Przed wyborami samorządowymi w Polsce

Jest w polskich elitach silna pokusa centralizowania konfliktu politycznego. Większość wątków i tematów funkcjonujących w przestrzeni publicznej ulega logice konfrontacji dwóch wielkich bloków politycznych. I jak było do przewidzenia, ta reguła objęła również tegoroczne wybory samorządowe (zaplanowane na 21 października).

 

To będzie pierwsza elekcja od czasu objęcia władzy przez PiS. Trzy lata bez kampanii i rozstrzygnięć wyborczych to w polskiej polityce wyjątkowo długi okres. Formacja rządząca wykorzystała ten czas, wprowadzając w życie najradykalniejszy po 1989 roku projekt polityczny. Odkształcony został dotychczasowy ład na wszystkich kluczowych poziomach – ustrojowym, geopolitycznym, ekonomicznym, aksjologicznym. Stosując polityczną przemoc i niszcząc konstytucyjne ramy państwa PiS najwyraźniej dąży do osiągnięcia stanu, z którego nie będzie już powrotu do poprzedniego etapu. To kładzie się cieniem na życiu publicznym we wszystkich jego przejawach.

 

Uprawianie normalnej polityki w ramach cykli wyborczych stało się bowiem niemożliwe. W obecnej Polsce każde polityczne starcie, niezależnie od formalnej stawki, staje się rozstrzygającą bitwą o wszystko. Wyborcze zwycięstwo i porażka nie są już naturalną koleją rzeczy w demokratycznym porządku. Na szali znajdują się wyłącznie wielkie pryncypia. W tej sytuacji tradycyjna swojskość wyborów samorządowych, ich osobność, uległy zawłaszczeniu przez wielkich aktorów.

 

Od wielu tygodni premier Mateusz Morawiecki pracowicie objeżdża polską prowincję. Można wręcz odnieść wrażenie, że jest to jego jedyne zajęcie. W przeszłości zaangażowanie premierów było w kampaniach samorządowych znacznie oszczędniejsze; przeważnie ograniczało się do wyrażenia poparcia dla kandydatów reprezentujących ich partie. Zgodnie ze specyfiką wyborów, wykorzystywano je do prezentacji elit lokalnych.

 

Owszem, rządowi centraliści niemal od początku polskiej transformacji pilnowali, aby regionalistom nie udało się wyswobodzić od statusu petentów. Za oficjalnie deklarowanym poparciem dla samorządności kryła się polityka mniej lub bardziej paternalistyczna, skłonna kontrolować wiele przejawów oddolnego życia. Dotknięte tym zostały przede wszystkim powiaty, które od 20 lat funkcjonują w prowizorycznie zaprojektowanych oszczędnych ramach finansowych, stanowiąc  zbędny szczebel samorządu. Przynajmniej jednak starano się przed 2015 roku zachowywać centralizacyjny umiar i unikano radykalnych interwencji podważających unitarny charakter państwa.

 

Jak wiele innych reguł, także i ta została złamana przez obóz Jarosława Kaczyńskiego. W tej kampanii pojawiło się słowo „synergia” na określenie rzekomo pożądanego modelu relacji pomiędzy władzą centralną a samorządową. W praktyce chodzi o próbę ordynarnego przekupstwa: jednostki samorządu rządzone przez PiS mają być preferowane przez władze centralne przy rozdziale środków inwestycyjnych („wybierzcie naszego”, a zbudujemy wam obwodnicę). Co doskonale się mieści w ideologicznym modelu partii rządzącej, która brutalną kolonizację struktur państwa ubiera w pseudomoralistyczny kostium walki dobra ze złem.

 

Władza centralna stara się również wpłynąć na wynik wyborów lokalnych poprzez odkładanie niepopularnych decyzji. PiS domagało się od państwowego regulatora, aby wstrzymał się z podwyżkami cen prądu. Również państwowe koncerny paliwowe robią wiele, aby kierowcy nie odczuli przed wyborami skutków rosnących cen ropy.

 

Nietrudno zrozumieć tę determinację. Po 2015 roku ugrupowanie Jarosława Kaczyńskiego w bezwzględny sposób obsadziło już swoimi nominatami administrację państwową, spółki skarbu państwa oraz media publiczne. Do tego, wbrew regułom konstytucji, poddany partyjnej kontroli został Trybunał Konstytucyjny, ostatnio również Krajowa Rada Sądownictwa oraz Sąd Najwyższy. Do absolutnego panowania nad przestrzenią publiczną brakuje jeszcze PiS samorządu, sektora pozarządowego oraz mediów prywatnych. O ile z dwiema ostatnimi sferami może być trudno (choć rządzący nieraz sygnalizowali swoje zakusy), to możliwość demokratycznego poszerzenia władzy o ciała lokalne zostaje właśnie podana na tacy. Chodzi przede wszystkim o województwa, które stanowią kluczowe ogniwo w zarządzaniu strumieniami finansowymi pochodzącymi z funduszy europejskich. Bez objęcia ich kontrolą polityczny monopol PiS – posiłkujący się budowaniem klientelistycznych relacji z niezależnymi podmiotami – nie zostanie dopełniony.

