 z polskim okrągłym stołem, przy którym wynegocjowano, a następnie potwierdzono wielkim zwycięstwem Solidarności w wyborach 4 czerwca, ustrojową roszadę.

 

W lipskiej dzielnicy imigrantów znajduje się Eisenbahnstraße, uchodząca powszechnie za najbardziej niebezpieczną ulicę Niemiec. Przewagę stanowią tam Syryjczycy i Turcy, ale są także przybysze z Iraku czy Afganistanu. Pojechałem tam na spotkanie z Syryjczykiem, który osiedlił się w Lipsku dwa lata temu i dziś prowadzi tam szeroko zakrojoną działalność na rzecz społeczności lokalnej. Gospodarz, jak opowiadał, w poprzednim życiu był prawnikiem, a w ojczyźnie zostawił żonę i trójkę dzieci, których nie może do siebie sprowadzić. Słyszałem też jednak głosy, że w Syrii był tak naprawdę policjantem na usługach aparatu Baszszara al-Assada. Tak czy inaczej, do Niemiec przybył, uciekając przed IS, szybko nauczył się języka i zajął się działalnością integrującą imigrantów i Niemców. Pierwszą jego akcją było zorganizowanie dla Muzułmanów i Chrześcijan wspólnych świąt.

 

Na pożegnanie zupełnie niespodziewanie wyraził zaniepokojenie sytuacją polityczną w Polsce: Nie bójcie się różnorodności. U nas w Syrii też była jedna religia, jeden język i jedna rasa i wiem, że to jest bardzo niedobre. Różnorodność służy wszystkim, służy Europie.

 

Drezno

Jeszcze kilka dekad temu Drezno było dla Polaków oknem na świat (jednym z kilku), złudzeniem bycia „na zachodzie”; uczniowie, zabierani tam na szkolne wycieczki, przywozili ze sobą do kraju nad Wisłą niezapomniane wspomnienia, które do dziś pieczołowicie przechowują w sercach i myślach. Mur Berliński upadł, złudzenia także. Po Monachium i Frankfurcie, po Lipsku, podróżnik zatrzymujący się w stolicy Saksonii długo oswaja się z myślą, że wciąż znajduje się w Niemczech w sercu Europy. Jakkolwiek piękne i pełne czaru, Drezno, odbudowywane w czasach NRD, a więc podług wzorów sowieckich (także w zakresie urbanistyki), jest miastem, które niemal na każdym kroku przedstawia się jako miasto byłego bloku wschodniego.

 

Jest od tej reguły wyjątek. W Dreźnie znajduje się Zwinger, późnobarokowy zespół architektoniczny, jeden z najwspanialszych pomników epoki. Jego geneza jest taka: znany z zamiłowania do przepychu August II, elektor saski i król polski, pozazdrościł Ludwikowi XIV Wersalu i zapragnął podobnej, i podobnie ostentacyjnej, siedziby dla siebie. Budowa trwała kilka dekad. Zwinger zniszczony poważnie podczas II wojny światowej, został wspaniale odbudowany i służy obecnie jako muzeum, jedno z najważniejszych i najciekawszych w tej części Europy. Znajduje się tam m.in. fenomenalny portret Charlesa de Solier pędzla urodzonego w Augsburgu Hansa Holbeina, którego realizmowi w ukazaniu detalu żadne inne dzieło chyba dotąd nie dorównało.

 

Ale wspólna historia Warszawy i Drezna jest znacznie dłuższa niż dzieje PRL i NRD, sięga bowiem unii polsko-saskiej i osoby wspomnianego Augusta II Mocnego, którego duch jest tu wszędzie obecny. Szczęśliwie, właśnie to Drezno, zdobnie monumentalne, ciemnobrązowe w kolorze, wyrasta dumnie spod siermięgi Drezna powojennego, temu ostatniemu dodając wiele klasy i powagi. I tak oto saskie z ducha i ciała miasto o zmroku, rozrzedzanym przez słabe światło niskich latarni, wygląda jak sceneria stylowego filmu szpiegowskiego z czasów zimnej wojny.

