Merkel w Warszawie

Stając na czele rządu Mateusz Morawiecki miał sprawić, że „dobra zmiana” w Polsce przestanie być traktowana w Europie jak populistyczny eksces i zacznie nabierać cech poważnego politycznego projektu, dla którego nie ma sensownej alternatywy. Taka wizerunkowa transformacja pozwoliłaby wpisać rządy PiS w perspektywę długiego trwania, przyznać im atrybut nieodzowności, wreszcie zachęcić europejskie centrum do porzucenia logiki konfrontacji i przejścia do fazy akceptacji. Polska wreszcie zyskałaby możliwości układania się z Europą na własnych warunkach, z prawem elastycznego traktowania katalogu wspólnotowych wartości i bez ingerencji w jej wewnętrzny ład.

 

Otoczenie nowego premiera doskonale przy tym wiedziało, że droga z Warszawy do Brukseli tak czy inaczej wiedzie przez Berlin. I to na odcinku niemieckim w pierwszej kolejności zamierzali ocieplać relacje. Do tej pory PiS bagatelizowało retoryczną wstrzemięźliwość Berlina w ocenie ekscesów „dobrej zmiany”, gdyż kolidowała ona z propagandowym obrazem teutońskiego hegemona trzęsącego całą Europą. W końcu jednak uznano, że lepiej będzie tę niemiecką dyskrecję wykorzystać do własnych celów. Skoro Niemcy niechętnie wypowiadają się o stanie polskiej praworządności, to i Polacy mogą na chwilę zapomnieć o historycznych krzywdach, ciszej mowić o reperacjach za II wojnę światową, może nawet trochę odpuścić problem Nord Stream II. Tak, aby dwustronny dialog mógł się ożywić na w miarę bezpiecznym obszarze gospodarczym. I dopiero z tego miejsca stopniowo mógłby się dalej wznosić na wyższe polityczne piętra.

 

Plan jednak poważnie zachwiał się, gdy wybuchł potężny kryzys w stosunkach polsko-izraelskich, wywołany ustawą penalizującą obciążanie Polski odpowiedzialnością za Holocaust. Zamiast toczyć pragmatyczny dialog z Niemcami, Morawiecki musiał ruszyć w sam środek godnościowej awantury. I nie wyszedł z niej bez strat, rujnując kilkoma niepotrzebnymi wypowiedziami wizerunek konserwatywnego technokraty. Lecz bieg wydarzeń potwierdził, że mimo wszystko nie ma lepszej drogi, jak spróbować ułożyć się z Berlinem. Okazało się bowiem, że strategiczny sojusz z USA, nawet wzmocniony ideologiczną komitywą PiS z Donaldem Trumpem, wcale nie jest tak stabilny, jak dotąd sądzono. I że nie gwarantuje politycznego zrównoważenia kolizyjnego kursu z Unią Europejską. Widmo izolacji stało się więc całkiem realne. Jedynym krajem, który potraktował Polskę ze względnym zrozumieniem, okazały się przy tym Niemcy. Nieprzypadkowo więc nadano w Polsce znaczną rangę słowom Sigmara Gabriela o pełnej odpowiedzialności III Rzeszy za zbrodnie II wojny światowej. Nawet jeśli sytuacja, w której Niemcy stają się adwokatem Polski Kaczyńskiego w jej sporze z Ameryką Trumpa była pewnie w oczach niejednego wyborcy PiS co najmniej paradoksalna.

 

Bilans ostatnich miesięcy w polityce zagranicznej pozostawał jednak katastrofalny. Procedura obejmowania Polski unijnymi sankcjami za łamanie praworządności postępowała, wciąż krążyła w powietrzu realna groźba radykalnego zmniejszenia funduszy spójnościowych w kolejnej perspektywie budżetowej UE, spór o ważną dla Polski dyrektywę o pracownikach delegowanych został przegrany, a do tego doszło czasowe zamrożenie bliskich relacji z Waszyngtonem. Jakikolwiek sukces dyplomatyczny był w tej sytuacji na wagę złota. Pomocna dłoń znów wyszła z Berlina. Zapowiedź, że Angela Merkel zacznie nową kadencję od złożenia wizyt w Paryżu i Warszawie, media przychylne PiS natychmiast podchwyciły jako dowód na wysoką pozycję Polski. Choć przyjazd pani kanclerz do Polski w istocie wynikał z ogólnej logiki niemieckiej polityki. Istotnym sygnałem byłoby już prędzej to, gdyby do takiej wizyty teraz nie doszło.

 

Uśmiechów przed kamerami oczywiście nie brakowało, choć zza kulisów dobiegały już głosy, że Angela Merkel sprawiała wrażenie zrezygnowanej i wycofanej. W oficjalnych deklaracjach po wizycie zabrakło zresztą konkretu zwiastującego realny przełom. Co prawda krążyła pogłoska o rozważanym w rozmowie Merkel z Morawieckim scenariuszu porozumienia dotyczącego nowej perspektywy budżetowej UE (Polska zgadza się uszczuplić swoje fundusze kosztem wsparcia przyjmujących uchodźców krajów śródziemnomorskich, w zamian dostając prawo prowadzenia suwerennej polityki imigracyjnej), trudno jednak zweryfikować wiarygodność tej informacji.

 

Dominujący w oficjalnym przekazie PiS optymizm rozproszył się zresztą już nazajutrz po wizycie pani kanclerz, gdy Komisja Europejska bezpardonowo zbeształa polski rząd za przedstawione jej sprawozdanie o reformie sądownictwa (tzw. „białą księgę”). Zawarty w dokumencie zestaw propagandowych tez, którymi od dawna już manipulowano krajową opinią publiczną, miał na celu jedynie przedłużenie jałowego dialogu i przesunięcie decydującego głosowania Rady Europejskiej nad objęciem Polski procedurą sankcyjną. Tymczasem „biała księga” dodatkowo dolała oliwy do ognia, wywołując nieskrywaną irytację w wielu stolicach.

 

Sytuacja wróciła więc do punktu wyjścia, a wygłoszone w środę sejmowe sprawozdanie szefa MSZ Jacka Czaputowicza potwierdziło pat. Po nowym ministrze nieśmiało oczekiwano przedstawienia nowej wizji polskiej polityki zagranicznej. Zamiast tego powrócił rytualny zestaw zaklęć o podmiotowej Polsce w ogarniętej aksjologicznym kryzysie Unii Europejskiej. Owszem, znalazło się w oracji zdanie o szczególnym znaczeniu stosunków z Niemcami, lecz minister nie wskazał choćby jednej skromnej inicjatywy pozwalającej przywrócić zerwane partnerstwo.

 

Tym większe było zaskoczenie, gdy równolegle z zaczynającym się w czwartek szczytem UE klub parlamentarny PiS znienacka przedstawił propozycje cząstkowych zmian w reformie sądownictwa oraz rychłą publikacją bezprawnie wstrzymanych przed dwoma laty wyroków Trybunału Konstytucyjnego. Sens tej operacji natychmiast został otwarcie wyłożony wyborcom, aby czasem nie przyszło im do głowy, że PiS może zrobić realny krok w tył. Tłumaczono, że logika zmian w ustroju sądów nie zostaje bynajmniej zakłócona, a ustępstwa są symboliczne. Komisji Europejskiej, jak dalej przekonywano, powinno to jednak wystarczyć. Wszystkie strony są już bowiem zmęczone konfliktem z Polską i wystarczy byle pretekst, aby się z niego wycofać. Powracało w tych tłumaczeniach charakterystyczne dla PiS przekonanie o cynicznej naturze stosunków europejskich, w których wspólnotowe wartości służą jedynie za ornament odwracający uwagę naiwnych od twardej gry interesów.

 

Tylko czy Komisja Europejska faktycznie przyjmie oferowany jej kompromis, skoro został zbudowany na pozornych ustępstwach? Niewiele na to wskazuje. Prawdopodobne fiasko inicjatywy w szczególnie trudnej sytuacji postawi samego premiera Morawieckiego. Bo to zapewne on wymógł na niechętnym Jarosławie Kaczyńskim korektę sądowych ustaw. Jeśli nic teraz nie ugra w Brukseli, jego możliwości wywierania przyszłych perswazji na prezesie PiS zostaną ograniczone. Paradoks sytuacji polega zresztą na tym, że z punktu widzenia Kaczyńskiego poczynione właśnie ustępstwa zapewne stanowią maksimum tego, co Polska może zaproponować. Podczas gdy z perspektywy europejskiej one mogą zostać uznane co najwyżej za wstęp do prawdziwych negocjacji. Czego z kolei Kaczyński raczej w ogóle nie dopuszcza, musiałby bowiem wyrzec się samego siebie. Jest zresztą na tyle silny w polityce krajowej, iż nic go do tego realnie nie zmusza.

 

Świat Kaczyńskiego zbudowany został na twardych polaryzacjach. Życie toczy się wyłącznie na biegunach. Żaden z nich nie jest przy tym moralnie obojętny. PiS zajmuje biegun dodatni,  podczas gdy wrogom wewnętrznym i zewnętrznym pozostaje ujemny. Siłą rzeczy pomiędzy nimi nie istnieje więc realna przestrzeń do zawierania kompromisów. Gra polityczna toczona przez Kaczyńskiego musi zatem być grą o sumie zerowej. Warunkiem zwycięstwa jest pokonanie wroga. Wszelkie ustępstwa muszą więc być pozorowane. Nie służą faktycznemu zbliżeniu stanowisk, mogą jedynie pełnić rolę fortelu. Wyborcy PiS doskonale zresztą rozumieją tę logikę. Tak zostali nauczeni przez Kaczyńskiego. Zawsze wybaczali mu taktyczne meandry, gdyż wierzyli, że strategia pozostaje niezmienna. Ale już ewentualna rezygnacja z kontroli nad sądownictwem w imię dogadania się z Berlinem i Brukselą byłaby szokującym zwrotem strategicznym, niszczącym budowany od lat koncept podmiotowej Polski pod rządami PiS.

 

Póki co doraźny kurs na Niemcy mimo wszystko będzie jednak obowiązywać.  Otoczenie Morawieckiego półgębkiem zapowiada, że w maju premier przedstawi w Berlinie swą wizję Europy. Czynione są również starania, aby w listopadzie na stulecie odzyskania przez Polskę niepodległości wystąpił na uroczystej sesji w Bundestagu. Co do pewnego stopnia będzie pewnie chronić głowę Morawieckiego przed kaprysami prezesa PiS. Pozytywnych konkluzji dla tej dyplomacji poszukiwania prestiżu za bardzo jednak nie widać. Symbole nie wypełnią przecież deficytu treści, a już zwłaszcza nie przywrócą zagubionego zbioru wspólnych wartości.

nv-author-image

Rafał Kalukin

Rafał Kalukin jest publicystą politycznym tygodnika "Polityka".

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

[give_form id="8322"]