 

Płynące stąd szanse i zagrożenia określają również rangę tych wyborów w oczach opozycji. Nie brakuje po jej stronie obaw, że jeśli w przyszłym roku PiS zdobędzie władzę w kraju na drugą kadencję, główna ofensywa tej partii zostanie przekierowana z pola ustrojowego na obszar gospodarki oraz stosunków własnościowych. Dyktuje takie podejrzenia przykład Węgier pod rządami Viktora Orbana, gdzie demontażowi demokracji liberalnej towarzyszyła radykalna oligarchizacja państwa. W polskich realiach analogicznej operacji nie dałoby się przeprowadzić bez kontroli nad pieniędzmi europejskimi. Utrzymanie przez opozycję przyczółka w regionach może mieć zatem w przyszłości fundamentalne znaczenie.

 

Inna sprawa, że każde z głównych ugrupowań opozycyjnych ma w tych wyborach coś do udowodnienia. Zwłaszcza Platforma Obywatelska, której bilans ostatnich trzech lat nie przedstawia się korzystnie. Choć pod kierownictwem Grzegorza Schetyny zdołała obronić pozycję lidera opozycji, wynikało to głównie z jej utrwalonych instytucjonalnych przewag oraz ogólnej słabości konkurencji. Dosyć powszechnie uchodzi jednak za formację „wczorajszą”, mało kreatywną, niezdolną do odczytywania symptomów zmiany społecznej i formułowania atrakcyjnego programu. Z tego powodu trudno jej nie tylko przekonywać do siebie stosunkowo jeszcze nielicznych rozczarowanych wyborców PiS, ale nawet może mieć problem z mobilizacją części dotychczasowego elektoratu.

 

Próbą odświeżenia wizerunku jest nowy szyld Koalicji Obywatelskiej, czyli porozumienia wyborczego PO i Nowoczesnej. Bardziej jednak obiecuje on szersze otwarcie, niż faktycznie realizuje ten postulat. Nowoczesna startowała trzy lata temu jako alternatywa dla Platformy z bardziej integralnym programem (wolnorynkowym i progresywnym obyczajowo), lecz nie spełniła tej obietnicy. Bliska współpraca z niedawnym rywalem jest swoistą kroplówką utrzymującą teraz tę partię przy życiu. Nie wydaje się jednak, aby była jeszcze zdolna przyciągać bardziej wymagające warstwy klasy średniej, dla których popieranie PO stanowi od dawna źródło dyskomfortu.

 

Niemniej specyfika wyborów samorządowych ogólnie sprzyja opozycji, która może osiągnąć wiele swoich celów również w ramach dotychczasowej, wielce dla niej niekorzystnej dynamiki politycznej. Wynika to z dwóch niezależnych od siebie czynników.

 

© istock/NatanaelGinting

Po pierwsze, w wyborach samorządowych zwykle rośnie znaczenie Polskiego Stronnictwa Ludowego. W logice centralnego konfliktu politycznego ta zakorzeniona na wsi i małych miastach formacja stopniowo traci rację bytu na rzecz PiS. Ale na prowincji wybory lokalne rządzą się nieco innymi prawami. Tutaj głosuje się na liderów niewielkich społeczności, funkcjonujących w sąsiedzkim kręgu, w otoczce familiarności. Szyldy partyjne tracą więc swoje znaczenie. Choć tak się akurat składa – z racji zakorzenionej tradycji ruchu ludowego w Polsce – że niemal co czwarty wójt w ponad dwóch tysiącach małych gmin należy do PSL.  Podpowiadają więc swym wyborcom, kogo powinni przy okazji poprzeć w równolegle odbywających się wyborach do wyższych szczebli samorządu. Takie perswazje z reguły zapewniają ludowcom znaczną nadwyżkę głosów w sejmikach wojewódzkich. Dwu-, a czasem trzykrotnie wyższą niż w wyborach parlamentarnych. I jeśli ten mechanizm powtórzy w tym roku, naturalna przewaga PiS w większości sejmików zostanie zniwelowana. Zagrożony marginalizacją PSL pozostaje bowiem naturalnym koalicjantem PO. Dziś koalicje PO-PSL kontrolują niemal wszystkie sejmiki (poza Podkarpackim). I choć niemal na pewno w nowej kadencji ten stan posiadania zostanie uszczuplony, to realistyczne są kalkulacje opozycji na utrzymanie władzy w 10-13 sejmikach.

 

Po drugie, z punktu widzenia prestiżu głównym obszarem rywalizacji są w wyborach samorządowych wielkie miasta (Warszawa, Kraków, Gdańsk, Wrocław, Poznań, Łódź). Odkąd wybory na prezydentów zostały spersonalizowane, to na nich koncentruje się uwaga ogólnokrajowych mediów. I to rozstrzygnięcia w metropoliach z reguły porządkują wyobrażenia obywateli o tym, kto „wygrał” wybory samorządowe (choć z racji ich złożoności klarowny werdykt przeważnie nie jest możliwy). Ta okoliczność sprzyja formacjom liberalnym i do pewnego stopnia lewicowym, cieszących się poparciem wielkomiejskiej klasy średniej. I choć PiS starało się w tej kampanii obejść naturalne ograniczenia, zazwyczaj wystawiając w wielkich miastach kandydatów młodych i nie kojarzących się z tradycjonalistyczną linią partii, i tak zdobycie choćby jednej prezydentury w którymś z głównych miast byłoby ogromną niespodzianką.