 

Jest to obraz cokolwiek pogodny, jeśli zważymy na fakt, literacko przedstawiony przez Kurta Vonneguta w słynnej Rzeźni numer pięć, bezprecedensowego zbombardowania Drezna w nocy z 13 na 14 lutego 1945 roku. Wówczas to podczas nalotów dywanowych zginęło około 25 tysięcy osób, w dużej mierze uchodźców, którzy zjechali tam w poszukiwaniu schronienia, w którym mogliby bezpiecznie przeczekać te ostatnie już momenty wojny. Miasto w przeciągu kilku zaledwie chwil zamienione zostało w całkowitą ruinę.

W swoim dzienniku Victor Klemperer, jeden ze świadków bombardowania Drezna, pisał: Bardzo szybko usłyszeliśmy coraz głębszy i coraz głośniejszy warkot nadlatujących samolotów. Zgasło światło, huknęło gdzieś blisko… Przerwa na złapanie oddechu. Ludzie klęczą skuleni między krzesłami. Ktoś jęczy, ktoś płacze. Znowu nadlatują, znowu śmierć ściska za gardło, kolejna eksplozja. Nie wiem, ile razy się to powtarzało. Nagle otwarło się okienko piwniczne (tylna ściana budynku, naprzeciwko wejścia) – na zewnątrz było jasno jak w dzień. Ktoś wołał: Bomba zapalająca, musimy gasić! Dwóch ludzi przyciągnęło pompę pożarniczą, słychać było, jak pracują. Nastąpiły kolejne eksplozje, ale już nie na dziedzińcu, gdzieś dalej. A potem zrobiło się spokojniej, po jakimś czasie odwołali alarm. Straciłem poczucie czasu (Chcę dawać świadectwo aż do końca, 22 – 24 lutego 1945).

 

Dziennik Klemperera Michał Głowiński nazwał dziełem „monumentalnym”, a Leszek Kołakowski „klasycznym tekstem tego gatunku”. Trochę bardziej sceptyczny, w każdym razie jeśli idzie o partie dotyczące nalotów alianckich, był W. G. Sebald, niestrudzenie udowadniający niemożliwość literackiego opisania przez Niemców wojny powietrznej. Nawet zapis w dzienniku Victora Klemperera o bombardowaniu Drezna trzyma się w granicach zakreślonych przez językową konwencję – pisał. – Na gruncie tego, co wiemy dziś o zburzeniu Drezna, nieprawdopodobieństwem wydaje się, by ktoś, kto wtedy stał w deszczu iskier na Tarasach Brühla i patrzył na panoramę palącego się miasta, miał z tego wyjść z niezmąconym umysłem. Dalsze, pozornie nienadwątlone funkcjonowanie normalnego języka w relacjach naocznych świadków budzi wątpliwości co do autentyzmu uchwyconego w nich doświadczenia. Dokonująca się w ciągu kilku godzin śmierć całego miasta w płomieniach, z budynkami i drzewami, z mieszkańcami, zwierzętami domowymi, sprzętami i wszelkimi urządzeniami, musiała u tych, którym udało się uratować, nieuchronnie prowadzić do przeciążenia i paraliżu władz umysłowych i uczuciowych (W. G. Sebald, Wojna powietrzna i literatura).

 

Jakkolwiek fascynujący, problem podnoszony przez Sebalda jest jednak zagadnieniem z zakresu estetyki literackiej. Co innego sam Klemperer, którego los stał się w jakimś sensie archetypicznym losem niemieckiego Żyda.

