Rozpieszczeni autokraci Europy

W ciągu ostatnich ośmiu lat rząd Fideszu Viktora Orbána zdemontował węgierską demokrację, zastępując ją własną formą, nazwaną przez Balázsa Trencsényi’ego i Dalibora Rohacsa „autokracją gulaszową”. W półautorytarnej kleptokracji Orbána dziennikarzy, sędziów, aktywistów społeczeństwa obywatelskiego i opozycyjnych polityków nie wtrąca się do więzienia, a „wolne wybory” to tylko nazwa. Rząd zachowuje pozory, że na Węgrzech panuje demokracja, choć dodaje, że „nieliberalna“.

 

W rzeczywistości to już dawno nie jest demokracja. Media znajdują się pod prawie całkowitą kontrolą rządu lub też sprzymierzonych z nim oligarchów. Wymiar sprawiedliwości jest zinfiltrowany przez Fidesz i pełen lojalnych zwolenników partii. Niezależne organizacje pozarządowe i polityków opozycji demonizuje się za pomocą lansowanych przez rząd kampanii propagandowych, nie cofających się nawet przed teoriami spiskowymi i antysemickimi aluzjami; kraj oklejony jest propagandowymi plakatami, przedstawiającymi przeciwników politycznych i krytyków Fideszu jako pionki międzynarodowego spisku, rządzonego przez brukselskich demokratów i żydowskiego magnata finansowego George‘a Sorosa w celu doprowadzenia do rozkładu chrześcijańskiej kultury na Węgrzech poprzez zalew milionami islamskich uchodźców.  Lecz przede wszystkim wybory zostały tak zmanipulowane – poprzez sprytną zmianę prawa wyborczego, prześladowanie partii opozycyjnych i manipulację mediów – że partie opozycyjne nie mają właściwie realnej szansy na zwycięstwo. Jeśli podstawowym wymogiem demokracji są wolne i uczciwe wybory, to Węgry na pewno nie spełniają tego ostatniego kryterium.

 

Jeśli młoda demokracja  węgierska wymknie się  całkowicie spod kontroli, to raczej nikogo to specjalnie nie zdziwi, szczególnie, że demokratyczne instytucje i praworządność na całym świecie znajdują się w odwrocie. Jednak pewna okoliczność czyni sytuację w Budapeszcie bardziej zaskakującą niż tę w Moskwie czy Ankarze – Węgry są członkiem Unii Europejskiej. U podstaw jej założenia znajdują się „poszanowanie godności ludzkiej, wolność, demokracja, równość, praworządność i poszanowanie praw człowieka“. Zatem jak Unia, której fundamentem są wartości demokratyczne, mogła dopuścić do powstania w swoich kręgach autokracji?

 

Partia ponad zasadami

Najważniejszą odpowiedź na to pytanie można znaleźć w wadzie, która jest tak stara jak polityka w demokracjach – w lojalności partyjnej. Główny powód pasywności, z jaką UE przyglądała się niszczeniu przez Viktora Orbána demokracji i praworządności na Węgrzech, to jego polityczna protekcja  w kierownictwie Europejskiej Partii Ludowej (EPL), do której należy Fidesz. Nominalnie to frakcja centroprawicowa, obejmująca poszczególne partie narodowe, jak niemieckich chadeków, francuskich gaullistów, polską Platformę Obywatelską i hiszpańską partię Partido Popular. Ale EPL przyjęła z otwartymi ramionami autokratyczny, skrajnie prawicowy reżim Orbána. Oczywiście lojalność partyjna jest absolutnie normalnym zjawiskiem w zdrowej, dobrze funkcjonującej demokracji.  Problem pojawia się, gdy liderzy partii gotowi są poświęcać fundamentalne wartości demokratyczne dla interesów partyjnych, i to dokładnie czynią dziś przywódcy EPL.

 

EPL to dominująca siła w polityce UE – dysponuje większością mandatów w Parlamencie Europejskim, a członkowie EPL tacy jak Jean-Claude Juncker, Donald Tusk i Antonio Tajani piastują stanowiska przewodniczących w Komisji, Radzie i Parlamencie UE.  Jak mógł się przekonać Orbán, miło jest podczas różnicy zdań politycznych otrzymać wsparcie od takiego teamu. Przez pięć lat czołówka partii EPL niestrudzenie go broniła, z aprobatą przyjmowała jego ponowny wybór i starała się zablokować działania UE przeciwko jego rządowi, na przykład nałożenie sankcji z powodu naruszenia zasad prawa UE czy też uruchomienie art. 7 traktatu UE, które może doprowadzić do sankcji z powodu ciężkiego i ciągłego naruszania głównych wartości UE. Robili to mimo otwartego lekceważenia przez Orbána tychże wartości i chociaż EPL jest rzekomo zobowiązana wobec pluralistycznej demokracji i praworządności.

 

Obłuda polegająca na zdradzie wartościowych zasad na rzecz lojalności partyjnej to oczywiście znana na świecie cecha polityki w demokracjach, dlatego raczej nie zaskakuje, że znaleźć ją można również w UE. Ale uaktywniane przy tym w UE polityczne kruczki reprezentują bardzo specyficzny wariant tej endemicznej choroby.

Badania porównawcze w naukach politycznych wykazały, że wewnątrz struktur wielowarstwowego systemu federacyjnego, jakim jest UE, lojalność partyjna może doprowadzić do wspierania autokratycznych reżimów na płaszczyźnie państwowej – i to wewnątrz zasadniczo demokratycznej federacji.  W takiej strukturze autorytarni szefowie państw i rządów mogą dostarczać partii lub koalicji na poziomie federacyjnym wyborców i mandatów. W zamian demokratyczni szefowie tej ponadnarodowej koalicji skłonni są tolerować praktyki autorytarnego władcy na poziomie państwowym i blokować próby interwencji na poziomie federacyjnym.

 

Ta dynamiczna struktura, określana niekiedy jako „ponadnarodowy autorytaryzm“, wyjaśnia, dlaczego po amerykańskiej wojnie secesyjnej w południowych stanach w epoce Jima Crowa przez prawie wiek mogły się utrzymać represyjne rządy – ogólnoamerykańska Partia Demokratyczna potrzebowała wsparcia ze strony demokratów z południowych stanów (Demokraci Praw Stanowych, Dixiecrats), aby zdobyć większość w Kongresie i wziąć udział w wyborach prezydenckich; dlatego też chronili reżim Demokratów Praw Stanowych w południowych stanach, nawet jeśli łamały podstawowe prawa afroamerykańskich obywateli i manipulowały wyborami, by zabrać tymże obywatelom wszelką polityczną możliwość współdecydowania. Analogiczne struktury partyjne rozpowszechnione są w federacjach latynoamerykańskich – na przykład w Argentynie i Meksyku.

 

Podobną dynamikę możemy dziś zaobserwować w UE. Angela Merkel, Jean-Claude Juncker, Donald Tusk, Manfred Weber, Joseph Dauli inni czołowi członkowie EPL protegują Orbána, rozpieszczonego autokratę swojej partii, ponieważ dostarcza głosów zapewniających dominację EPL w Parlamencie Europejskim i najczęściej – choć nie zawsze – stanowi dla partii niezawodny głos w Radzie Europejskiej.

 

EPL jest oczywiście w szczególnie korzystnej sytuacji, ponieważ jest największą partią, ale również i inne partie europejskie mają korzyść z tego, jeśli są możliwie duże – im większe ugrupowanie, tym więcej stanowisk przewodniczących w komisjach parlamentarnych, tym więcej czasu do dyspozycji na referaty podczas parlamentarnych debat i tym większe dotacje ze środków UE. Podobnie jak EPL, też inne partie europejskie uległy tego rodzaju pokusom. Być może EPL jest szczególnym przypadkiem wspierania autokratycznego reżimu w strukturach UE, ale nie jest jedyną partią europejską, która wykazuje gotowość do pobłażliwego traktowania demagogów i początkujących autokratów.

 

Liderzy nacjonalistycznych i eurosceptycznych Europejskich Konserwatystów i Reformatorów (EKR), partii, do której należą też brytyjscy Torysi, bronili swojej polskiej gałęzi, Prawa i Sprawiedliwości (PiS), nawet kiedy partia ta zaczęła frontalnie atakować praworządność w Polsce. Porozumienie Liberałów i Demokratów na rzecz Europy (ALDE), liberalna i absolutnie proeuropejska frakcja w Parlamencie Europejskim, nieugięcie staje po stronie swojej czeskiej partii członkowskiej ANO, której populistyczny premier Andrej Babiš nawymyślał UE i przeciwko któremu toczy się proces z powodu oszustwa przy ubieganiu się o unijne dotacje.  Socjaldemokratyczna Partia Europy (SPE), czołowa centrolewicowa partia europejska pokazała większą gotowość przeciwstawienia się jednemu ze swoich ludzi, krytykując Victora Pontę w okresie rumuńskiego kryzysu konstytucyjnego w 2012 roku, a nawet zawieszając między 2006 i 2008 rokiem członkostwo słowackiego premiera Roberta Fico, kiedy wszedł w koalicję ze skrajnie prawicową partią. Ale nawet SPE zadeklarowała się poprzeć partie narodowe, łamiące jej święte zasady, kiedy na przykład ostatnio nie wymówiła członkostwa partii Fico Smer-SD (Kierunek – Socjalna Demokracja), mimo że rząd Fico posługiwał się islamofobiczną retoryką, zdecydowanie odrzucając unijną politykę uchodźczą, popieraną przez SPE.

 

Autorytarna równowaga w Europie

Jeśli partyjność jest chorobą, to jak miałaby wyglądać terapia? Choć to sprzeczne z intuicją to potrzeba tu więcej partyjności. Ta sama politologiczna literatura, która wyjaśnia, jak polityka partyjna wspiera lokalnych autokratów, przedstawia też warunki, w jakich polityka partyjna może koniec końców doprowadzić do odsunięcia ich od władzy. Po pierwsze, kiedy partia federacyjna wskutek wsparcia udzielonego lokalnemu autokracie traci na wiarygodności, może wreszcie odmówić mu dalszego wsparcia i wywrzeć presję prowadzącą do obalenia autokraty. Po drugie, jeśli inne federacyjne partie mogą interweniować, wspierając lokalne partie opozycyjne, to te ostatnie mogą dotrzeć do środków pozwalających im na obalenie autorytarnego władcy.

 

Chociaż tego rodzaju dynamika doprowadzała w końcu do obalenia lokalnych autokratów w innych państwowych związkach typu federacyjnego, to jednak mało prawdopodobne jest powstanie podobnej dynamiki w kontekście UE w najbliższym czasie. Problem polega na tym, że UE uwięziona jest w czymś, co chciałbym określić jako „autorytarną równowagę“. Polityka partyjna w Unii rozwinęła się już w takim kierunku, że partie europejskie mają dobre powody do chronienia we własnych strukturach narodowych autokratów, ale rozwój ten nie zaszedł jeszcze na tyle daleko, żeby uruchomić dynamikę pozbawienia tychże autokratów władzy. W tej sytuacji, która zdecydowanie nie jest optymalna, w Unii Europejskiej nie ma ani za dużo, ani za mało polityki partyjnej – jest tylko nie ta dawka.

 

Viktor Orbán 8..4.2018 © Elekes Andor, Eredményváró – Bálna, 2018.04.08 (5), opracowanie FORUM DIALOGU, CC BY-SA 4.0

Po pierwsze, problemem jest to, że niewielu wyborców zdaje sobie w ogóle sprawę z istnienia partii europejskich, dlatego nie płacą one żadnej politycznej ceny za wspieranie narodowych partii, naruszających ich podstawowych wartości. W politycznych bytach o silniej rozwiniętych systemach partyjnych partie federacyjne muszą w końcu zapłacić polityczną cenę za wspieranie jawnego autokraty, gdyż jego polityka szkodzi reputacji partii. A ponieważ partie europejskie są tak mało znane, to nie mają one żadnej reputacji, która doznałaby uszczerbku.  Niewielu wyborców w ogóle zna takie partie europejskie jak EPL, ale jeszcze mniej wyborców ma pojęcie o tym, jak ważną rolę odgrywa EPL w politycznym wsparciu dla Orbána i blokadzie sankcji unijnych przeciwko jego rządowi. Dlatego EPL i jej narodowe partie członkowskie nie płacą żadnej politycznej ceny za poparcie dla reżimu Orbána. Inaczej mówiąc, Angela Merkel i jej CDU nie straciły prawdopodobnie ani jednego wyborcy podczas krajowych czy europejskich wyborów, chociaż stale wspierały Fidesz Viktora Orbána w strukturach EPL. Tolerowanie autokraty wewnątrz własnej grupy partyjnej przynosi wiele politycznych korzyści, podczas gdy bezpośrednio z tym związane koszty polityczne można kompletnie zignorować.

 

Po drugie, problem ten dotyka opozycji. Jeśli lokalnemu autokracie udało się już ustanowić panowanie jednej partii, może wykorzystać władzę państwa jednopartyjnego, aby uniemożliwić opozycji – nawet takiej, która jest bardziej zaradna niż obecna opozycja na Węgrzech – polityczną konkurencyjność. W bardziej rozwiniętych organizmach państwowych partie federacyjne mogą udzielić pomocy znajdującym się pod presją lokalnym partiom opozycyjnym. Z odpowiednim wsparciem z zewnątrz lokalna opozycja mogłaby może w końcu obalić władzę autokraty. Ale w jeszcze niedopracowanym systemie partyjnym Unii według partyjnych przepisów UE dostarczanie środków finansowych czy udzielanie innego rodzaju pomocy partiom narodowym przez partie europejskie czy ich partie kadłubowe jest nielegalne. W związku z tym partie opozycyjne w takim kraju jak Węgry, gdzie są one represjonowane przez kontrolowaną przez Fidesz Komisję Wyborczą i muszą stawać do konkurencji w absolutnie niekorzystnych warunkach, mogą otrzymać tylko niewielkie wsparcie ze strony partii europejskich, do których należą.

 

Z kolei autokratyczna partia rządząca nie jest skazana na materialne wsparcie siostrzanych partii,ponieważ sprawuje kontrolę nad państwowym budżetem. Obserwatorzy wyborów z OSCE w tymczasowym sprawozdaniu z ostatnich wyborów na Węgrzech napisali: „O wyborach parlamentarnych na Węgrzech, które odbyły się 8 kwietnia, zadecydowała stała kombinacja środków finansowych z budżetu państwa oraz z budżetu partii rządzącej, która niszczyła szansę kandydatów na wzięcie w nich udziału na tych samych warunkach”. W takim kraju jak Węgry, który otrzymuje poważne subwencje ze strony UE, państwowe środki finansowe, wykorzystywane przez autokratyczny rząd do utrzymania władzy, to – o ironio – w dużej części środki unijne. Dlatego UE znajduje się w śmiesznym położeniu, silnie wspierając autokrację, która prowadzi kampanie propagandowe denuncjujące Unię.

 

O zewnętrznych granicach i horyzontach czasowych

UE uwięziona jest wprawdzie w autorytarnej równowadze, ale możemy oczekiwać, że uda jej się w najbliższej przyszłości z niej wyjść Czy to możliwe, żeby autokratyczne państwa członkowskie przetrwały dziesiątki lat w demokratycznej przecież Unii? I czy autokracja mogłaby się rozprzestrzenić z Węgier, gdzie się już przyjęła, i z Polski, gdzie zapuszcza właśnie korzenie, na inne kraje członkowskie?

 

Lekcje płynące z historii Stanów Zjednoczonych w tej kwestii sprowadzają na ziemię: jak pokazał Robert Mickey i inni, autorytarne enklawy w południowych stanach Stanów Zjednoczonych istniały jeszcze wiek po wojnie secesyjnej. Członkostwo w Unii Europejskiej wytyczy praktykowanemu przez te rządy autorytaryzmowi zewnętrzną granicę: po dojściu do wniosku, że masowe aresztowania dziennikarzy, działaczy społeczeństwa obywatelskiego czy przeciwników politycznych doprowadzą z wielkim prawdopodobieństwem do jakichś sankcji ze strony UE, te pół-autokrację pozostaną i nie przekształcą się w całkowite dyktatury.  Ale wewnątrz tych granic na pewno istnieje niebezpieczeństwo, że tego rodzaju rządy również w obrębie UE mogłyby przetrwać przez długie lata i korzystać z jej subwencji, ignorując jej podstawowe wartości.

 

Długie przetrwanie takich reżimów w obrębie UE jest zatem możliwe, choć wydaje się nieprawdopodobne. Bardziej prawdopodobny jest scenariusz, że wspieranie tych reżimów wywoła wkrótce kryzys Unii Europejskiej. Nie da się tolerować w strukturach UE autokratycznych reżimów, pozbywających się niezawisłości wymiaru sprawiedliwości. UE to wspólnota oparta na praworządności, skazana na kooperację ze strony narodowych sądów, które w swoich poszczególnych zakresach kompetencji jako sądy systemu prawnego służą UE, by dokładnie realizować prawo unijne i skutecznie interweniować, kiedy jest naruszane. Jeśli Unia nie może polegać na niezawisłości i uczciwej współpracy pomiędzy sądami krajów członkowskich, to w dotkniętym autorytaryzmem państwie prawo unijne praktycznie nie funkcjonuje. Do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości wpłynął już wniosek pewnego sędziego z innego kraju członkowskiego (Irlandia), w którym stawia pytanie, czy jego państwo powinno jeszcze postrzegać polskie sądy jako niezawisłe organy, których decyzje muszą zostać uznane w innych krajach UE.

 

Po tym, jak europejscy szefowie państw i rządów zawiedli w kwestii zajęcia jednoznacznego stanowiska przeciwko pojawieniu się autokratycznych rządów w niektórych krajach członkowskich, europejscy sędziowie nie mają być może innego wyboru niż wziąć sprawę w swoje ręce. Ale nawet odważna decyzja prawnicza z Luksemburga skierowana przeciwko atakom na praworządność i demokratyczne wartości w Polsce lub na Węgrzech odbiłaby tylko piłeczkę z powrotem do polityki. Rzeczywiste rozwiązanie pojawi się tylko wtedy, kiedy zniechęceni europejscy szefowie państw i rządów wykształcą u siebie kręgosłup moralny, nazwą po imieniu autokratów we własnych kręgach i nałożą zdecydowane sankcje na rządy obrażające fundamentalne zasady, do których przestrzegania zobowiązały się ich kraje w momencie przystąpienia do Unii Europejskiej.

 

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w Aspen Review Central Europe, nr 2/2018.  Dziękujemy redakcji za możliwość publikacji.

 

Z niemieckiego przełożyła Monika Satizabal Niemeyer.

nv-author-image

R. Daniel Kelemen

R. Daniel Kelemen – profesor nauk politycznych i prawa, Rutgers University.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

[give_form id="8322"]