 

Najbardziej widowiskowa rywalizacja toczy się oczywiście w Warszawie, zdominowana przez Rafała Trzaskowskiego z PO oraz reprezentującego obóz rządzący Patryka Jakiego. Kampania dobrze obrazuje specyfikę tegorocznych wyborów, których wymiar lokalny został ograniczony do minimum. Obaj główni kandydaci zostali wytypowani przez macierzyste partie z uwagi na ich potencjalną atrakcyjność wizerunkową, a nie kompetencje do sprawowania urzędu. Trzaskowski od lat specjalizuje się bowiem w sprawach europejskich, z kolei Jaki aż do rozpoczęcia kampanii nie miał ze stolicą bliższych związków. Mimo to kampania kandydata prawicy jest powszechnienie uważana za dynamiczniejszą i bardziej pomysłową, choć owa kreatywność w głównej mierze przejawia się w eskalacji kosztownych obietnic, które nie znajdują pokrycia w możliwościach finansowych miasta. Przy okazji Jaki stępił ideologiczne ostrze swego obozu, deklarując utrzymanie programu wspomagania in vitro oraz corocznych Parad Równości. I choć rywalizacja obu kandydatów jest wyrównana, a wynik w pierwszej turze niepewny, w drugiej sondaże dają już wyraźną przewagę kandydatowi Platformy (głównie dzięki głosom lewicy). Nawet przy relatywnie słabej kampanii Trzaskowski powinien więc wykorzystać strukturalne przewagi liberalnego ugrupowania w przestrzeni wielkiego miasta.

 

Wszystko więc wskazuje, że wybory samorządowe nie wpłyną w znaczący sposób na ogólną dynamikę polskiej polityki. Ogólny wynik procentowy w wyborach do sejmików, będący barometrem ogólnych tendencji, potwierdzi dominację PiS. Zakres władzy sprawowanej przez tę formację raczej nie zostanie jednak istotnie poszerzony. Z kolei Koalicja Obywatelska, korzystając z opisanych wyżej specyficznych wzmocnień, powinna obronić większość dotychczasowego stanu posiadania. Co nie powinno jednakże skłaniać jej liderów do przesadnego optymizmu, gdyż w przyszłorocznych elekcjach (do Parlamentu Europejskiego, a potem do Sejmu i Senatu) te czynniki już nie zadziałają.

 

Najbardziej zawiedziona wyjdzie pewnie z wyborów samorządowych lewica. Swej rosnącej pozycji w sferze kulturowo-symbolicznej nadal nie potrafi zdyskontować politycznie. O popycie na lewicowe hasła w polskim społeczeństwie świadczyć może chociażby oszałamiający frekwencyjny sukces filmu „Kler”, który wszedł do kin w szczycie kampanii wyborczej, błyskawicznie osiągając status najbardziej kasowego przeboju po 1989 roku. Na razie jednak nowa lewicowość manifestuje się głównie w publicystyce i oddolnej aktywności obywatelskiej, nie będąc w stanie wyłonić zwartej reprezentacji politycznej. Zmarnowaną szansą okazały się zwłaszcza wybory na prezydenta Warszawy, w których koalicja lewicowych ugrupowań wystawiła młodego aktywistę miejskiego Jana Śpiewaka. Kandydata wsławionego tropieniem afer w związku z reprywatyzacją mienia komunalnego, ale zarazem o niejednoznacznym profilu ideowym, niestabilnego emocjonalnie, trudnego do zaakceptowania przez stateczne mieszczaństwo. Sondaże nie dają mu większych szans na choćby 5 proc. poparcia. W sejmikach wojewódzkich słabość młodej lewicy wykorzysta pewnie „stare” (czytaj: postkomunistyczne) SLD, choć nie jest to opcja specjalnie perspektywiczna. Testem dla lewicy w większym stopniu będą więc przyszłoroczne wybory europejskie, w których swoją listę ma wystawić popularny prezydent Słupska Robert Biedroń.

 

Pozostaje jeszcze pytanie, jak na próby zawłaszczenia wyborów samorządowych przez polityczne centrum zareagują wyborcy. Trzeba bowiem pamiętać, że zaufanie do elit lokalnych jest w Polsce znacząco wyższe, niż do polityków krajowych. Część obywateli może więc mieć poczucie, że odbiera im się możliwość autentycznej partycypacji, oferując w zamian niezbyt wymagającą rolę widza w wielkim politycznym spektaklu. A to może wpłynąć na frekwencję, i w konsekwencji również na wyniki.

 

nv-author-image

Rafał Kalukin

Rafał Kalukin jest publicystą politycznym tygodnika "Polityka".

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

[give_form id="8322"]