Kiedy Hitler doszedł do władzy, Victor Klemperer był człowiekiem po pięćdziesiątce i szefował katedrze romanistyki na drezdeńskiej uczelni wyższej (z której to katedry został zresztą przez nowe władze usunięty). Miał korzenie żydowskie, ale tradycja praojców była mu zupełnie obca; tematy żydowskie zaczął studiować dopiero wówczas, gdy jego pochodzenie zaczęło stawać się jawnie problematyczne. Ożenił się z nie-Żydówką (czemu zawdzięczał ocalenie), a wcześniej odszedł od judaizmu na rzecz protestantyzmu, nie jednak z pobudek koniunkturalnych czy religijnych, był bowiem oświeceniowcem, ale dla przypieczętowania swojego przywiązania do kultury niemieckiej. Choć zawsze uważał się tylko i wyłącznie za Niemca, to wedle ustaw norymberskich był Żydem, a zatem – podczłowiekiem, który wyrok śmierci, wydany nań za to, kim jest, nosi stale niejako wypisany na czole. Żyd pod hitlerowska władzą – pisał Leszek Kołakowski – nie może bodaj zaznać chwili odprężenia albo humoru, jest zaszczuty w każdej chwili (Zapiski podczłowieka z żółtą łatą).

 

Ale Klemperer przetrwał i wojnę, i nazizm. Wstąpił do partii komunistycznej NRD i wrócił do pracy na uczelni. Zmarł w 1960 roku w Dreźnie, dożywszy lat prawie osiemdziesięciu, jako uznany ekspert m.in. od języka nazistowskiej propagandy, który przez lata wnikliwie studiował. Obok wspomnianego dziennika pozostaje największym jego dokonaniem LTI. Notatnik lologa, traktat o języku Trzeciej Rzeszy (Lingua Tertii Imperii).

 

Powrót

Podczas całej tej austro-niemieckiej podróży, która wypełniła wiosnę i lato roku 2018, stale towarzyszyła mi pewna myśl: Dolna Austria, Górna Austria, Salzburg, Tyrol, Bawaria, Badenia-Wirtembergia, Hesja, Turyngia, Saksonia i in. – wszystko są to kraje związkowe nie tylko z nazwy. Dla mieszkańców Innsbrucka ojczyzną jest Tyrol, dla Monachijczyków – Bawaria. Nie ma jednej Austrii i nie ma jednych Niemiec. Nie ma też jednej Europy ani jednego Zachodu.

Inaczej szumi Inn, mający swe źródła w Alpach Retyckich, inaczej Salzach, a inaczej Izara, czyli po celtycku „bystra”, choć wszystkie te rzeki uchodzą w końcu do Dunaju. Jeszcze inaczej brzmi Men, toczący swe nurty przez Bawarię i Hesję, a dalej wpadający do Renu.

Państwa powstają, ewoluują i upadają, a rzeki toczą w serce Europy swoje wody. Miasta są fundowane, rozbudowywane i bombardowane, a fale rzek powtarzają bez końca swoje pieśni.

Nasz świat zmienia się nieustannie, bo taka jest jego natura. Topika narodzin i śmierci cywilizacji, jaką chętnie my, ludzie Zachodu, pielęgnujemy w sobie, odnosi się w istocie nie do świata, ale do nas samych, nostalgicznie zapatrzonych w zastany i oswojony ład. Tymczasem powstawanie i unicestwianie nie istnieją – nauczał Huang Po, wielki mistrz buddyjski z czasów dynastii Tang. – Unikajcie błędu myślenia w kategoriach przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Przeszłość nie odeszła; teraźniejszość jest ulotną chwilą; a przyszłość jeszcze nie nadeszła. Zachód nie posiada wymiarów, nie można więc mówić o nim jak o czymś, co charakteryzuje się początkiem i końcem. Jest raczej odwiecznym mitem, który każde pokolenie, każda wspólnota, każdy z nas opowiada trochę inaczej. Toteż Europa długiego trwania, ta utrwalona w krajobrazach, językach i tradycjach literackich – możemy być spokojni – przetrwa wszystko.

 

 

 

 

 

 

nv-author-image

Jacek Hajduk

Pisarz, tłumacz, filolog klasyczny, wykładowca Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *