Przejdź do treści

„Kler” wyzwala

Do filmu „Kler” mam stosunek osobisty. Nie mogę tego ukrywać, pisząc o nim i o konsekwencjach, jakie ten obraz może mieć dla życia publicznego w Polsce jak i dla samego Kościoła Rzymskokatolickiego w naszym kraju. Prace nad filmem rozpoczęły się już przed pięcioma laty. Cztery lata temu współscenarzysta i producent filmu Jacek Rzehak zwrócił się do mnie z prośbą o przeczytanie scenariusza i uwagi. Uczyniłem zadość tej prośbie z radością, a moje sugestie szły w kierunku pewnego złagodzenia drastycznego przekazu. Poza tym już wtedy wydawało mi się, że fabuła jest tak zawikłana, że trudno będzie ją w pełni zrozumieć. Na szczęście odbiór emocjonalny i przesłanie moralne filmu na tym nie ucierpiało.

 

Na konsultacji scenariusza się nie skończyło. Od początku byłem przekonany, że film będzie przełomowy, a co najmniej że będzie stanowił wstrząs dla opinii publicznej. Twórcy byli bardziej sceptyczni ode mnie, ale w końcu wyszło na moje: od czasów „Człowieka z marmuru” Andrzeja Wajdy, żaden film nie był tak społecznie doniosły i wpływowy, a jedyny film o Kościele, który mógł tak zaważyć na sumieniach katolików, jak zaważy „Kler”, to jakże już wiekowa „Matka Joanna od Aniołów” Kawalerowicza. A to przecież dopiero początek – pierwsze tygodnie po premierze…

Jak wspomniałem, na konsultacji scenariusza się nie skończyło – poprosiłem twórców filmu o możliwość zagrania w filmie maleńkiej rólki. Umożliwiono mi to, jakkolwiek w końcu „moja” scena została bardzo okrojona, a moja kwestia („dziękujemy ekscelencjo”) w ogóle nie weszła do filmu.  Tak więc moja symboliczna obecność w filmie przypomina, że jest on nie tylko dziełem sztuki filmowej, lecz również wypowiedzią publicystyczną, czy wręcz dziennikarską. A jest nią w znacznie  większym stopniu, niż się o tym mówi i pisze. Bo choć film jest bardzo odważny, potrzeba jeszcze trochę tej odwagi więcej, żeby cały przekaz wybrzmiał zgodnie ze swoją intencją.

 

Tak, „Kler” jest o korku, worku i rozporku polskich księży. Oczywiście jest fikcją, lecz zarazem jest  (w wielu fragmentach) fabularyzowanym dokumentem. To ważna okoliczność, z którą powinni liczyć się krytycy wedle których Smarzowski przekroczył granice satyry, a nawet karykatury. Nie, to nie jest satyra ani karykatura – tak wygląda życie polskiego kleru. Nie całego, lecz trzeba nie mieć szacunku dla samego siebie, aby zarzucać Smarzowskiemu, że jego film coś takiego sugeruje.

 

To dobry moment, żeby przejść do zasadniczego tematu, któremu chciałbym poświęcić swój komentarz, a mianowicie retorycznym i komunikacyjnym blokadom, zapętleniom i manipulacjom, z których korzysta Kościół, a jakie ujawniają się w reakcjach na film Smarzowskiego – i wreszcie – które sprawa „Kleru” pozwala zdezawuować i napiętnować.

 

Otóż zarzuca się filmowi, że nie mówi prawdy o Kościele, gdyż drastycznie przerysowuje zło i zakłóca proporcje między dobrem i złem w Kościele. Bardzo dobrze, że padają takie zarzuty, bo ich skrajna nieuczciwość wymaga wreszcie nazwania i odparcia. Po pierwsze dzieło sztuki nie jest „całościową monografią” tematu, lecz skupia się na wybranych zjawiskach. Istnieją setki panegirycznych filmów o Kościele, Janie Pawle II i innych duchownych, w których oprócz nabożnej i rzewnej chwalby nie ma dosłownie niczego. W ich świetle Kościół jawi się jako instytucja bez skazy, wręcz święta (za jaką się zresztą, ku przerażeniu ofiar, uważa). Czy krytykom stronniczości filmu Wojtka Smarzowskiego przychodzi do głowy, by podobnie piętnować jeszcze większą stronniczość tamtych produkcji? Nie przychodzi, bo wiedzą, że nie jest zadaniem filmowca pokazywać dane środowisko „ze wszystkich stron”. Inna rzecz, że te wszystkie panegiryczne filmy są po prostu kiczowate i co więcej w przeciwieństwie do boleśnie realistycznego filmu „Kler” – kłamliwe.  Jest więc ważne, by obrońcy Kościoła  przyjęli do wiadomości, że twórca ma prawo robić filmy o wspaniałości Kościoła, ma prawo rozbić filmy o dobru i złu w Kościele oraz o samym tylko złu. Byle by zawsze mówił prawdę. Wybiórczość i stronniczość nie jest żadną wadą w twórczości artystycznej. I to trzeba dziś mówić głośno. A swoją drogą, film Smarzowskiego opowiada też o moralnym nawróceniu swoich bohaterów, a więc w pewnym sensie również o „dobru w Kościele”, choć w tym akurat wydaje mi się mało przekonujący.

 

Pod pewnym istotnym względem film jest zresztą bardzo grzeczny i oportunistyczny. Sam Samrzowski wszak głosi na prawo i lewo, że nie jest to film wymierzony w wiarę katolicką, lecz w patologie instytucji Kościoła, na czele z pedofilią. Nie udało się reżyserowi przekroczyć tabu, jakim jest zakaz krytyki religii i przekonań religijnych. A tabu to ciąży nad polskim życiem społecznym i dodaje sił Kościołowi do panoszenia się w nim bez żadnych skrupułów i ograniczeń. Otóż nie – nie jest prawdą, że wszystko w wierze chrześcijańskiej i katolickiej jest mądre, piękne i godne szacunku, że chrześcijaństwo jest etycznie nieskazitelne, a tylko księża i Kościół grzeszni, sprzeniewierzając się temu, co głoszą. Mógłbym wymienić bardzo wiele wysoce nieetycznych tez chrześcijaństwa i Kościoła – począwszy od wielkich dogmatów, jak ten, że ochrzczeni wyposażeni są w kwalifikacje moralne niedostępne dla pozostałych, aż po okazjonalne „stanowiska” w niezliczonych sprawach konkretnych. Dopóki nie przełamiemy tego tabu i nie zaczniemy wytykać Kościołowi nie tylko to, że mówi jedno, a czyni drugie, lecz również i to, że samo chrześcijaństwo jako takie (tzn. nie tylko jego historia, lecz też jego doktryny) budzi moralne wątpliwości, nie będzie prawdziwej wolności słowa i opinii, a Kościół będzie mógł się podawać za nieudolnego może, lecz jednak „strażnika moralności”. Tymczasem nim nie jest i nie zasługuje na żadne przywileje z racji owej rzekomo pełnionej przez siebie roli. I mam trochę żal do Smarzowskiego, że nie stać go było na uwolnienie się od tego moralnego szantażu, jaki kryje się w dogmacie o pięknie moralnym i wyjątkowości chrześcijaństwa. A Kościół doskonale to wykorzystuje, co rusz powołując się wielce przewrotnie na brak dobrej woli działania „dla dobra Kościoła” u swoich krytyków. Jeśli bowiem Kościół jest niedoskonałym strażnikiem najwyższych i niepodważalnych wartości, to obowiązkiem ludzi dobrej woli jest w taki sposób formułować krytykę, aby ona Kościołowi pomagała – pomagała mianowicie stawać się lepszym. A więc krytyka owszem, lecz wyłącznie dowodząca troski o dobro Kościoła. Otóż nie ma obowiązku „troski o dobro kościoła”! Ani Kościół w swej krytyce dosłownie wszystkiego, co niekatolickie, na przykład „pogaństwa”, „New Age” czy „liberalizmu” nie kieruje się, dajmy na to, troską o dobro pogan i ich związków wyznaniowych, ani krytycy Kościoła nie są do tego zobowiązani w stosunku do niego. I znów – brakuje tego, aby ten kościelny chwyt retoryczny, ten moralny szantaż został publicznie zdezawuowany. Mam nadzieję, że dyskusja wokół „Kleru” pozwoli i na to.

Jeszcze bardziej bolesnym tabu, które w zasadzie również nie zostało przez „Kler” naruszone, jest wasalny stosunek państwa polskiego do Kościoła i Stolicy Apostolskiej. Nie sposób mówić w dużych mediach o Kościele jako instytucji, zorganizowanej w państwo, które to państwo korzysta na ternie RP ze szczególnych przywilejów, faktycznej eksterytorialności swoich instytucji oraz ogromnych apanaży płynących ze strony RP, a przede wszystkim – wywiera nielegalny, sprzeczny z konkordatem i obrażający polską suwerenność wpływ na stanowione w Polsce prawa  i sprawowane rządy. Jest rzeczą bardzo znamienną, że jedna jedyna scena w filmie „Kler”, która pokazywała to poniżenie Polski w relacjach z Kościołem, a mianowicie scena, w której biskup Mordowicz w wulgarny sposób przekazuje premierowi polecenia natury politycznej i finansowej, została praktycznie usunięta z filmu. Wielka szkoda. Może Smarzowski pomyślał, że to już za dużo, jak na jeden raz? Że do filmu o pedofilii i osobistych dramatach księży, a zwłaszcza o dramatach ich ofiar, nie należy mieszać polityki? Błąd. Gdyby ten wątek został należycie uwypuklony, film miałby znacznie większy ciężar gatunkowy. Bez tego jest filmem obyczajowym, jakkolwiek pokazującym, że raz na zawsze skończyły się czasy, gdy nie wolno było publicznie Kościoła krytykować.  W tym filmie, po raz pierwszy w naszym kraju, można usłyszeć głos ofiar, zwłaszcza ofiar praktyk pedofilskich. Być może, kolejni pokrzywdzeni, gdy zobaczą swoje współofiary na ekranie, nabiorą odwagi, by ujawnić swoje własne tragedie. Nowopowstała mapa pedofilii w polskim kościele będzie się szybko zagęszczać. Scenariusz wyzwalania się Polski z pasożytniczego uścisku będzie więc zapewne ten sam, co na Zachodzie, a film „Kler” jest zapowiedzią burzy, która kłębi się nad polskimi granicami i niechybnie nadciągnie z zachodu. W tylu już krajach przyniosła to samo spustoszenie!

 

Nigdzie nie potwierdziło się, że wśród księży pedofilów jest tyle samo bądź ledwie kilka razy więcej niż wśród nauczycieli albo kierowców. Nie, nawet ogłoszone przez papieża 2% (wystarczająco już przerażające) nie zostało potwierdzone przez coraz to nowe raporty w kolejnych krajach – od Chile po Australię. Wszędzie, gdzie odpowiednie komisje badają pedofilię w Kościele, okazuje się, że od czterech do nawet siedmiu procent księży to przestępcy seksualni. I te liczby zaczynają docierać również do świadomości Polaków. Sam jeszcze kilka lat temu pisałem o 400 pedofilach w sutannach grasujących po Polsce, grzecznie trzymając się autorytetu papieża, zapewniającego, że z dobrych źródeł wie, iż w grę wchodzi 2% duchownych katolickich. Dziś wiemy, że te 400 to absolutnie nieprawdopodobne szacunki – pedofilów w sutannach przypada statystycznie na Polskę z pewnością znacznie więcej. Jakże dawne już wydają się czasy, gdy biskupom uchodziło na sucho bezczelne wyłgiwanie się od odpowiedzialności Kościoła za księży-pedofilów, całe to gadanie, że „polskie prawo nie przewiduje odszkodowań”, a „przestępstwa popełniają księża jako osoby prywatne”. I nie pomoże już zasłona dymna z cierpiętniczych oświadczeń, a nawet wewnątrzkościelnych „komisji” do spaw pedofilii, które ujawnią kilka czy kilkadziesiąt przypadków, milcząco sugerując, że być może nie jest to tylko wierzchołek góry lodowej, lecz pół góry. Stanowczo za późno – wiele lat za późno na takie chwyty. Kościół, wspierający i chroniący pedofilów przez dziesięciolecia stracił wszelką wiarygodność. Jego oferty duchowej i psychologicznej pomocy dla ofiar brzmią dziś jak diaboliczne szyderstwo, a pierwszy milion przyznaego przez sąd odszkodowania to zapowiedź finansowego krachu – bo nie dziesięć ani nie sto wyroków tego rodzaju czeka „Kościół ubogi”.

 

To wszystko wiedzą i rozumieją rzesze ludzi zorientowanych w sprawach społecznych. Rzesze, lecz nie większość. Żeby ogół Polaków pojął, że Kościół jest niebezpieczny i że realnie zagrożone są dzieci, potrzebny jest mocny i masowy przekaz. I dostarcza go właśnie „Kler”, który nagłaśnia temat pedofilii, a przede wszystkim dodaje odwagi – zarówno ofiarom, jak zwykłym katolikom, którzy należąc do Kościoła i płacąc na niego, muszą poczuć się jakoś współodpowiedzialni za zło ukryte za kościelnymi murami. Owszem, Kościół, wchodząc dziś w retorykę ekspiacji i „odnowy” jest w stanie wyhamować falę ludowego gniewu, lecz raz okazując dziś pokorę i słabość, na zawsze już utraci aureolę świętości i nietykalność. Katolicki lud już dziś kurczy się w spektakularnym tempie, a teraz nie tylko że będzie nadal topniał, to jeszcze upomni się o własną godność i podmiotowość w relacjach z Kościołem, który dotychczas traktował go jak stado owiec i baranów.

 

Smarzowski pokazał, że Kościół nie jest poza wszelką krytyką. Bardziej tchórzliwi od niego mogą dziś śmiało iść za jego przykładem. Za tarczą „Kleru” podąża masa dziennikarzy i innych osób wypowiadających się publicznie, które raz stwierdziwszy, że nie pada grom z jasnego nieba na tych, którzy publicznie piętnują deprawację ludzi Kościoła, przyłączają się do pochodu.

 

Przełomem jest otwartość w krytyce Kościoła, jaka nastała w ostatnich miesiącach w polskiej przestrzeni medialnej – i to w dużej mierze dzięki oczekiwaniu na „Kler” – oraz pojawienie się konkretnych liczb. Pytanie „wiemy, ilu jest pedofilów w Kościele niemieckim czy amerykańskim, lecz ilu jest ich w Polsce?” pada dziś ze wszystkich stron. A jeszcze niedawno stawianie go uchodziło za agresję i radykalizm „trotuarowego antyklerykalizmu”. Tak właśnie wygląda rewolucja – wszystko dzieje się szybko i choć po jakimś czasie następuje kontrrewolucyjna reakcja, to jednak nie ma już powrotu do przeszłości. I nie będzie takiego powrotu także u nas. Czasy neofeudalizmu i bezkarności Kościoła katolickiego w Polsce kończą się i skończą wraz z upadkiem broniącego go reżimu. A wtedy przyjdzie na Kościół piekło – piekło równego traktowania i odpowiedzialności przez polskim prawem. Nie łudźmy się jednak, że choć mała część nadużyć zostanie ukarana, a wyłudzone mienie zwrócone. Jednakże sprawiedliwość, której doczekamy, choć tylko cząstkowa, będzie miała potężną wagę symboliczną i etyczną. I w całej tej historii Wojtek Smarzowski oraz jego film ma zawsze pozostaną elementem przełomowym. „Kler” to Monachomachia XXI wieku. Brawo dla Wojtka!

nv-author-image

Jan Hartman

Jan Hartman, profesor filozofii, ostatnio opublikował: „Etyka! Poradnik dla grzeszników”, Warszawa (2015); „Pochwała litości. Rzecz o wspólnocie”, Kraków (2017), „Polityka. Władza i nadzieja”, Warszawa (2017).

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

[give_form id="8322"]

News Alert

Bądź na bieżąco!

Zamawiając bezpłatny newsletter akceptuje Pan/Pani naszą ochronę danych. Wypisanie się z prenumeraty newslettera jest w każdej chwili możliwe.